Sport

Z chmur na ziemię

Poprzedni sezon był dla Ruchu jedną wielką nauczką, z której trzeba wyciągnąć jeden główny wniosek – I liga to nie przelewki i nic w niej nie jest przesądzone.

0:5 z Wisłą Kraków to najbardziej pamiętny moment minionego sezonu w Chorzowie. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus

Fakty są takie, że Ruch zakończył sezon w drugiej połowie tabeli. Był co prawda najlepszym spadkowiczem, ale strata osiem punktów do miejsca barażowego to wynik, którego nie da się usprawiedliwić. Pozytyw to fakt, że w Chorzowie nikt nie tuszuje rzeczywistości. Wzięli się za wyciąganie wniosków i w następnych miesiącach okaże się, jak im się to udało. Jeśli źle – polecą głowy.

Głowa trenera

Ktoś jeszcze pamięta Janusza Niedźwiedzia? Wydaje się to przeszłością niemalże antyczną albo chociaż średniowieczną, ale to pod kierunkiem właśnie tego trenera budowany był Ruch zeszłego lata. Po spadku z ekstraklasy klub był jednak w powijakach, jeśli chodzi o plany na I ligę – i to był pierwszy błąd. Choć szanse na utrzymanie w elicie były iluzoryczne, przy Cichej dość leniwie zabierano się za szykowanie do gry na zapleczu. To skutkowało oknem transferowym rozciągniętym na wiele tygodni, piłkarzami przychodzącymi późno, w różnych momentach okresu przygotowawczego, co siłą rzeczy wpływało na ich dyspozycję. Świeżo mianowany dyrektor sportowy Tomasz Foszmańczyk został rzucony na głęboką wodę. Inna sprawa, że myśl trenera Niedźwiedzia też męczyła co poniektórych i tak oto gra Niebieskich wyglądała słabo. Wygrali tylko z Odrą na inaugurację, a potem zaliczyli serię pięć gier bez zwycięstwa. Niedźwiedź przypłacił to głową – w jego miejsce przyszedł Dawid Szulczek, a nowym trenerem m.in. Mo Mezghrani. Poprzedni szkoleniowiec nie cieszył się szczególną sympatią społeczności, ale Szulczek to co innego, w końcu jest „niebieski” i ze Świętochłowic. No i poprawił wyniki.

Kwestia czasu

Pamiętamy, że Ruch zakończył 2024 na 4. pozycji, gdzie wydawało się, że baraże to absolutne minimum, o jakie będzie walczył. Jasne, trzeba mieć na uwadze, że Szulczek dostał łatwiejszy terminarz, który w przypadku Niebieskich układał się dość kuriozalnie. Początek? Sami giganci I ligi i prawie same wyjazdy, bo na Stadionie Śląskim odbywały się inne imprezy. Potem wszystko się wyrównało, a chorzowianie mierzyli się ze znacznie słabszymi przeciwnikami, których regularnie ogrywali, a Odrę czy Chrobrego wręcz rozgromili, wbijając im w sumie 11 goli. Czas sprzyjał zespołowi i przyznawał to nawet sam trener Szulczek. Trener Niedźwiedź z kolei w wywiadach po zwolnieniu przekonywał, że tego czasu na wyjście z kryzysu nie dostał. Czy miał rację? Bo Szulczek na brak czasu narzekać nie mógł, co udowodniła wiosna – można już chyba określić ją jako historyczną.

Jak korkociąg

Ruch miał wszystkie karty po swojej stronie. Zimą nie było potrzeby wielkich wzmocnień, zespół rozpoczął przygotowania bez większych zaległości kondycyjnych, poleciał na komfortowe zgrupowanie do Turcji, a te transfery, których już dokonano, były w większości trafione. Ale co z tego, skoro pojawił się abstrakcyjny wręcz kryzys? Chorzowianie przestali wygrywać, wpadli w mentalny dołek i jak korkociąg zakręcali się w nim jeszcze bardziej. Od lutego do połowy kwietnia na 27 punktów zdobyli tylko 3, co musiało poskutkować obsuwą w tabeli (ostatecznie sezon skończyli dopiero na 10. miejscu). Udało im się na krótko przełamać, ogrywając mające jeszcze większe kryzysy ekipy Kotwicy, Stali Rzeszów i Warty, ale wtedy już nikt przy Cichej nie wierzył w baraże, co zresztą trener Szulczek sygnalizował wprost na konferencjach.

Przyczajony łowca

Co zawiniło? Czynników jest wiele, każdy ma swoje znaczenie, a mimo tego tajemnica kryzysu wciąż pozostaje nierozwikłana. Drużynę dręczyły drobne urazy. W szatni za dużo było zawodników, którzy chcieli grać, a miejsc na boisku jest tylko 11. Nie pomagała w tym zaciężna armia wypożyczona, licząca na regularne minuty z „eRką” na piersi. Skład zespołu był najstarszy w lidze, co nie sprzyjało fantazji i energii w wychodzeniu ze schematów. Poza tym najzwyczajniej w świecie okazało się, że co najmniej kilka zespołów ma po prostu lepsze składy (co nie znaczy, że Ruch miał słaby). Pewne błędy w decyzjach popełnił trener, szatnia także z czasem zaczęła patrzeć bardziej na siebie niż na dobro zespołu. No i wielki wpływ na mental chorzowian miała historyczna wręcz wpadka z Wisłą Kraków 0:5 przy prawie 54-tysięcznej publice. Trudno się było z tego pozbierać. Jeśli weźmie się pod uwagę tylko mecze rozegrane w tym roku, to Ruch w takiej tabeli zajął 13. miejsce. I liga jest jak przyczajony łowca, który najpierw potrafi dać poczucie złudnego bezpieczeństwa, a potem bezlitośnie atakuje. Ruch na papierze nie był zespołem na tak niskie miejsce jak 10., ale nie był też tak silny, aby baraże przyszły mu za półdarmo. Wyszedł za bardzo do przodu i zabrakło go z tyłu.

Wszystko się na siebie ponakładało i wyszła absurdalnie wręcz słaba runda, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Teraz w Ruchu już nikt nie składa ognistych deklaracji. Przy Cichej wolą ciszę.

Piotr Tubacki

7  WYPOŻYCZONYCH piłkarzy miał w swojej kadrze na koniec sezonu Ruch. Trochę za dużo. Tym razem takiego błędu chorzowianie popełnić już nie chcą.