Znaki czasu
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
Najeżdżę się do tej Żyliny. Na razie obejrzałem dwukrotne bęcki kadry U-21, ale być może w lipcu Raków odczaruje ten sympatyczny stadionik, pamiętający przecież nawet Ligę Mistrzów. Piętnaście lat temu pod Dubniem strzelali gole tacy kozacy jak Nicolas Anelka, Mikael Essien czy Daniel Sturridge, a piłkę z siatki wyjmował Petr Cech – co prawda przygoda z Champions League zakończyła się dla Słowaków bez zdobyczy punktowych, ale kibice mają co dziatkom/wnukom opowiadać. Na trybunach górale beskidzcy czują się swojsko, zwłaszcza ci z Żywca, bo tamtejszy Góral, obecnie tułający się po klasie A, zakapiorów ma pierwszorzędnych i sztamą z żylińskim MKS-em się chlubi. Nawet barwy klubowe się zgadzają – na północnych sektorach dominują zieleń i żółcień.
Podczas meczu Polski z Francją dominowała żółć w komentarzach naszych kibiców, bo chłopcy Adama Majewskiego wyglądali jak ekipa ze znacznie młodszego rocznika. Odbijali się od rosłych czarnoskórych mężczyzn, dawali przepychać, nawet nasz największy harcownik Fornalczyk został parę razy bezlitośnie zgaszony przez rywala i odechciało mu się hasać. To była różnica klas nie tylko w kulturze gry, ale i nade wszystko różnica w przygotowaniu fizycznym – pierwsza połowa miała charakter nieuniknionej egzekucji, dostaliśmy trzy bramki i nie wyglądało to jak gwałt, ale konsensualny stosunek analny – Polacy od początku byli gotowi do przyjmowania kolejnych sztychów, nawet nie próbowali się bronić. W dodatku przy pierwszym golu kolejny z naszych bramkarzy się wygłupił. Zawsze mieliśmy na pociechę chociaż świetnych tormanów, ale teraz i na tej pozycji przyszłość rysuje się niewyraźnie: Tobiasz i Trelowski pozawalali haniebnie gole, następców Szczęsnego i Fabiańskiego nie widać. Ale, ale, może zanadto się zżymam, wszak drugą połowę nasze orlęta zremisowały! Mogły nawet wygrać, gdyby VAR nie wychwycił spalonego, ale Francuzi nonszalancko zmarnowali tyle setek, że byłby to wynik wysoce niesprawiedliwy. Mamy bowiem piłkarzy bez charakteru, nie mamy drużyny, a skoro po tak katastrofalnym turnieju trener Majewski mówi, że „mimo słabego rezultatu atmosfera była dobra”, nie miejmy też nadziei. Urządziliśmy się w pupie. Kiedy Majewski biadoli, że to wszystko przez „kuriozalne bramki”, które traciła nasza młodzieżówka, nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Kuriozum jest wtedy, kiedy Polacy strzelają; w golach strzelanych do naszej bramki nie ma niczego nadzwyczajnego, to zjawisko pospolite i występujące masowo.
Ciekawostka: pierwsza jedenastka trójkolorowych składała się w komplecie z graczy czarnoskórych. Signum temporis. Pamiętam przecież, jakby to było wczoraj, hiszpański mundial w 1982 roku, gdzie powszechną uwagę zwracał czarnoskóry rodzynek w ofensywie Les Bleus, Jean Tigana. Ale już przed dwudziestu laty, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Paryż, nieco zmodyfikowałem swoje wyobrażenie stolicy Francji, wyrosłe na melodramatach z Delonem i Deneuve. Zwłaszcza w La Defense, kiedy widziane z dystansu na schodach Grande Arche głowy siedzących obywateli niczym ćwierćnuty na pięcioliniach układały się w dodekafoniczną pieśń o braterstwie. Francuskie dzieciaki cierpliwie czekały z wypisanymi na kartonach prośbami o koszulkę do Lukeby i Tela – obaj nie zagrali, Francja rozjechała nas rezerwami, Tel podbiegł do trybun dopiero po meczu, żeby się z fanami przywitać. Nasze dzieciaki, wychowane na klasykach Primera Division, zakochane w Yamalu i Nico Williamsie, rozpięły na płocie biało-czerwoną flagę z napisem „Vamos Polska”. To byłby jakiś pomysł pod rozwagę dla nowego selekcjonera: naturalizować kilkunastu Hiszpanów, Katalończyków lub Basków i z nich stworzyć kadrę. Śmiem przypuszczać, że gdyby dzisiaj przyjęli obywatelstwo polskie wszyscy piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego, którzy biegają po naszych boiskach, wstydu by nie było, może i Finom daliby radę. I co z tego, że żaden hiszpański bramkarz u nas nie broni – nawet „randomowy” gracz z pola wstawiony do bramki nie zachowałby się gorzej niż Skorupski w polu karnym.
Tymczasem śledzę klubowy mundial i mam starczą satysfakcję, trochę jak po opolskich koncertach dedykowanych Jackowi Cyganowi i Wojciechowi Trzcińskiemu. Trochę to wyglądało jak karnawał w DPS-ie, niegdyś nazywano takie imprezy koncertami dinozaurów – klubowe mistrzostwa świata to też trochę jakby wizyta w Parku Jurajskim. Jakże się nie zachwycać wiecznie żwawym Leo Messim, kiedy trafia w okno z wolnego, prowadząc Inter Miami do zwycięstwa nad FC Porto? Jakże się nie wzruszać, że Sergio Ramos wciąż umie się cwanie ustawić i wyskoczyć z dyskretnym wsparciem pleców obrońcy do skutecznej główki? Klubowy mundial oprócz gwiazd w europejskiego topu jest też okazją do zobaczenia piłkarzy, którzy zniknęli nam z radarów za sprawą wieku i wybrali emerytury na słabszym piłkarsko kontynencie, jak Sergio Busquets, Luis Suarez, Edinson Cavani, lub takich, którzy ulegli pokusie zarobienia łatwego petrohajsu, jak Kalidou Koulibaly czy Ruben Neves.
Zanurzam w klubowym mundialu, może nieco z wolna, ale jednak nieubłaganie. Zanurzam się i dziwię tym, co marudzą, bo zalatuje to marudzenie hipokryzją. Zbigniew Boniek fanzoli kocopały, deklarując publicznie bojkot tej imprezy. „Przyrzekłem sobie, że nie obejrzę ani jednego meczu. To dla mnie wyłącznie jakieś… big money. I wydaje mi się, że zawodnicy są tam bardziej na wczasach”. Och, wystarczyło zobaczyć mecz Boca Juniors – Benfica, to nie był futbol wczasowy, tylko klasyczna jatka południowców – czerwone kartki, walka, emocje, latynoskie temperamenty i cztery gole. O tym, że nie ma wielkiej piłki bez wielkiej forsy, Boniek wie nie od dzisiaj – FIFA obiecała uczestnikom ciężkie miliony, bo w przeciwnym razie trudno byłoby nakłonić najbogatsze kluby świata, żeby potraktowały tę imprezę poważnie. Najważniejsze, że to nie jest turniej ekip z werbunku w typie superligi. Bezlitosny system kwalifikacji sprawił, że nawet Barcelona się nie dostała na imprezę, co z marketingowego punktu widzenia jest niedopuszczalne. Boniek prezentuje eurocentryczny punkt widzenia, najwyraźniej wielki hajs w rozbudowanej Lidze Mistrzów mu nie przeszkadza, ale kiedy europejskie gwiazdy mają lecieć za ocean, by zagrać z ekipami z innych kontynentów, pojawia się troska o ich zdrowie i przemęczenie. A niby dlaczego najlepiej opłacani piłkarze świata mają się oszczędzać? Żeby jesienią jeszcze łatwiej kopać tyłki na przykład polskim klubom, dobijającym się nieskutecznie do zaszczytnych rozgrywek? Największą niedoskonałością świata futbolu było to, że tylko co drugi czerwiec mieliśmy zajęty wielkim turniejem, a teraz już zostanie tylko jeden martwy sezon na cztery lata. Jestem z tych, którzy na hasło mundial reagują jak muszki owocówki na ocet jabłkowy – natychmiast lecę na zatracenie i tonę w rozkoszy, wpadam w pułapkę, zarywam noce, ha! – dostałem dodatkowy mundial, w dodatku, w dobrym, sprawdzonym formacie 32-zespołowym. Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, że wreszcie tytani muszą grać od początku z maluczkimi, zamiast wchodzić w glorii dopiero na fazę finałową, jak było jeszcze do niedawna w Pucharze Interkontynentalnym i do tej pory w Klubowych Mistrzostwach Świata.
Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus