Wzrusz
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
To jest już koniec, nie ma już nic - śpiewały w 1992 roku „Elektryczne Gitary”. Owszem, ze starym stadionem Ruchu przy Cichej już koniec, ale nie jest tak, że... nic nie będzie. Na razie jednak skupmy się na pożegnaniu. W sobotę wysłużone trybuny przedwojennego obiektu wypełniły się po brzegi. Fani przyszli zobaczyć drużynę w tych okolicznościach przyrody po raz ostatni. Emocje były ogromne, widziałem, jak pod stadionem popłakała się kibicka, bynajmniej nie nastoletnia. Wrażenie było surrealistyczne o tyle, że trybuny były pełne, z wyjątkiem... centralnego miejsca, czyli słynnej trybuny krytej, jednej z najbardziej charakterystycznych budowli tego typu w Polsce; powodem był fatalny stan techniczny. Niebawem trybuna odejdzie w niebyt, niemniej aż ucichłem, gdy na wejściu zobaczyłem, że brakuje jej części poszycia dachu; to efekt niedawnej wichury. Wrażenie było rzeczywiście przygnębiające... Usłyszałem, że siedzą tam kibice z sektora „niebo”...
Musiałem się z tym pożegnaniem oswoić, nie zdziwcie się, oglądałem tu mecze od czterech dekad i - można powiedzieć - poznałem każdy kąt. Na sektorze dla gości 30 lat temu spotkałem spacerującego po pustym obiekcie Bronisława Bulę. W klubowej kawiarence przeprowadziłem mnóstwo wywiadów m.in. z „Ojgą” Faberem. W legendarnym „Pentagonie” toczyłem niejedną dyskusję. W wyjściu na murawę minąłem się z... Eusebio, tym Eusebio. W hoteliku po drugiej stronie spotkałem testowanego w Chorzowie Emmanuela Olisadebe i zabrałem go na imprezę do klubu studenckiego w Katowicach. Gdyby wtedy został - Ruch miałby 15. gwiazdkę... Z kolei na sektorze za bramką naprzeciw miejsc dla gości - pierwszy raz oglądałem mecz Niebieskich - było to jesienią 1986 roku.
Ten ostatni pożegnalny mecz był dla mnie niezwykły z jeszcze jednego powodu. Otóż mogłem w sobotę oglądać go spacerując wokół murawy, zagłębiając się w pogaduchy z piłkarzami z dawnych lat, robiąc zdjęcia „Omedze” - słynnemu zegarowi, odmierzającemu czas, bo - jak się okazuje - to również dla niego był ostatni mecz w tej roli, trafi bowiem do muzeum...
Ileż tutaj było gwiazd! Zauważyłem mistrzów Polski, którzy sięgali po poprzednie pięć tytułów. Byli: Antoni Piechniczek, Henryk Pietrek (obaj 1968), Jan Benigier, Albin Wira (obaj 1974, 75, 79), Marian Piechaczek (1979), Dariusz Fornalak, Mieczysław Szewczyk, Leszek Wrona, Grzegorz Wagner czy Stanisław Gawenda (wszyscy 1989). A przecież to nie wszystkie gwiazdy. Ilu było tych młodszych, świetnych graczy, którym mistrzostwa nie udało się zdobyć... Żałuję, że nie doczekał tego momentu choćby Eugeniusz Lerch, fantastyczny piłkarz i człowiek, dla którego Ruch był świętością, mistrz Polski z 1960 roku...
Był to więc moment, kiedy ludzie niby oglądali mecz, emocjonowali się, jak przez dziesiątki lat, podbramkowymi akcjami, ale tak naprawdę pieścili wspomnienia z przeszłości, ukradkiem, albo wręcz otwarcie przełykając łzy. Cóż, czas łez jest bezsprzecznie wpisany kibicowski los... Bo kiedy we wspomnienia odchodzi jedna z najważniejszych, najbardziej zasłużonych świątyń futbolowych w Polsce - to kapiące jak grochy łzy nie są żadnym powodem do ujmy. Jest czas działania i czas płakania. Teraz jest moment dla papierowych chusteczek...
A co dalej? To już zupełnie inna historia...