Sport

Znam już każdą ulicę

Rozmowa z Franem Tudorem, zawodnikiem Rakowa Częstochowa

Fran Tudor urlop spędził w ojczyźnie. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus

Przychodząc do Rakowa w styczniu 2020 roku, spodziewałeś się, że spędzisz tu aż tyle czasu?

- Jak mam być szczery, to nie spodziewałem się, że będzie to trwało aż tak długo. Po tylu latach mogę powiedzieć, że spotkałem tu wielu fajnych ludzi, przeżyłem szczęśliwe chwile, mogę być naprawdę zadowolony. Dużo czynników złożyło się na tak długi czas w Częstochowie. Nie żałuję go w ogóle, choć wiem, że było kilka ofert, które klub odrzucił. Sięgnąłem tu po mistrzostwo Polski, trzy wicemistrzostwa, zostałem obrońcą sezonu, zagrałem w fazie grupowej Ligi Europy. To są super doświadczenia, których nikt mi nie zabierze. Jestem dumny, że razem osiągnęliśmy tyle dobrego.

No właśnie - obrońca sezonu. Trener Marek Papszun często z konieczności cię tam wystawia, choć nominalnie jesteś wahadłowym. Nie masz problemu ze zmiennością pozycji?

- Nie, bo jestem uniwersalnym zawodnikiem na boisku, mogę chyba powiedzieć, że naszą taktykę mam już w małym palcu. Na wahadle grałem przeważnie jako zawodnik, który cały czas atakuje przestrzeń. Po prostu lubię grać i na każdej pozycji mogę wiele dać drużynie.

W nowym sezonie jakiej pozycji spodziewasz się częściej?

- Jak znam życie, to znów będzie uzależnione od liczby kontuzji w naszym zespole, od tego z kim będziemy grali. Na dobór pozycji składa się wiele czynników.

W obecnej kadrze Rakowa jesteś zawodnikiem z najdłuższym stażem. Nowi gracze w klubie przychodzą do ciebie po wskazówki i rady, jak najlepiej wdrożyć się do drużyny?

- Oczywiście, że tak. Jestem tu najdłużej, więc moje doświadczenie i świadomość są takie, żeby jak najwięcej pomóc młodym zawodnikom, którzy do nas przychodzą, aby mogli się zaadaptować jak najszybciej, nauczyć naszego systemu. Taka też jest moja rola, aby pomóc młodszym zawodnikom.

Powiedzieć, że Polska to twój drugi dom, to w zasadzie nic nie powiedzieć. Może już w naszym kraju czujesz się lepiej niż w Chorwacji?

- Chorwacja jednak zawsze pozostanie moim domem, ale w Polsce też czuję się bardzo dobrze. W Częstochowie chyba znam już każdą ulicę, więc mogę o niej mówić jak o drugim domu. Nie załapałem jednak typowo polskich rytuałów, jak kosz tylko pod zlewem, czy schabowy na obiad w niedzielę (śmiech).

Co cię najbardziej zaskoczyło po przyjeździe do Polski?

- Na pierwszy rzut oka? W Chorwacji jest kultura chodzenia do kawiarni. Mamy ogródki, gdzie na zewnątrz można sobie spokojnie posiedzieć i wypić kawę. W Polsce te kawiarnie wyglądają trochę inaczej, co pewnie ma też związek z tym, że jest tu trochę chłodniej. U was więcej się je słodkich rzeczy do kawy, niż pije jej samej.

Nie żałujesz trochę, że nie urodziłeś się w Polsce? Tutaj prawie na pewno doczekałbyś się powołania do reprezentacji.

- Nigdy nawet nie myślałem o tym w ten sposób. W Chorwacji się urodziłem, a w Polsce jestem dopiero od kilku lat.

Język polski raczej nie sprawiał ci trudności.

- Język jest dość podobny do chorwackiego. Po przyjeździe do Polski zacząłem od razu chodzić na lekcje, uczyłem się pilnie 7-8 miesięcy, później poprzez rozmowy z kolegami w szatni.

Kawa, PlayStation, dobry film lub serial. Nic się u ciebie nie zmieniło w czasie wolnym?

- Tak, to się u mnie nie zmienia. Tak wygląda mój wolny czas. Ostatnio z Zoranem (Arseniciem – przyp. red.) i Stratosem (Svarnasem – przyp. red.) mieliśmy oglądać film o F1 na Netflixie („Jazda o życie” – przyp red.), bo to sport, który bardzo lubię. Podobnie jak amerykański futbol. Ostatnio obejrzałem też „Menhaden Osama Bin Laden”. Do tego czas z rodziną, tak to się ostatnio u mnie kręci.

Futbol amerykański, Formuła 1 - to sporty, które mają o wiele trudniejsze zasady do ogarnięcia od piłki. Rozumiesz je wszystkie?

- Amerykański futbol faktycznie ma dość skomplikowane zasady, ale ja już je załapałem. Jak się człowiek trochę w nie wgryzie, to nie jest aż takie straszne.

Początki przygotowań do nowego sezonu są dla was pechowe. Dwa lata temu potworna kontuzja Iviego Lopeza, teraz podobna historia spotkała Władysława Koczergina. Wypadają bardzo ważni zawodnicy.

- Może to źle zabrzmi, ale my już chyba jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Rok w rok mamy co najmniej jedną bardzo poważną kontuzję. Musimy sobie dawać radę i teraz nie będzie inaczej. Bez Koczergina oczywiście nie będzie łatwo, ale nic nie możemy na to poradzić.

U ciebie, odpukać, zdrowotnie chyba wszystko w porządku, choć rywale przeważnie cię nie oszczędzają.

- Ponad pięć lat, ponad dwieście rozegranych meczów i mogę powiedzieć, że mam szczęście mieć ciało, które trudno jest uszkodzić. Na razie jestem zdrowy i bardzo się z tego cieszę. Jak na piłkarza mam już swoje lata, więc muszę to tym bardziej doceniać.

MSK Żilina będzie waszym pierwszym rywalem na drodze do Ligi Konferencji. Jak oceniasz tę drużynę? Miałeś w ogóle czas obejrzeć losowanie? Z tego co wiem, w wolnej chwili raczej nie oglądasz futbolu.

- Nie oglądałem losowania, widziałem tylko na kogo mogliśmy trafić. Przyznam, że nie chciałem trafić ani na Żilinę, ani na AIK Sztokholm. Jedyny plus jest taki, że mamy blisko na Słowację. To młoda drużyna, która gra na dużej intensywności. Wicemistrz Słowacji, więc to na pewno będzie ciekawa rywalizacja. Jak na tę fazę eliminacji, to ciężki przeciwnik, mogliśmy trafić kogoś zdecydowanie łatwiejszego, z Litwy lub Serbii. Musimy jednak dać z siebie wszystko i przejść tego rywala.

Z perspektywy tych pięciu lat możesz powiedzieć, że ekstraklasa zrobiła duży progres? W pandemii zajmowała 29. miejsce w Europie, teraz wskoczyła do piętnastki.

- Powiedziałbym nawet, że zrobiła bardzo duży postęp. To zdecydowanie lepsza liga choćby od chorwackiej. Cieszę się, że nie ma w Polsce takiej drużyny jak Dinamo Zagrzeb, bo wtedy w lidze jest totalny monopol i jest ona zdecydowanie mniej interesująca. Po 10. kolejkach lider miałby 10 punktów przewagi i kwestia mistrzostwa byłaby tak naprawdę rozstrzygnięta. Z góry wiadomo, kto zostanie mistrzem.

Jak po kilku tygodniach patrzysz na zdobyte w zeszłym sezonie wicemistrzostwo? To bardziej sukces, czy jednak niedosyt?

- Jakiś niedosyt na pewno nadal jest, bo byliśmy bardzo blisko mistrzostwa. Nie ukrywam, że został żal z tego powodu.

Jak to się stało, że w meczach z Jagiellonią i Widzewem dostałeś po dwie żółte kartki i musiałeś zejść z boiska? Było w tobie takie poczucie, że to mogło zaważyć na tytule?

- W meczu z Jagiellonią (porażka 1:2 po bramce w ostatnich minutach Afimico Pululu z rzutu karnego – przyp. red.) druga żółta kartka była niesłuszna. Lekko dotknąłem rywala i nie było to przewinienie na kartkę. Z Widzewem odwrotnie, tam pierwsza kartka była mocno naciągana. Tak po prostu się zdarzyło, w piłce są gorsze i lepsze dni. Wychodząc na boisko, zawsze chcę zagrać w meczach jak najlepiej. Byłem zły na siebie, na sędziego, na wszystko, co działo się w tym meczu, bo takiego scenariusza pewnie nikt by nie napisał. To, co działo się w meczu z Jagiellonią, było wprost niewiarygodne. Totalny kosmos, w który nadal trudno mi uwierzyć. Patrząc na to na chłodno po kilku tygodniach, można ocenić, że był to kluczowy mecz w walce o mistrza.

Widzę u ciebie sporo tatuaży. Każdy ma jakieś znaczenie?

- Każdy sam wybiera, co chce mieć. Niektóre mają dla mnie większe znaczenie, inne mniejsze.

Akumulatory już w pełni naładowane? Zdradzisz, gdzie spędziłeś wakacje?

- Zawsze wolnego mogłoby być więcej (śmiech). Pojechałem w rodzinne strony, spędziłem czas nad morzem w Chorwacji, odwiedziłem też Zagrzeb. Z Polski nie jest daleko, da się dojechać w siedem godzin. To najlepsza opcja, bo chcąc lecieć samolotem, trzeba dojechać do Warszawy, bo nie ma połączenia z Katowic.

Częstochowa to chyba wyjątkowo dobre miejsce dla Chorwatów w naszej lidze. Myślisz, że możemy spodziewać się kolejnego twojego rodaka w Rakowie?

- Raków ma bardzo dobre doświadczenia z Chorwatami, choćby – mówiąc nieskromnie – za moją czy Zorana sprawą. Z Ante Crnacem też jestem w stałym kontakcie, teraz będzie grał w jednym zespole z naszym innym dobrym znajomym - Vladanem Kovaceviciem. Tacy zawodnicy potencjalnie są, ale nie wiem, na jakie ruchy transferowe zdecydują się w klubie.

Rozmawiał Mariusz Rajek