Wbrew wszystkiemu
Kiedy Brian Campbell wygrywał po raz pierwszy, był to lekki szok dla kibiców, a nawet dla niego samego. Drugie zwycięstwo było nie mniejszym zaskoczeniem.
Tym razem Brian Campbell wywalczył trofeum z jeleniem. Fot. Facebook John Deere Classic
Meksyk
Pierwszy raz podnosił trofeum PGA Tour w lutym w Meksyku. Turniej rozgrywany był na bardzo długim polu, z szerokimi jak lotnisko Heathrow fairwayami, w teorii idealnym dla wszystkich tych, których żywiołem jest… bezkresne wystrzeliwanie piłki. Oczywiście Brian był jednym z najkrócej uderzających zawodników w tym turnieju, a w dogrywce zmierzył się z już wspomnianym, terminatorem dystansu, 20-letnim Południowoafrykańczykiem - Aldrichem Potgieterem. Brian ze średnią 293 jardów był wtedy piąty od końca w stawce, Aldrich z wynikiem 324 – piąty najlepszy. Campbell szalał wokół greenów, Potgieter już niekoniecznie.
W tamtym sukcesie czuwała nad nim opatrzność. Już to, że wszedł do dogrywki było cudem, jednak to, co w niej się stało, było zdecydowanie wydarzeniem z gatunku niesłychanych. Wydawał się już pogodzony z porażką, kiedy jego zagranie z tee na drugim dołku dogrywki frunęło bardzo daleko w prawo, jak mawia Jacek Person – „do innego województwa”, na moment znikając w ścianie lasu. Kiedy wszystko wskazywało na to, że gra już jest skończona, piłka zamiast opuścić pole, odbiła się od drzewa i wróciła na środek fairwaya. Po chwili Brian niezmieszany wysmażył tam birdie i cieszył się swoim największym sukcesem. Pytany o rykoszet życia, powiedział: „O mój Boże, to odbicie! No cóż, biorę to”.
Z dołu do góry, z góry na dół
Poprzednie najlepsze osiągnięcie zanotował w swoim pierwszym sezonie PGA Tour, zajmując dwunaste miejsce w… John Deere Classic w 2017 roku, pięć uderzeń za zwycięzcą – Brysonem DeChambeau. Poza tym był jeszcze tylko raz w Top 25, podczas CareerBuilder Challenge w tamtym sezonie. Przed występem w Meksyku raczej nie szło mu najlepiej. W ośmiu poprzednich startach tylko dwa razy dotrwał do weekendu, z najlepszym finiszem na pozycji 51. Zajmując 222. lokatę w rankingu światowym, Kalifornijczyk w żadnym wypadku nie był faworytem do zwycięstwa w Mexico Open at VidantaWorld. W dotychczasowych 27 startach w lidze nigdy nie był nawet w TOP 10, przechodząc cuta tylko 10 razy. W tamtym turnieju niemal podwoił swoje zarobki z całej wcześniejszej kariery, dorzucając sympatyczne 1.26 miliona dolarów i awansował na 97. miejsce na świecie. Później wrócił do swojej normy, spadając systematycznie w rankingu, aż do miejsca 115. W kolejnych dwunastu turniejach tylko pięć razy zagrał przez wszystkie cztery rundy, z najlepszym występem w wielkoszlemowym Masters i tydzień później we flagowym RBC Heritage, gdzie był 32. Teraz wygrał ponownie, zostając jednym z zaledwie garstki graczy z więcej niż jednym triumfem na PGA Tour w tym roku. Na tej liście widnieją tylko takie postaci jak: zdobywca pełnego Wielkiego Szlema - Rory McIlroy, No.1 na świecie - Scottie Scheffler, austriacka gwiazda Ryder Cup z Rzymu - Sepp Straka, odkrycie tego sezonu - Ben Griffin i znany polskiej publiczności z rywalizacji z Adrianem Meronkiem na DP World Tour - Ryan Fox. Teraz dość niespodziewanie dołączył do nich Brian.
Z jeleniem w tle
W poprzednią niedzielę triumfował w John Deere Classic, tym razem na jednym z najkrótszych pól w kalendarzu ligi. Wydawał się kontrolować sytuację, zdobywając trzy birdie w czterodołkowej serii na początku drugiej dziewiątki. Jednak na piętnastce popisał się równie dzikim uderzeniem, jak to z dogrywki w Meksyku. Tym razem fortuna go opuściła – nie było kolejnego cudownego rykoszetu. Zagrał w lewo do lasu, do obszaru kary, kończąc tam podwójnym bogeyem. „Po prostu wykonałem zły zamach” – tłumaczył później. „Myślę, że wilgoć sprawiła, że się poślizgnąłem, od razu wiedziałem, że piłka tam poleci. Po prostu to zaakceptowałem i pomyślałem: »Wiesz co, wciąż w tym tkwimy. Zostało jeszcze wiele dołków, które naprawdę mi się podobają«”.
W tym momencie na prowadzenie wysunął się grający grupę później Argentyńczyk Emiliano Grillo, tylko po to by na szesnastce samemu wpaść w tarapaty. Ostatecznie obaj skończyli dzień wynikiem 67 i konieczna okazała się dogrywka. Jego drugi play off w karierze dla odmiany niemal pozbawiony był pierwiastka dramatyzmu. Na rozgrywanej ponownie osiemnastce Campbell posłał swoje drugie uderzenie niecałe 5 metrów od flagi, a Grillo po kłopotach po pierwszym i drugim uderzeniu, próbował obronić para z ponad siedmiu metrów. Nie udało się i Brian mógł cieszyć się drugą wygraną i awansem na 55 miejsce na świecie.
Jego -18 było najwyższym zwycięskim wynikiem na TPC Deere Run od czasu, gdy Bryson DeChambeau triumfował z tym samym rezultatem w 2017 roku. Jednak wygrana to wygrana. „Jestem tak podekscytowany, że tu jestem” – powiedział zachwycony 32-latek. „W John Deere naprawdę dzieje się magia”.
Szkocja wzywa
Dzisiaj rusza zupełnie wyjątkowy turniej - Genesis Scottish Open, będący tradycyjną rozgrzewką przed The Open, który w przyszłym tygodniu rozegrany zostanie w irlandzkim Royal Portrush. Turniej należy do grafiku zarówno PGA Tour jak i DP World Tour i pokaże się tam cała światowa czołówka, poza zawodnikami LIV Golf, przygotowująca się do gry na polu typu links – na jakim zawsze odbywa się The Open. Scottish Open już po raz siódmy z rzędu odbędzie się w The Renaissance Club. Obrońcą tytułu będzie Szkot Robert MacIntyre. Niedzielna transmisja od 15.30 na jednej z anten Polsatu Sport, z komentarzem Jacka i Andrzeja Personów.
W piątek do gry powróci Adrian Meronk, w turnieju LIV Golf Andalucia, w słynnym hiszpańskim Real Club Valderrama. Transmisje w Golf Zone. Obrońcą tytułu będzie Sergio Garcia, który pokonał w dogrywce Anirbana Lahiriego.
PGA Tour oprócz Scottish Open rozegra też turniej alternatywny - ISCO Championship, wieczornie pokazywany na antenie Eurosportu 2. Poprzednio zwyciężał tam Anglik w kaszkiecie - Harry Hall.
Będzie na czym oko zawiesić.
Kasia Nieciak
Z dziewczyną Kelsi. Fot. Facebook John Deere Classic
Publiczność dostała swoją porcję emocji. Fot. Facebook John Deere Classic