Zostawił Szkocję dla Lechii
Rozmowa z Johnem Carverem, trenerem Lechii Gdańsk
Angielski trener John Carver z powodzeniem od grudnia prowadzi Lechię Gdańsk. Fot. łukasz Laskowski/Pressfocus.pl
W angielskiej piłce w ostatnich latach pojawił się wysyp talentów. Świetne wyniki osiąga młodzieżówka, która dwa razy z rzędu wygrywała Euro do lat 21. Mistrzostwo w kategorii do lat 19 Anglia zdobyła w 2022 roku. Z kolei kobiety są ponownie w finale Euro. Skąd taki progres?
- To wszystko pomysł byłego już dyrektora angielskiej federacji Dan Ashwortha, który wcześniej był dyrektorem technicznym Newcastle United, Manchesteru United i West Bromwich Albion. Dla FA opracował plan szkoleniowy, struktury i ramy dla futbolowych akademii na Wyspach. Chodziło o stworzenie angielskiego futbolowego DNA. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko dla tych, którzy chcieli otrzymać kategorię A. Trzeba było spełnić określone, wyśrubowane standardy.
Jakie?
- Odpowiednia infrastruktura, odpowiednia liczba wykwalifikowanych szkoleniowców do pracy z młodzieżą, cały sztab na odpowiednim poziomie. Zostały wprowadzone szkoleniowe zasady, co trzeba zrobić, żeby być w topie futbolowych akademii. Wszystkie kluby Premier League zaczęły inwestować w futbol młodzieżowy. Pierwszą kategorię mają też kluby grające w Championship. Takie działanie podniosło poziom. Poprawiła się infrastruktura, poprawiło się szkolenie, pojawili się trenerzy i szybko przyniosło to efekt. Nagle angielskie reprezentacje zaczęły wygrywać młodzieżowe turnieje.
Co jeszcze?
- W środkowej Anglii, a konkretnie w hrabstwie Staffordshire - zbudowano kompleks dla wszystkich angielskich reprezentacji. Łatwo tam dojechać z każdego zakątka Wysp, stąd taka lokalizacja (chodzi o otworzone w 2012 roku na powierzchni 130 hektarów St George's Park National Football Centre – przyp. aut.).
U nas wiele rozbija się o pieniądze, o to ile pracujący z najmłodszymi czy z młodzieżą trenerzy zarabiają. Często są to pieniądze nieadekwatne do pracy, którą wykonują. Jak jest w tym względzie w Anglii?
- Ten pułap płacowy dla szkoleniowców pracujących z młodszymi zawodnikami został znacznie podwyższony.
Przykładowo: jaka jest pensja szkoleniowca młodzieży w pana Newcastle, które ma kategorię A, jeżeli chodzi o futbolowe akademie na Wyspach?
- Nie odpowiem, bo zobowiązałem się, że takich informacji nie będę udzielał. To jednak na tyle dobre pieniądze, że można z nich żyć. To praca! Wychodzi się z założenia, że każdy jest ambitny, chce lepiej pracować i więcej zarabiać. Pracując z drużyną do lat 14, nie zarabiasz może kroci, ale przechodząc do drużyny 16-latków, pensja jest już większa. Jest także różnica, kiedy prowadzisz 18-latków, nie mówiąc już o sztabie pierwszego zespołu, gdzie te zarobki są na bardzo wysokim poziomie. Kluby zachęcają więc do pracy z najmłodszymi, zachęcają do rozwoju, a pieniądze, które zarabiają trenerzy, z pewnością wystarczają na życie. Idzie to w tym kierunku, że jest coraz więcej specjalistów od pracy na poszczególnym etapie rozwoju zawodników. Zapoczątkował to wszystko - jeśli się nie mylę - Ajax. Zaczynało się od trenera 9-latków i to był początek drabiny w futbolowym rozwoju. Do nas, do Newcastle, trafili trenerzy z Coventry City, z Middlesbrough, którzy mieli doświadczenie, którzy wiedzieli jak pracować z najmłodszymi. Jest też jednak w tym wszystkim miejsce na popełnianie błędów. Przykład: w Lechii mamy zawodników w wieku 19-21 lat, których chcesz rozwijać, oni powinni grać, a nie jest to takie proste. W Anglii jest więc liga do lat 23, gdzie grasz regularnie z innymi, a gdy przegrasz, to nie ma problemu, bo jest przecież następne spotkanie. Nie ma takiego ciśnienia, liczy się bardziej nacisk na rozwój zawodnika, niż na wynik. W Polsce brakuje mi tego, żeby takich młodych zawodników rozwijać w ten sposób - tak jak to ma miejsce na Wyspach.
Czyli taka liga do lat 23, jak to ma miejsce w Anglii, byłaby pana zdaniem dobrym rozwiązaniem?
- Myślę, że tak, to jedna z możliwości, która daje szansę na rozwój zawodnikom. Masz w kadrze graczy, którzy są już za starzy, żeby grać w ekipach do lat 19, a w pierwszym zespole jeszcze nie do końca dają radę. Taka możliwość gry w rozgrywkach do lat 23 to szansa na łapanie minut i na ich piłkarski rozwój. To ważny wiek w futbolowym rozwoju. Zresztą najlepszą nauką jest właśnie granie, bo sam trening to za mało. Podam przykład ściągniętego do Lechii w poprzednim sezonie szwedzkiego piłkarza Karla Wendta. Naprawdę świetny chłopak! Byliśmy jednak w takiej sytuacji, że nie byłem w stanie dać mu więcej minut. Szkoda, bo dla jego rozwoju ważne, by grał jak najwięcej, a w Lechii chcemy stawiać na młodszych graczy, dawać im szansę i promować ich. Gdzieś jednak muszą grać, żeby łapać potrzebne minuty.
Dla pana, jako zagranicznego szkoleniowca, to ważne, żeby w zespole Lechii grali polscy zawodnicy?
- Tak, jest to ważne. Z tym samym problem stykaliśmy się w lidze szkockiej, gdzie nie ma dostatecznie dużo miejscowych zawodników, na czym potem cierpi reprezentacja, bo nie ma z kogo wybierać. To był, a w zasadzie jest, problem dla Steve'a Clarke'a, z którym przez 5 lat współpracowałem. W Gdańsku mamy program, który ma zachęcić młodych polskich zawodników do tego, żeby trafiali do Lechii. Nasza akademii działa dobrze i mam nadzieję, że wypuścimy z niej dobrych zawodników. Współpracujemy z akademią. Trenerzy stamtąd przyglądają się pracy, którą wykonujemy w pierwszym zespole. Trzeba jednak wiele poprawić. Gdy przyglądałem się pracy wykonywanej w akademii, kiedy do Polski przyjechałem, to tempo, intensywność nie jest taka, jak widzę to u siebie, w domu. Nad tym trzeba więc pracować - po to, żeby zawodnik opuszczający akademię był przygotowany mentalnie, fizycznie i pod względem technicznym do gry i treningów z pierwszym zespołem. Wiem jak to powinno funkcjonować i działać od podszewki, bo z powodu wczesnej kontuzji szybko przestałem grać, a w Newcastle przechodziłem wszystkie szczeble, do dyrektora akademii włącznie.
Zaczynał pan w Newcastle jako trener?
- Tak. To było w 1996 roku, kiedy trenerem pierwszej drużyny był Kevin Keegen, a ja byłem wtedy dyrektorem Akademii Newcastle. Potem w klubie pojawił się Ruud Gullit, a sam jako trener zacząłem współpracę w pierwszym zespole z Bobbym Robsonem w 1999 roku. Pracowałem na każdym szczeblu futbolowej drabiny, bo od piłki młodzieżowej do tej na najwyższym poziomie w różnych miejscach. Na pewno doświadczenie to mój atut w szkoleniowej pracy. Dzięki temu wiem, jak ważne jest poukładanie wszystkiego w akademii, w szkoleniu młodzieży - tak żeby klub mógł się rozwijać i iść do przodu. Powinno być stałe połączenie z młodymi zawodnikami, z młodymi trenerami i pierwszą drużyną. Dlatego trener do lat 17 i 19 w naszej akademii w Lechii przygląda się naszej pracy. W Zabrzu nie było go tylko dlatego, że akurat jedna z jego drużyn grała spotkanie. Jednak tak właśnie widzę tę współpracę, w tym kierunku będziemy szli: żeby wszystko rozwijać.
Jeszcze przed końcem sezonu pojawiła się informacja, że podpisał pan nowy kontrakt z Lechią na 3 lata? Jak było z tą umową?
- To inicjatywa klubu. Ja nie za bardzo nawet miałem czas myśleć, co dalej, bo trzeba było się skupić na tym, jak utrzymać Lechię w ekstraklasie, to było nadrzędne zadanie. Kiedy utrzymaliśmy się, zaraz po ostatnim meczu planowałem wyjazd i wakacje. W czwartek przed ostatnim meczem rozmawialiśmy i klub zaproponował kontrakt. Miałem czas na zastanowienie się i na zdobycie pewności, że cały sztab, który pracował ze mną, też zostanie. Uważam bowiem, że utrzymanie to nasza wspólna zasługa. Klub się zgodził, podpisałem 3-letni kontrakt, a potem musiałem zdecydować, co dalej z reprezentacją. Ze szkocką kadrą byłem związany od 2020 roku. Na początku czerwca były dwa towarzyskie mecze z Islandią i Liechtensteinem. To był dla mnie niesamowicie wypełniony czas. Stwierdziłem, że nie jestem w stanie łączyć pracy asystenta Steve’a Clarke'a, który jest moim przyjacielem, z którym znam się od lat, i pracy w Lechii.
To była trudna decyzja?
- Bardzo trudna. Ze Stevenem znam się od 1998 roku, od momentu jak przyszedł do nas do Newcastle, kiedy w klubie był jeszcze Ruud Gullit. Powiedziałem mu jak sprawa wygląda, że nie dam rady pracować na dwóch frontach. Lepiej wszystko było w ten sposób rozwiązać, Steve to zrozumiał i był wdzięczny, że postawiłem sprawę jasno. Był też trochę rozczarowany, w końcu pracowaliśmy razem aż przy 60 meczach reprezentacji Szkocji. Ostatnia konferencja, ostatni mecz były dla mnie emocjonalnymi momentami. Kapitan reprezentacji Andy Robertson z Liverpoolu objął mnie, wyciągnął z ławki i przy aplauzie kibiców musiałem wejść na boisko. To nie moje miejsce, ale było to miłe, więc bardzo to doceniam. Pięć lat to kawał czasu, spotkania z wielkimi gwiazdami futbolu, wielkimi indywidualnościami... To była wielka przyjemność pracy z nimi razem. Wyszedłem jednak z założenia, że jeżeli klub zaoferował mi długi, bo trzyletni kontrakt, to w tej sytuacji ja muszę też dołożyć coś od siebie.
Wcześniej, zanim pojawił się pan w Lechii, też miał oferty pracy?
- Tak. Steve Clarke zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później spróbuję pracy na własny rachunek. Była oferta z Cypru, z Indii, nawet z Arabii Saudyjskiej. To, że w Gdańsku był Kevin Blackwell, z którym pracowałem razem w Leeds i w Luton, miało jednak znaczenie. Lechia to klub z dobrą infrastrukturą, z dobrym zapleczem. To były jedne z głównych przyczyn podjęcia pracy. Z Newcastle są też bezpośrednie lotnicze połączenia z Gdańskiem. Nie jest to daleko od domu. Wcześniej pomagał mi Jacek Osadnik, piłkarski menedżer z Katowic. Kiedy rozmawiał z jednym z dyrektorów sportowych w jednym z klubów w Polsce na temat podjęcia pracy przeze mnie, to usłyszał, że jestem… za stary.
Początek w Lechii nie był łatwy.
- Oglądałem przegrany mecz z GKS-em w Katowicach, a zaraz potem objąłem zespół. Na początek odszedł Conrado. Był na jednym czy dwóch treningach i nagle zniknął. Z kolei Bułeca wrócił na Ukrainę. Na początek zostałem bez dwóch ważnych graczy. Do tego zimą pojawiło się embargo na zatrudnianie nowych zawodników. O wzmocnieniach nie było mowy.
Drużyna dzięki temu jednak się skonsolidowała i wiosną pokazała charakter. W 18 meczach pod pana wodzą odniosła osiem zwycięstw, zanotowała remisy. To wystarczyło do utrzymania.
- Dokładnie. Mamy niewielki sztab szkoleniowy, ale byliśmy razem. Wszystko dobrze ułożyliśmy i zaplanowaliśmy. Mamy też swoją jakość w szatni, na boisku. Po meczach, które dały nam utrzymanie, zgromadziłem wszystkich pracowników klubu, piłkarzy, sztab, pracowników, łącznie z księgowymi. Powiedziałem, że to utrzymanie to nasz wspólny sukces. Wszyscy przecież czekali, jak się to rozwinie. Skończyło się dobrze.
Na koniec był pan jednym z kilku trenerów nominowanych do trenera sezonu.
- To była dla mnie bardzo przyjemna niespodzianka, zaskoczenie. Jasne, podejmowanie pracy z będącą w połowie sezonu na spadkowym miejscu drużyną było ryzykiem: 11 punktów w 17 grach nie robiło wrażenia. Mimo to utrzymaliśmy się na dwie kolejki przed końcem. To było coś!
Jeden trudny cel osiągnięty, a przed panem, pana sztabem i piłkarzami kolejny trudny cel: rozgrywki zaczęliście z pięcioma minusowymi punktami kary za finansowe problemy. Dacie radę z takim garbem?
- Klub robi wszystko, żeby spróbować odwołać się od tej decyzji. Ale nie możemy o tym myśleć, tak jak było parę miesięcy temu, kiedy byliśmy w trudnej sytuacji. Trzeba się z tym uporać i koncentrować na każdym kolejnym meczu.
Czy taka sytuacja - minus 5 punktów - wpływa na pana podejście w prowadzeniu drużyny? Mam na myśli podejście do każdego ze spotkań, o to, że trzeba zagrać bardziej ofensywnie, żeby szybko odrobić stratę?
- Dobre pytanie. Kiedy przyjechałem do Polski pod koniec listopada i kiedy obejmowałem drużynę, nie myślałem o deficycie punktów, a byliśmy przecież też w bardzo trudnej sytuacji. Bardziej koncentrowałem się na tym, żeby wygrać każdy kolejny mecz. Dzięki temu osiągnęliśmy cel, ale najtrudniej było – paradoksalnie – w momencie, kiedy znaleźliśmy się już nad kreską i trzeba było się na tym poziomie utrzymać. Takim kluczowym meczem dla nas wiosną było spotkanie ze Stalą Mielec, kiedy przegrywaliśmy 0:2, żeby w samej końcówce, w doliczonym czasie, odwrócić losy spotkania na naszą korzyść. Po tym meczu powiedziałem chłopakom w szatni, że najłatwiejsze zadanie wydostania się ze strefy spadkowej zostało osiągnięte, ale teraz przed nami ta trudniejsza część - utrzymanie się powyżej kreski. Teraz też podchodzimy do tego w ten sposób. Nie myślimy o tych pięciu minusowych punktach, ale skupiamy się na sobie, na kolejnym meczu, na tym, co przed nami.
Co pan sądzi o ekstraklasie, w której w pierwszej kolejce mistrz Polski przegrywa u siebie 1:4, a trzeci zespół poprzednich rozgrywek 0:4 z beniaminkiem? Polska ekstraklasa jest szalona?
- Patrzę na to w ten sposób, ścisła czołówka ligi - trzy, może cztery zespoły - jest dobra czy nawet bardzo dobra. Co do reszty - każdy może wygrać z każdym, bo jest na podobnym poziomie. To dopiero początek, Lech jest mistrzem, Jagiellonia to ćwierćfinalista Ligi Konferencji. Nie do końca znam beniaminków, nie potrafię nawet wymówić nazwy zespołu, który wygrał tak wysoko z Jagą (śmiech). Po trzech, czterech kolejkach można coś więcej powiedzieć, bo jest szansa zobaczenia wszystkich drużyn. My też niewiele wiedzieliśmy, co może pokazać Górnik, nasz pierwszy rywal w tym sezonie, który przecież podpisał latem umowy z 12 nowymi zawodnikami. Mocno zainwestowano w zespół.
Wasz skład z kolei niewiele się zmienił. Czy Lechia, w przeciwieństwie do innych, gdzie było wiele zmian, może być tego beneficjentem?
- Tak, to dobre podejście. Do tego pojawiło się kilku nowych graczy. Nasza kadra jest mocniejsza w porównaniu z tym, co prezentowała w poprzednim sezonie, ławka też jest lepsza. Do tego mam jeszcze nadzieję, że jeden, dwóch nowych graczy do nas dołączą.
Jak chcecie grać w tym sezonie?
- Chciałbym grać jeszcze wyższym pressingiem, atakować rywala jak najwyżej, grać blisko siebie, być monolitem. Pytany przed sezonem o nasze cele, odpowiedziałem, że stabilność. Tego potrzebujemy. Co do spraw boiskowych, to na pewno trzeba poprawić grę w tyłach, bo 59 bramek straconych w poprzednich rozgrywkach to zdecydowanie zbyt wiele (tylko ostatnia w tabeli Puszcza straciła więcej, bo 63 – przyp. aut.). Nad tym pracowaliśmy i pracujemy. Doszło do nas kilku nowych obrońców i mam nadzieję, że będzie widać poprawę. Co do stylu gry, to mówi się wiele o filozofii, a przecież w futbolu jedyną filozofią jest to, żeby wygrać. Jak nie będziemy wygrywać, to stracę pracę. W poprzednich rozgrywkach potrzebowaliśmy bramek, żeby wygrać, obojętnie czy 1:0 czy 3:2. Graliśmy na dwójkę napastników, Bobczeka i Wjunnyka, i na dwójkę naszych szybkich skrzydłowych, Menę i Maksa Chłania. Trzeba było grać tym, co było. Taktykę można zmienić w momencie, jest elastyczna, tak jak ja, 60-letni szkoleniowiec, który pracował w każdym możliwym piłkarskim systemie. Jak masz dobrych zawodników, to możesz grać w każdym systemie.
Często narzekamy na ekstraklasę, na poziom meczów, na brak jakości, na brak indywidualności. Jak pan jako z jednej strony doświadczony trener, ale z drugiej nowa osoba w polskim ligowym futbolu na to patrzy?
- Takie podejście nie jest fair. Najlepszym przykładem jest to, co wydarzyło się w końcówce poprzedniego sezonu, kiedy Legia pokonała na Stamford Bridge czołowy zespół nie tylko Premier League, ale klubowego mistrza świata, Chelsea, i to wygrała zasłużenie. Sam prowadziłem tam kiedyś Newcastle, ale przegraliśmy 0:2. Po meczu byłem komplementowany przez Jose Mourinho. Stamford Bridge jest naprawdę trudnym terenem, a Legia pokazała tam klasę. To więc nie fair krytykować ekstraklasę jednocześnie na nią nie chodząc i nie oglądając spotkań.
Trochę narzekał pan, kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, że nie może zagrać w golfa w Gdańsku, bo... nie ma z kim. Coś się zmieniło?
- Coś ci powiem: zimą na zgrupowaniu w Turcji spotkałem się, wtedy jeszcze z selekcjonerem, teraz już ekstrenerem polskiej kadry Michałem Probierzem. Kiedy zobaczył mój profil, zdjęcie na Whatsappie, gdzie jest fotka latarni morskiej Turnberry [Trump Turnberry Golf Courses to jedno z najsłynniejszych pół golfowych na świecie – przyp. red.], to od razu zeszło na golfa. Porozmawialiśmy, Michał powiedział, że ma w Gdańsku swój apartament. Jesteśmy umówieni, że jak przyjedzie, to będzie okazja zagrać w golfa! Zresztą kiedy wygrywaliśmy w lidze wiosną, to przysłał mi kilka miłych SMS-ów z gratulacjami.
Rozmawiał Michał Zichlarz
JOHN CARVER
Data urodzenia : 16 stycznia 1965 r.Miejsce urodzenia : Newcastce upon Tyne.
Kariera piłkarska : Newcastle United, Cardiff City, Gateshead. Grał jako obrońca.
Kariera trenerska : Gateshead, Newcastle United (grupy młodzieżowe, drugi trener), Leeds United, Toronto FC, Newcastle United, Omonia Nikozja, West Bromwich Albion, drugi trener reprezentacji Szkocji, Lechia Gdańsk.