Sport

Zmartwychwstanie

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz

Kamil Majchrzak zmartwychwstał. Po odcierpieniu kary za - nieświadome co prawda - ale jednak, stosowanie niedozwolonego dopingu, wziął się za solidny trening, a po roku przyszły efekty, które przerosły oczekiwania jego samego i wielu fanów tenisa. Ani wiek, ani warunki fizyczne nie stawiają go w gronie faworytów największych turniejów w przyszłości, ale tu i teraz jest całkiem przyjemne. W sytuacji, gdy poważna kontuzja eliminuje naszą jedynkę, Huberta Hurkacza, na dłuższy czas, efektowny come back Majchrzaka bardzo cieszy. Chłopak z Piotrkowa Trybunalskiego pokonał krętą drogę, którą dotarł na szczyt. Może jeszcze nie jest to ośmiotysięcznik, ale kolejne szczyty są do zdobycia. Wielu młodych tenisistów załamuje się po drodze, często za sprawą nieodpowiedzialnych rodziców i pazernych trenerów.

Mój świętej pamięci redakcyjny kolega Krzysztof ze „Sportu” wymyślił sobie, że jego syn będzie następcą Wojciecha Fibaka i poprzednikiem Hurkacza oraz Majchrzaka, czego oczywiście wtedy nie mógł wiedzieć. Woził syna na gminne, powiatowe i wojewódzkie turnieje, zamiast pozwolić mu na normalne wakacje z rówieśnikami, wysyłał na katorżnicze zgrupowania, ganił po porażkach, wytykał błędy, oczekując cudów. Spotkałem niedawno tego młodziana, dziś już statecznego pana. Przyznał, że ojciec zabrał mu dzieciństwo, pozbawił tego, co ukształtowało jego rówieśników na całe życie. Beztroski, radości, pierwszych miłosnych uniesień, wszechstronnych zainteresowań, całych dni spędzanych na podwórku z kolegami.

Problem dotyczy wielu dyscyplin sportu, ale tenis, piłka nożna i koszykówka są w czołówce. Zasłużony trener basketu z Grójca o pseudonimie „Jurant” dobitnie opisał rzeczywistość w tym środowisku. To jest istny targ dziećmi 11-letnimi, wyrywanie sobie talentów przez pazernych skautów z wielkich klubów. Wszystko pod pretekstem jakości szkolenia pod okiem rzekomo wybitnych trenerów. Dobrze, że PZKosz mówi STOP patologii. Do ukończenia szkoły podstawowej dzieciaki powinny trenować tam, gdzie nauczyły się pierwszego dwutaktu i rzutu z rotacją u swoich pierwszych nauczycieli. Owszem, zdarzają się sytuacje wyjątkowe, jak zmiana pracy przez rodziców, co wiąże się ze zmianą miejsca zamieszkania całej rodziny. Wtedy zmiana klubu jest oczywista. Oby bez opłat transferowych jak w niektórych wojewódzkich związkach piłki nożnej, gdzie przepisanie dzieciaka z jednej szkółki do drugiej słono kosztuje.

Nowy wiceprezes PZPN Dariusz Mioduski, zarazem właściciel piłkarskiej Legii, tuż po wyborze stwierdził, że najważniejszym elementem naszego futbolu są kluby. Oczywiście ma rację, ale z zastrzeżeniem, że chodzi mu o wszystkie polskie kluby. Duże, średnie i małe. Skupienie się tylko na wielkich ligowych markach sprawi, że szybko wyschnie źródło talentów zasilających reprezentację oraz ekstraklasę. Ci wielcy poradzą sobie, władze miast, hojni sponsorzy, nie zważający na ceny biletów kibice, nie pozwolą im upaść. Inaczej jest na dole piłkarskiej piramidy, gdzie kupno piłek, bramek i skoszenie trawy na boisku są problemami egzystencjalnymi. Prawie wszyscy reprezentanci Polski zaczynali piłkarską przygodę w najbliższym ich miejsca zamieszkania klubie. Wiejskim lub małomiasteczkowym. Rozpieszczona młodzież z wielkich miast nie garnie się do sportu tak jak ich rówieśnicy z prowincji. Oferta też ubożeje. Jako nastolatek trenowałem piłkę nożną w Marymoncie, ręczną w Spójni, koszykówkę w Polonii. Wszystko w promieniu kilku kilometrów od domu, na treningi chodziłem piechotą z kolegami z podwórka, nikt mnie nie dowoził autem jak to dzisiaj czynią rodzice. Zresztą w kamienicy tylko kilku facetów miało samochody, przeważnie służbowe Wołgi i Warszawy. Byłem królem podwórka z racji posiadania własnej piłki za 314 ówczesnych złotówek. Pastowałem ją i polerowałem codziennie, trzymałem pod łóżkiem jak skarb. Dziś młodzi też kochają sport, ale nadopiekuńczość i brak dystansu ze strony rodziców często tę miłość zabijają.

Długo karmiono nas stereotypami o polskim bałaganiarstwie i bylejakości. Dość tego! Organizując prestiżowe imprezy sportowe pokazujemy, że większość innych nacji ma nam czego zazdrościć. Zaczęło się od Euro 2012, do dziś uznawanego przez UEFA za najlepiej zorganizowane w historii. Tour de Pologne, mityngi lekkoatletyczne imienia Kusocińskiego, Skolimowskiej, Szewińskiej, żużlowe Grand Prix, siatkarska Liga Narodów, Eurobasket, a ostatnio młodzieżowy mundial w szczypiorniaku budziły zachwyt gości. Już nie zdarzają nam się wpadki jak kiedyś, gdy nie zagrano hymnu lub pomylono kolory koszulek. W efekcie hymn odśpiewali kibice, a reprezentacja Polski juniorów zagrała w strojach... Pogoni Blachownia. Polsce zleca się organizację prestiżowych imprez nie tylko dzięki nowoczesnej infrastrukturze sportowej, hotelowej i drogowej. Atutem są też ludzie. Zaczęło się od kilkudziesięciu wolontariuszy, dziś są ich tysiące. Niektórzy po przeżyciu pięknej przygody odeszli poza sport, wielu zostało. Są menedżerami, skautami, animatorami, wielu trafiło do międzynarodowych federacji... To największa wartość, jaka nam została po Euro 2012 i innych wydarzeniach.

O walnym zgromadzeniu sprawozdawczo-wyborczym PZPN napisano i powiedziano już tyle, że sam Józef Ignacy Kraszewski - najpłodniejszy polski pisarz w historii - by się nie powstydził. Moim zdaniem prezesowi Cezaremu Kuleszy udało się zwieść wielu komentatorów. To mistrz mylenia tropów i wpuszczania w maliny. Siódmy zmysł podpowiada mi, że nie jest tak, jak się Państwu wydaje, a rzekoma porażka Kuleszy jest w istocie jego zwycięstwem. Wsparł swoich lojalnych współpracowników, a Zarząd ma taki, jaki chciał. Teraz poczekam na decyzje nowego zarządu, w którego posiedzeniach będę uczestniczył z głosem doradczym jako świeżo upieczony prezes honorowy. Wszystkiego na zewnątrz nie wyniosę rzecz jasna, ale Czytelnicy „Sportu” na pewno dowiedzą się więcej niż inni. Zakładajcie aplikację najlepszej sportowej gazety w Polsce, kochani! Gwarantuję, że nie będę zmyślał ani konfabulował, jak czynią to różnej maści gońcy - bajkopisarze.

W sytuacji, gdy poważna kontuzja eliminuje naszą jedynkę, Huberta Hurkacza, na dłuższy czas, efektowny come back Kamila Majchrzaka bardzo cieszy. Fot. PAP/EPA