Wszystko przed nami!
Rozmowa z Marcinem Komendą, mistrzem Polski z Bogdanką LUK Lublin oraz rozgrywającym reprezentacji Polski
Marcin Komenda z optymizmem patrzy zarówno w bliższą, jak i dalszą przyszłość reprezentacji. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus
Po tak emocjonującym sezonie ligowym miał pan chwilę oddechu?
- Rzeczywiście, sezon dla mnie oraz kolegów z zespołu Bogdanki LUK-u Lublin był niezwykle ekscytujący. Dokonaliśmy niebywałego wyczynu, chyba mało kto stawiał na nas. Owszem, mieliśmy okazję poświętować, ale był również czas na złapanie oddechu niezbędnego przed kolejnymi wyzwaniami sportowymi. Otrzymałem, podobnie jak moi koledzy, którzy grali do samego końca, dwa tygodnie urlopu. Wyruszyliśmy z żoną, córeczką oraz psem w góry. Taką ustaliliśmy marszrutę, by było w miarę blisko i wygodnie dla nas wszystkich. Oczywiście, że chciałoby się więcej, ale obowiązki wzywały. Żona oraz córka doskonale to rozumieją. Przed nami intensywny sezon międzynarodowy. Wiemy, co nas czeka na jego zakończenie we wrześniu. Każdy z nas ma ambicje, priorytety i nie chcielibyśmy być gorsi od naszych kolegów z poprzednich imprez mistrzowskich.
Czy był pan zaskoczony postawą swoich kolegów w pierwszym turnieju Ligi Narodów?
- Ależ skąd! Kadra jest szeroka i trener może spokojnie manewrować składem, bez większego uszczerbku dla jakości gry i wyników. Nikola Grbić wraz ze swoimi współpracownikami odpowiednio rotuje składem, tak by wszyscy mogli się zapoznać ze specyfiką gry w reprezentacji i zdobywać doświadczenie. To jedyna droga, by podnosić swoje umiejętności. Szacunek dla kolegów za komplet zwycięstw, bo to była doskonała pozycja wyjściowa do kolejnego turnieju.
Podczas zawodów w Chicago skala trudności zdecydowanie wzrosła, rywale byli silniejsi. Jak to wyglądało z pańskiej perspektywy?
- Mierzyliśmy się z renomowanymi rywalami, Włochami oraz Brazylią, którzy pojawili się w najsilniejszych składach. Tak więc poprzeczka faktycznie powędrowała wysoko, ale z punktu widzenia szkoleniowego było to super doświadczenie. Przegraliśmy oba spotkania, ale jedno z nich po tie-breaku. Z Brazylijczykami również mogliśmy doprowadzić do piątego seta, a on zawsze jest wielką loterią. Turniej w Chicago pokazał, nad czym musimy jeszcze sporo pracować. Tak na dobrą sprawę każdy element był do poprawy, ale dla nas to była niezwykle pożyteczna lekcja. Naprawdę niewiele brakowało, by osiągnąć z tymi rywalami jeszcze lepsze wyniki. Szkoda, że nie „wyrwaliśmy” zwycięstw, ale jestem przekonany, że w dalszej części sezonu będzie okazja do rewanżu.
Dla pana, jako rozgrywającego, turniej były sporym wyzwaniem. Chyba nie miał pan wielu okazji trenować w tym towarzystwie. Ile było było wspólnych zajęć przed wylotem do Stanów?
- To prawda, czasu nie mieliśmy dużo. Koledzy wrócili z Chin, mieli chwilę przerwy i przyjechali do Spały, by dołączyć do pozostałych kadrowiczów. Mieliśmy dwa dni na treningi, ale nie ma co narzekać. Taki jest sezon kadrowy i już się do tego zdążyłem przyzwyczaić. Niektórzy, nieco młodsi, dopiero go poznają. Meczów jest dużo, podróży podobnie i tak toczy się od lat. Próbowaliśmy się zgrywać, szukałem takich piłek, jakich potrzebują moi koledzy. Z mojej perspektywy, z meczu na mecz, wyglądało to coraz lepiej. Wymagający przeciwnicy nakładali na nas jeszcze większą presję trudną zagrywką, niekonwencjonalnymi atakami oraz dobrą grą w obronie. Wszyscy otrzymaliśmy pożyteczne lekcje i przekonaliśmy się, ile nam brakuje, by grać na jeszcze wyższym poziomie.
Obserwując mecze w Chicago odniosłem wrażenie, że nie wszyscy wytrzymali tę presję. Słabiej niż można było oczekiwać prezentowali się choćby atakujący, Kewin Sasak i Bartosz Gomułka. Podziela pan tę opinię?
- Organizacja gry Włochów czy Brazylijczyków zawsze była i jest na najwyższymi poziomie. Z nimi nigdy nie grało się łatwo i nie ma znaczenia, czy jest to początek sezonu, czy też jego najważniejszy moment. Świetnie prezentują się w bloku, obronę mają opanowaną do perfekcji i w tej sytuacji atakującym trudno się było przebić. Kewin Sasak przekonał się na własnej skórze, jak to jest, gdy po przeciwnej stronie siatki stoją gracze najwyższej światowej klasy. A mimo wszystko, powtarzam to po raz kolejny, mogliśmy uzyskać korzystniejsze wyniki. To tylko świadczy, jaki potencjał ma nasz zespół, a przecież występowaliśmy bez kilku czołowych zawodników. W miarę upływu czasu będzie coraz lepiej, jestem o tym święcie przekonany.
Mimo dwóch nieznacznych porażek, to i tak chyba mamy powody do zadowolenia, bo debiutanci sprawili niespodziankę. Gra ze środkowym Jakubem Nowakiem sprawiła panu przyjemność?
- Kuba ma wielki talent. To perełka, momentami spisywał się fenomenalnie. Nie możemy jednak zapominać, jak zaprezentował się Maks Granieczny na pozycji libero, broniąc wiele trudnych piłek. Nic tylko się cieszyć, że młodzi wchodzą do reprezentacji i robią to bez żadnych kompleksów i obciążeń. Możemy z optymizmem patrzeć w naszą siatkarską przyszłość. Jeżeli tacy młodzi zawodnicy już teraz rywalizują na najwyższym poziomie to - podkreślam raz jeszcze - trzeba się cieszyć!
Jan Firlej odpoczywał po występie w Chinach i trenował w Spale. Teraz wasz duet przystępuje do wspólnej pracy. Rywalizacja zapowiada się ciekawie...
- Ale będzie oparta o zdrowe zasady, co ze swej strony mogę zapewnić. Obaj jesteśmy nieco innymi zawodnikami, mamy trochę inna charakterystykę. Jesteśmy ambitnymi sportowcami i dołożymy wszelkich starań, by reprezentacja z naszym udziałem grała jak najlepiej. Będziemy się starali stworzyć jak największy komfort gry naszym kolegom.
Konkurencja w kadrze jest spora, zwłaszcza wśród przyjmujących, jak pan ją postrzega?
- Na każdej pozycji trwa rywalizacja. Przyjeżdżając w różnym czasie na zgrupowanie, trzeba było się odbudować fizycznie, nieco wzmocnić i bezpiecznie wrócić do grania. Z turnieju na turniej forma będzie wzrastała i jestem przekonany, że podczas finałowego turnieju na przełomie lipca i sierpnia w Ningbo będzie optymalna. A wracając do rywalizacji wśród przyjmujących, to wcale nie zazdroszczę trenerowi. Oj, będzie miał ogromny ból głowy, by wybrać czterech. Ale lepiej mieć kłopot bogactwa, bo dzięki temu przyszłość zespołu jawi się optymistycznie.
O awans do turnieju finałowego raczej nie musimy się martwić. Czy zgadza pan z tą opinię?
- Też tak sądzę! Po przylocie ze Stanów mieliśmy zaledwie dzień wolnego i w środę wieczorem byliśmy już w Spale. Od czwartku trenujemy już w komplecie, by jak najlepiej przygotować się do turnieju w Gdańsku. Po drodze mamy jeszcze jeden mecz kontrolny - w Olsztynie z Iranem. A potem trener wybierze skład na mecze z Iranem, Kubą, Bułgarią oraz Francją. Jesteśmy blisko awansu, ale najważniejsze będzie to, by znaleźć się jak najwyżej w tabeli. Oczywiście, najlepiej byłoby wygrać eliminacje, bo wówczas trafiamy na teoretycznie najsłabszego rywala, sklasyfikowanego najniżej z tej czołowej ósemki. To jednak zmartwienie na nieco później. Teraz najważniejsze, by spokojnie trenować i zdrowym być! A trzeba mocno podkreślić, że służby medyczne dbają, by nam nic nie dolegało i żebyśmy się czuli komfortowo. Oby tak było do końca!
Włodzimierz Sowiński