Sport

Żniwa lipcowe

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewiecz

Pora tradycyjnych polskich żniw jeszcze nie nadeszła, ale sportowe żniwiarki udanie wyprzedziły koleżanki-rolniczki. Cały występ Igi Świątek w tegorocznym turnieju wimbledońskim był pięknym snem na jawie, a mecz finałowy to istna poezja, cud malina. Ciocia Jadzia Jędrzejowska ciepło uśmiecha się z góry, Agnieszka Radwańska pewnie skacze z radości lub tańczy w objęciach ukochanego Dawida Celta. Na pewno żadna z wielkich poprzedniczek Igi nie zazdrości jej, że wygrała, gdy one musiały uznać wyższość finałowych rywalek. Już zaczęło się przeliczanie 3 milionów funtów na złotówki, porównywanie tej kwoty do 4 funtów dla Jędrzejowskiej i to w postaci bonu towarowego. Jestem pewien, że Świątek wygrałaby ten Wimbledon także za bon o wartości 20 złotych polskich.

Ktoś napomknął (przyznam się bez bicia, że też miałem takie myśli), że Iga mogła pozwolić amerykańskiej rywalce na ugranie jednego gema, w tenisie „rowerek” to upokorzenie. W takiej chwili przypomina się klasyczne „masz frajera, to go duś” trenera Janusza Wójcika. Historia sportu zna wiele przypadków, gdy chwilowe odpuszczenie kończyło się porażką z rywalem, który nagle uwierzył w siebie. Ileż znamy meczów piłkarskich przegranych mimo trzybramkowego prowadzenia, koszykarskich zakończonych porażką po prowadzeniu przez 3 kwarty, pięściarskich przerwanych zabłąkanym nokautującym ciosem outsidera? Zachowując należne proporcje stwierdzę, że najlepszej tenisistce świata pozazdrościły polskie futbolistki, rozgrywając fantastyczny mecz z Danią w finałach ME.

To przełom w historii polskiej piłki nożnej, a radość Biało-czerwonych była tak piękna i spontaniczna jak Igi na londyńskim korcie. To był tak samo mecz już tylko o honor, jak na męskich mundialach w Korei i Niemczech, gdzie w ostatnim meczu pokonaliśmy USA i Kostarykę. Niby tak samo, ale jednak inaczej, tam nie było wielkiej radości, tu uzasadniona euforia.

Wbrew temu, co sami o sobie mówią, agenci piłkarscy nie należą do ludzi nadmiernie zapracowanych. Podstawą ich sukcesu lub porażki jest notes z kontaktami do ważnych ludzi w klubach sportowych oraz umiejętność przekonywania, często wciskania kitu. Owszem, zdarzają się w tym gronie ludzie wybitni, dzięki którym wielu futbolistów zrobiło zawrotne kariery. Gwiazdą pierwszej wielkości jest bez wątpienia Jorge Mendes, który na pośrednictwie transferowym zarobił - uwaga, uwaga!- ponad miliard dolarów. Trudno się dziwić skoro listę jego  podopiecznych otwiera Cristiano Ronaldo. Portugalczykowi jest o tyle łatwiej, że jego rodacy to jedna z najbardziej uzdolnionych piłkarsko nacji, sprzedają się świetnie. Polacy nie liczą się w tym wyścigu, pozycja polskich manedżerów jest adekwatna do miejsca rankingowego naszej reprezentacji i klubów. Rynek opanowali giganci, agencje menedżerskie zatrudniają współpracowników także nad Wisłą, zazwyczaj w rolach usługowych. Parę dekad wstecz, gdy na rynku panowała jeszcze wolnoamerykanka, kilku rodaków podejrzanej proweniencji nieźle się obłowiło. Teraz o nich nie słychać, rekiny biznesu piłkarskiego upomniały się o swoje.

Tu też są żniwa, ale bez takich zasad jak w walce na korcie i boisku. Doświadczeni prezesi i dyrektorzy sportowi są już asertywni wobec menedżerów, znają ich triki i bajery. Łatwiej idzie z debiutantami, szczególnie tymi przysłanymi do zarządzania klubem przez miejskie władze. Są kluby, które długo uczyły się na własnych błędach, dokonały wielu złych transferów, ale teraz już nie kupują kota w worku. Często przyczyną niewypałów były pobieżna badania lekarskie. Na pierwszym, trzecim, piątym treningu jeszcze to jakoś wyglądało, ale po miesiącu odzywały się niezaleczone kontuzje, przeciążenia i urazy. Na filmikach reklamujących piłkarzy każdy patałach jest prawie jak Messi, Salah, Lewandowski czy Yamal. W praniu okazuje się, że to poziom trzecioligowy.

Znam wielu menedżerów, tylko nielicznych szanuję. Pini Zahavi to światowy TOP w tym biznesie, udanie pokierował karierą Roberta Lewandowskiego. Dziarski 83-latek dokonuje kolejnych podbojów transferowych i... miłosnych. Niedawno widziałem go z młodszą o pół wieku Miss Ghany. Piłkarski Silvio Berlusconi. Od razu wyjaśnię, że na bunga-bunga nie zostałem zaproszony. Polscy agenci bardzo się zmienili na korzyść, dziś nie spotkamy już typa domagającego się od młodych podopiecznych zwrotu kasy za paliwo po nieudanym tournee po niemieckich klubach 3-ligowych, traktującego piłkarzy jak małpy w klatce. Niegdysiejszy lider rynku imponował koszulą w kolorowe motyle i skórzaną kurtką z tureckiego bazaru, a za zarobione potężne pieniądze kupił sobie kilka klubów piłkarskich, by móc żonglować między nimi swymi podopiecznymi. Że to wbrew przepisom? A od czego ma się żonę, syna, szwagra?

Śląsk stał się mekką gier zespołowych. Wielkie imprezy siatkarskie, koszykarskie, piłki ręcznej i hokeja upodobały sobie Górny Śląsk. Hale w Gliwicach, Sosnowcu, Katowicach to wielki atut. Z bardzo odległych czasów pamiętam świetnych koszykarzy Baildonu Katowice, Stali Bobrek Bytom, Zagłębia Sosnowiec, siatkarzy Płomienia Milowice, szczypiornistki Sośnicy Gliwice. Z twórcą potęgi „Bobrów” Janem Stankowskim, trenerem Sosnowca Tomaszem Służałkiem, koszykarzem Dariuszem Szczubiałem pozostawałem w koleżeńskich relacjach. Bywałem w ciasnych, obskurnych halach, w których wybitni zawodnicy grali wielkie mecze. Dziś na szczęście śląskie zespoły grają w pięknych okolicznościach przyrody.

Prezesi związków sportowych nie mają w Polsce dobrej opinii. Zasłużenie czy nie? W dobie powszechnego hejtu nie ma to większego znaczenia. Obiegowe opinie o leśnych dziadkach, opojach, malwersantach, a nawet pedofilach to krzywdzące uogólnienia wynikające z odosobnionych przypadków, które zdarzają się przecież w każdym środowisku. Politycy, dziennikarze, mundurowi, artyści, celebryci są niby lepsi, bezgrzeszni? W czym jako prezes byłem gorszy od urągających mi ministrów sportu lub opluwających dziennikarzy? Owszem, powiedziałem głupie zdanie o czarnej owcy, bez sensu broniłem własnego środowiska jak niepodległości, ale są na świecie większe zbrodnie. Dziś mamy w Polsce kilku prezesów światowego formatu. Bezdyskusyjnym liderem jest Sebastian Świderski prezesujący polskiej siatkówce tak wspaniale jak grają jego podopieczni na parkietach świata. Tu wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku, ani jednej sekundy opóźnienia. Albo jak w Metropolitan Orchestra bez fałszywego tonu. Podobnie w dżudo, gdzie świetny niegdyś zawodnik Krzysztof Wiłkomirski ma jasny plan na przywrócenie blasku dyscyplinie kochanej kiedyś przez miliony Polaków. Syn wybitnego naukowca doskonale wie, że tylko cierpliwość i konsekwencja przynoszą efekty. Każdy powinien poznać podstawy dżudo. Koordynacja ruchowa, sprawność, gibkość, refleks, siła, myślenie, respekt dla rywala - tyle wartości naraz. Przygotowując się do udziału w igrzyskach olimpijskich w Seulu wybrałem się na kilka treningów dżudo, które wtedy uprawiał mój nastoletni syn. Po rozgrzewce miałem już dość, a przecież właściwy trening dopiero się rozpoczynał. Wtedy nauczyłem się obowiązującej na tatami zasady „ustąp, aby zwyciężyć”. Bardzo się przydaje w trudnych życiowych sytuacjach. Podobnie jak „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, co dedykuję większości polskich polityków doby współczesnej.

Agnieszce Radwańskiej nie było dane zwyciężyć w Wimbledonie, ale i tak bardzo się liczyła w tenisowej hierarchii. Fot. Krzysztof Porębski/Pressofocus