Widać gołym okiem
Kluczową rolę w zwycięstwie nad mistrzami Islandii odegrały stałe fragmenty gry.
Większość stałych fragmentów gry jest grana na Antonio Milicia. Fot. Jakub Kaczmarczyk/PAP
Lech Poznań strzelił w eliminacjach Ligi Mistrzów aż siedem goli, z czego trzy padły z rzutów karnych. Oczywiście najbardziej spektakularnym wyczynem jest hat trick w wykonaniu Mikaela Ishaka. Szwed potrzebował… 172 spotkań w Kolejorzu, żeby w końcu to uczynić. 32-letni kapitan mistrzów Polski przeszedł już do historii naszego futbolu - został najlepszym zagranicznym strzelcem polskiego zespołu w europejskich pucharach z dorobkiem 20 goli, wyprzedzając dotychczasowego rekordzistę Miroslava Radovicia, który miał na swoim koncie 18 trafień. Lech ostatni raz różnicą sześciu goli na arenie międzynarodowej wygrał w sierpniu 2008 roku, w eliminacjach Pucharu UEFA. Wygrał wtedy ze szwajcarskim Grasshopper Zurych 6:0.
Praca daje rezultaty
Pierwszy gol dla Lecha w 4 minucie padł po doskonale wykonanym rzucie rożnym. Joel Pereira idealnie dośrodkował na głowę Antonio Milicia, który skierował piłkę do bramki. Taki wariant rozegrania jest od początku sezonu charakterystyczny dla zawodników mistrza Polski, ale na razie się sprawdza. Chorwat zbiega z dalszego słupka na środek pola karnego, gdzie ma wyczyszczoną przestrzeń i może skupić się tylko na oddaniu strzału. Tak wykonany rzut rożny można było zauważyć już w spotkaniach z Legią Warszawa i Cracovią. W tym pierwszym meczu strzał środkowego obrońcy zatrzymał się jednak na poprzeczce.
Drugi gol dla Kolejorza padł po rzucie karnym, ale faul był po dośrodkowaniu z rzutu wolnego. Po raz kolejny etatowy wykonawca stałych fragmentów gry, czyli Pereira, wrzucił piłką w pole karne i gdyby jeden z zawodników gości nie pociągnął za koszulkę Antonio Milicia, to przed bramkarzem Breidablik stanęłoby aż trzech piłkarzy, którzy niepilnowani mogli oddać strzał. Ostatecznie głową uderzył Mateusz Skrzypczak, ale niecelnie, a po analizie VAR postanowiono podyktować rzut karny. Efekty pracy nowego trenera od stałych fragmentów gry, Markusa Uglebjerga, widać gołym okiem!
Nie przekładają
W Poznaniu zastanawiali się, co zrobić z najbliższym meczem przeciwko Lechii Gdańsk. W Polsce kluby, które biorą udział w rozgrywkach pucharowych, mają prawo przełożyć jedno spotkanie w lidze, żeby lepiej się przygotować do starcia z europejskim przeciwnikiem. Trener Niels Frederiksen przed meczem z Breidablikiem podkreślił, że decyzje podejmie po starciu z mistrzem Islandii. – Zaraz po zakończeniu meczu dyskutowaliśmy w naszym gronie i postanowiliśmy, że zagramy w sobotę z Lechią. Tę możliwość przełożenia spotkania ligowego być może wykorzystamy nieco później, może przy okazji rozgrywania meczów trzeciej rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów - poinformował duński szkoleniowiec.
Taką decyzję spowodował głównie wynik wtorkowego spotkania. Kolejorz wysoko wygrał i na Islandię jedzie ze sporą zaliczką. I tylko prawdziwa katastrofa mogłaby sprawić, że mistrz Polski nie awansuje do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Sam trener Frederiksen tonuje jednak triumfalny nastrój. – Wszystko rozstrzygnie się w drugim meczu. Jednak przy takiej zaliczce, jaką dziś zdobyliśmy, naprawdę wiele rzeczy musiałoby potoczyć się w złym kierunku, żebyśmy przegrali tak wysoko, żeby odpaść – przyznał 54-letni szkoleniowiec.
Zatem wiele wskazuje na to, że na jesień europejskie puchary zagoszczą w Poznaniu. W przypadku przejścia do III rundy eliminacji LM, Lech Poznań będzie miał zagwarantowaną grę w fazie ligowej Ligi Konferencji. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc władze klubu mierzą teraz w bardziej prestiżowe rozgrywki.