Sport

Zaświadczenie A-38

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Rozpoczynają się europejskie puchary, hurrraaaa!!! Uwierzycie Państwo, że wydajemy ten okrzyk z siebie już od 70 lat?! Rozgrywki zainaugował ś.p. Puchar Europy Mistrzów Krajowych w sezonie 1955/56. 4 września 1955 roku odbył się w Lizbonie pierwszy mecz, w którym Sporting zremisował 3:3 z Partizanem Belgrad. Potem wspaniałe szaleństwo pucharowe opanowało całą Europę, ale to moje "hurrraaaa" z pierwszego zdania nie jest niestety już tak szczerze entuzjastyczne jak jeszcze jakiś czas temu... W pogoni za banknotami UEFA tak sprzeniewierzyła się zasadzie, że prostota to cnota, tak wykrzywiła ideę pucharową, tak pozmieniała nazwy pucharów, tak nacudowała ze sposobem przeskakiwania z jednego pucharu do drugiego (jeśli wygrasz), albo do trzeciego (jeśli przegrasz), że aż przypomniała mi się moja ukochana francuska kreskówka z Asteriksem i Obeliksem. Dzielni Galowie mieli do wykonania dwanaście prac przekraczających możliwości zwykłego śmiertelnika, pamiętacie? Tak szczerze mówiąc, obecne reguły w europejskich pucharach przypominają mi właśnie absurdy z którymi musieli mierzyć się Asterix i Obelix. Zadaniem numer osiem było "wejście do domu, który czyni szalonym" i zdobycie legendarnego zaświadczenia A-38. Asterix i Obelix byli odsyłani od okienka do okienka, a cała procedura - wyjątkowo skomplikowana i bezsensowna. Zwariować było można! Obecne rozgrywki europejskich pucharów są właśnie jak przechadzanie się po piętrach urzędu po kolejne, następujące po sobie zaświadczenia: A-38, L-26, E-28, C-11, I-07, U-56, L-67 i E-01. Zapewniają one przede wszystkim biurokratyczną udrękę i absurd, które przetrwać potrafią jedynie najwytrwalsi. Zaświadczenie A-38 jest więc synonimem niepotrzebnych komplikacji, komplikowania spraw dla komplikowania spraw. Bohaterowie - w tym wypadku piłkarze - muszą przejść przez szereg skomplikowanych procedur, aby coś wygrać. Ba, startując w jednych rozgrywkach mogą wygrać inne, o czym oczywiście na początku nie mają pojęcia. Zrozumienie zasad obecnych pucharowych rozgrywek może prowadzić do szaleństwa. Nie oszalał na szczęście twardy zawodnik Kacper Janoszka, wyjaśniający w sąsiednim tekście te wszystkie zawiłości, ale że czaszka mu dymi to ja się nie dziwię...

Trochę poważniej. Piszemy o pucharach, bo rywalizację w nich inauguruje w Polsce Legia, której oczywiście dobrze życzymy i mamy nadzieję, że wyprawa na ćwierćkoniec świata (co to za świat - na sąsiedniej stronie objaśnia Mariusz Rajek) - zakończy się sukcesem i satysfakcją. Prawda jednak taka, że słowo "sukces" w obecnej sytuacji jest na wyrost, bo na razie w szranki staje wiele zespołów, bez urazy, nołnejmowych. Przyniosło to założenie UEFA, że każdy kraj musi poczuć się choć trochę ważny i dopieszczony, tak żeby nawet przedstawiciele najsłabszych lig mieli szansę poczuć radość z przejścia choć jednej pucharowej przeszkody... Niech się chłopaki cieszą... Z drugiej strony - kiedyś, gdy puchary były naprawdę pucharami, wytrwanie do wiosny oznaczało dla polskich drużyn wyczyn nie lada i było autentyczną sztuką, z których słusznie mogły być dumne, bo to oznaczało ćwierćfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych, Pucharu Europy Zdobywców Pucharów czy Pucharu UEFA. Jak pięknie brzmią te nazwy! Aż łezka się oku kręci... Niestety - to już nie wróci.