Złodziejka
Z DRUGIEJ STRONY - Tomasz Mucha
Trudno uniknąć patosu i emfazy opisując to, czego dokonała w Wimbledonie Iga Świątek. Pewnie wielu z nas zaszkliły się w sobotę oczy, ktoś nawet w kącie ze wzruszenia sobie pochlipał. Bez dwóch zdań na naszych oczach działa się historia polskiego sportu, historia rozumiana w tym najbardziej spektakularnym sensie, wyznaczanym przez największe, najwspanialsze triumfy, którymi zachwyca się cały sportowy świat. Triumfy, które przechodzą do legendy. Styl, w jakim zdominowała przeciwniczkę w finale gry pojedynczej najbardziej prestiżowego turnieju tenisowego na kuli ziemskiej, był pokazem wyjątkowej mocy, wiary i umiejętności polskiego sportowca, jakiego nie widzieliśmy od lat. Iga była w finale jak najbardziej przebiegła złodziejka - po wimbledońską paterę poszła jak po swoje, niczym jak po najdroższy klejnot w Luwrze, kradnąc go z tupetem, w sposób niebywały, wręcz brutalny, nie oglądając się za siebie i na jakiekolwiek przeszkody.
Świątek do żywego panteonu największych postaci polskiego sportu trafiła już pięć lat temu, gdy jako pierwszy Polak - bez względu na płeć - wygrała turniej wielkoszlemowy. A potem powtórzyła to jeszcze w Paryżu trzykrotnie i raz w US Open. Wimbledoński Szlem to jednak wyjątkowa nobilitacja, a Iga została ledwie ósmą tenisistką, dziś jedyną aktywną, która zdobyła tytuł wielkoszlemowy na wszystkich trzech nawierzchniach.
Oczywiście znamienne było wyznanie Igi, że jeden z tych tytułów oddałaby za złoto olimpijskie - synonim sportowej doskonałości, spełnienia. Może to wcale nie przypadek, że właśnie od porażki w olimpijskim półfinale w Paryżu zaczęły się problemy Igi na korcie w następnych miesiącach, to było dla niej druzgocące, zachwiało jej wiarą i pewnością siebie. Novak Djoković czekał na olimpijski triumf prawie 20 lat, w końcu dopiął swego. Można wierzyć w to, że Świątek spróbuje jeszcze przynajmniej raz, a może i więcej, by w ocenie okrutnie wymagającego polskiego kibica osiągnąć status legendy pokroju Haliny Konopackiej, Ireny Szewińskiej, Justyny Kowalczyk, Otylii Jędrzejczak czy Anity Włodarczyk, że ograniczę się tylko do najwybitniejszych rodzimych sportsmenek. Może skradnie złoto wtedy, gdy najmniej będziemy się tego spodziewać?
Świątek wykonała bowiem niezłego twista - także dla samej siebie - wróciła na zwycięski szlak na kortach trawiastych, które dotąd lubiła najmniej, po utracie tytułu na ukochanych kortach Rolanda Garrosa, kiedy właściwie nikt po niej niczego wielkiego się nie spodziewał, a może nawet sama też. Ot przyczynek do tego, jak wiele znaczy zdjąć z siebie presję oczekiwań…
Co bowiem znamienne, w minionych tygodniach byliśmy świadkami niezwykłego odrodzenia 24-letniej tenisistki z Raszyna, która od ponad roku nie wygrała przecież żadnego turnieju, w rankingu zsunęła się po 125 tygodniach z pozycji absolutnej hegemonki pod koniec dziesiątki. Wielu było takich, którzy wieszczyli wręcz, że „Iga się już skończyła”, że to początek jej końca, że jej czas minął, że za chwilę może nawet zakończyć karierę.
Jak Iga ręczniki śmiga
I nawet ewidentnie rosnąca z meczu na mecz dyspozycja Polki schodziła w światowych mediach w cień wobec historii pobocznych z nią związanych, jak profanacja truskawek - bo jedzonych z makaronem - czy „kradzież” wimbledońskich ręczników. Świątek była wielokrotnie przyłapywana na wpychaniu dziesiątek tych akcesoriów do swoich toreb tenisowych, zyskując przydomek „złodziejki”. Ta dziecięca trzpiotowatość wciąż zresztą zyskuje Polce tak wielu fanów na całym świecie - najbardziej uśmiechnięta była być może wtedy, gdy pozowała do zdjęcia ze specjalnie przygotowanym ręcznikiem, na którym wyhaftowany został napis: „Iga Świątek Wimbledon Champion”…
Ale Iga zrobiła coś jeszcze „niewybaczalnego” - znów skradła nasze serca.
Wiele radości sprawił Idze Świątek kolejny wimbledoński ręcznik, ale wyjątkowy... Fot. Kazimierz Mochlinski