Sport

Warto zrozumieć, jakiego rodzaju myślenie może pomagać

Rozmowa z Kamilem Wódką, psychologiem sportowym

Kamil Wódka jako psycholog poznał polskie środowisko piłkarskie jak mało kto. Fot. Paweł Czado

W polskiej piłce nożnej dzieje się mnóstwo – nie tylko na boisku, ale i poza nim. Z pewnością ma to wpływ na psychikę piłkarzy. Czy ostatnia historia związana ze sposobem odejścia selekcjonera Michała Probierza może mieć wpływ na kondycję psychiczną zawodników?

– Oczywiście, że może. Odpowiedź na pytanie, w jaki sposób na nich to wpływa, na której płaszczyźnie i w jaki sposób – to już inna sprawa, można to analizować. To, co się teraz dzieje – szukam najdelikatniejszego słowa, które mogłoby oddać stan rzeczy – ten bałagan, który zapanował, jest czymś, co musi mieć wpływ na kogoś, kto choć trochę myśli. Nie da się od tego odciąć!

Wtedy może pomóc specjalista. Kiedy piłkarze przekonali się do pracy z psychologami? Pytam o to, bo jeszcze niedawno wielcy twardziele z ligi angielskiej jak Terry Butcher czy Vinnie Jones uznaliby z pewnością tego rodzaju wsparcie za niemęskie, za niepotrzebne… Podobne przekonanie panowało zresztą w Polsce. Kiedyś piłkarze, i w ogóle sportowcy, wstydziliby się korzystać z tego rodzaju pomocy. Dziś jest inaczej, zmieniło się to?

– Jak najbardziej tak. Pracuję przecież ze sportowcami, którzy tak nie myślą. Co jakiś czas wskakuję jednak w miejsca, gdzie tego rodzaju myślenie jest ciągle obecne. Zdarza mi się dziś podczas rozmów usłyszeć: „Wiesz, kiedyś społeczeństwo było twardsze, dziś jest bardziej delikatne, słabsze, więc dziś bardziej potrzeba psychologów”. Tyle że jak patrzę na tamtych twardych reprezentantów i zwolenników równie twardego podejścia do rzeczywistości, do życia i do samych siebie, to – powiedzmy sobie szczerze – niektórzy z nich, delikatnie mówiąc, różnie się odnajdują w życiu…

W sieci krąży opinia jednego z dziennikarzy dotycząca tego, kto niby może czuć stres, a kto odczuwać go raczej nie powinien, bo przecież piłkarz ma najpiękniejszy zawód świata i zarabia wielkie pieniądze, bo przecież inni mogą mu tego jedynie zazdrościć. Rozmawialiśmy potem, przyznał mi wtedy, że rzeczywiście wcześniej tak uważał, ale przemyślał to i uznał, że nie jest jednak to tak jednoznaczne…

Prawda jest taka, że sportowcy, a piłkarze zwłaszcza, funkcjonują w dużym napędzie, czasem w świecie ciągłych zaprzeczeń, nawet przed samym sobą, na zasadzie: „Nie dopuszczam do siebie takich myśli, bo ja jestem twardy, nie do zdarcia, jestem odporny i sobie sam poradzę”.

Czasy się jednak zmieniają, ludzie, także sportowcy, są bardziej świadomi faktu, jak mogą się rozwijać w różnych obszarach, również tym psychologicznym. Dlatego nie łączę większego zainteresowania psychologią sportu z tym, że sportowcy przeżywają większe problemy niż wcześniej. Po prostu jest większa świadomość tego, co psychologia sportu może sportowcowi dać, tak żeby bardziej się rozwinął.

Z jakim zjawiskiem pan jako psycholog pomaga piłkarzom walczyć?

– Nie pomagam walczyć z niczym, bo walka z czymś będzie w jakiś sposób wzmacniała to, z czym chcemy walczyć. To zaczerpnięte z medytacji: jeśli będę miał jakąś uporczywą myśl w głowie i będę starał się tej myśli pozbyć, to jednak cały czas na tej myśli jestem skoncentrowany, a przez to jakoś tę myśl… wzmacniam.

Pan pomaga ją ignorować?

– Nie! Jeszcze inaczej – pomagam ją… akceptować. Akceptować coś, co się dzieje, bo dzięki temu tak naprawdę dopiero wtedy odbieramy siły tej myśli. Jeśli zaakceptuję fakt, że zrobiłem błąd, to OK. Jeden z piłkarzy, moich podopiecznych, rywalizował o miejsce w składzie. Usłyszał, że w okresie przygotowawczym decyzja o tym, kto będzie grał na jego pozycji, a kto nie, będzie przez trenerów oparta na przeanalizowanych statystykach i dzięki temu wyłonią tego, kto popełnił mniej błędów. Dla niektórych może to brzmieć racjonalnie, ale przecież nie można grać tak, żeby przede wszystkim nie chcieć zrobić błędu. Wtedy to granie jakby na zaciągniętym ręcznym hamulcu…

A wtedy zawodnik boi się podejmować ryzyka, boi się popełnić błędu.

– Proszę wybaczyć: nie łapię pana za język, ale słownictwo, którego pan teraz używa, jest symptomatyczne. Ryzyko… Błędy… Sposób, w jaki myślimy o sytuacji, która nas spotyka, będzie rzutować na to, jak w danej sytuacji będziemy się czuli, jak będziemy się w niej odnajdować. Czyli jeśli myślimy o czymś, że jest ryzykowne, trochę niebezpieczne,  że nie możemy się pomylić, to jest narracja porównywalna do tej używanej w grze komputerowej, gdzie za chwilę ktoś może do nas strzelać.

Czyli to jest czasami kwestia zmiany narracji?

– Dokładnie, bo jeśli powiem, że wchodzę w swoje środowisko, ono jest naturalne, będę grał odważnie, biorę to na siebie, błędy mogą się przecież pojawiać, ale i tak mogę poprawić się w następnej akcji… – brzmi to inaczej. Nie ma przecież zawodnika, który się nie myli! Trenerzy próbują sprawić, by statystyki były jak najlepsze w każdym obszarze – celności podań itd. Jednak samo myślenie, że nie mogę się pomylić, nie koreluje pozytywnie z tym że ten piłkarz się nie pomyli! Musi mieć odpowiednie nastawienie w sobie, żeby grać dobrze. Oczywiście samo przekonanie nie wystarczy... Warunek jest taki, że mówimy o zawodnikach, którzy rzeczywiście umieją grać w piłkę (uśmiech). Gdybym wyszedł na boisko i miał grać na profesjonalnym poziomie, to nic by z tego oczywiście nie wyszło. Chodzi więc o szukanie dobrego mindsetu (sposobu myślenia, nastawienia, które wpływa na to, jak postrzegamy rzeczywistość i radzimy sobie z wyzwaniami – przyp. red.), bo to jest coś, co może tym zawodnikom rzeczywiście pomóc. Czyli nie chodzi o filozofię walki, a bardziej o odkrycie tego, jakie myślenie będzie mi pomagać. I w to trzeba pójść…

Niedawno uczestniczyłem w odsłonięciu muralu poświęconemu Andrzejowi Jarosikowi, sławnemu napastnikowi Zagłębia Sosnowiec. Był rzeczywiście świetnym piłkarzem, ale wsławił się przede wszystkim faktem, że podczas meczu z ZSRR w trakcie igrzysk olimpijskich w Monachium odmówił Kazimierzowi Górskiemu wejścia na boisko przy niekorzystnym wyniku. „Teraz to ja nie gram” – stwierdził. Polska przegrywała 0:1, zamiast Jarosika wszedł Zyga Szołtysik i przyczynił się do zwycięstwa 2:1. Aż się prosi o pytanie, czy ktoś będący w sytuacji Jarosika nie powinien potem zasięgnąć porady psychologa. Na początku lat 70. nikt o tym nie myślał…

– Zastanowiłbym się, co było w głowie takiego piłkarza, że w ogóle nie chciał wyjść! No cóż: z perspektywy zarządzania drużyną słuszna decyzja, że go wyeliminowano.

A jakby ktoś taki zdał sobie sprawę z tego, co zrobił i przyszedł potem do pana z prośbą: „Niech mi pan pomoże”...

– No, przyszedłby w momencie, gdy mleko już się rozlało... Wiadomo, że za takie zachowanie jest kara… Pewnie pracowałbym z takim zawodnikiem, pracowałbym nad podejściem do wykonywanego zawodu. Najważniejsze, jak taki piłkarz jako człowiek, jako mężczyzna, potrafiłby się w takiej sytuacji, po tym, co się stało, odnaleźć. Bo robić głupoty to jedno. A odnaleźć się po ich zrobieniu to zupełnie coś innego…  Kwestia, czy potem takiego zawodnika przepełnia fałszywa duma, która nie pozwala na rozmowę, czy raczej skrucha i chęć dialogu: „Przepraszam trenerze, wiem, że fatalnie się zachowałem, poniosło mnie. Wiem, że teraz trener nie zechce ze mną rozmawiać, ale będę pokazywał swoją postawą i chcę, żeby trener wiedział, że wiem, że zrobiłem źle i będę zasuwał na treningach, będę robił swoje, tak, żeby zasłużyć na drugą szansę”. To jest zupełnie co innego… Jeśli więc zawodnik po takim zdarzeniu do mnie by trafił, to…

To przekonywałby go pan do nawiązania kontaktu z trenerem?

– Do niczego bym go nie przekonywał. Bardziej chciałbym usłyszeć, co on myśli, co on czuje, co on chce... Pokazałbym mu mój sposób widzenia tej sytuacji, oczywiście gdybym dostał więcej informacji. Pokazałbym mu, jakie widzę rozwiązania, wybory i sposoby zachowania się. A finalnie to już jest jego decyzja, co on by z tym chciał zrobić.

Czyli pan nie namawia do konkretnych zachowań, a pokazuje pan różne rozwiązania i zostawia wybór podopiecznym?

– Pewnie gdyby niektórzy moi podopieczni razem tu z nami siedzieli, to by się uśmiechnęli i zapewne stwierdzili, że nie jest tak, że taki przeźroczysty jestem (uśmiech). Z moją osobowością czasem pokazuję, co moim zdaniem jest rozwiązaniem. Mimo wszystko staram się jednak dbać o to, żeby ta decyzja była należała do nich. Będąc dwadzieścia lat w sporcie, pewne ścieżki już przeszedłem. Gdy pracuję z zawodnikiem, który ma 18, 19, 20 lat, to pewne kwestie dla mnie, z perspektywy czasu, wydają się oczywiste: co warto byłoby w danej sytuacji zrobić.

A dla niego to jest nowość…

– Nowość, albo często żyje wręcz w swojej bańce, słucha kolegów czy szatni. Podam panu anonimowy przykład. To się w klubach dzieje dość często. Zawodnik dostaje informację, że klub go już nie chce, więc jak się pojawi następne okienko transferowe, to ma sobie szukać nowej drużyny. Może usłyszeć na swój temat różne opinie: że jest zbyt drogi, nie spełnia nadziei, jest niedobry, nieważny… Jednocześnie ta informacja zbiega się przypadkowo z inną informacją podaną przez klub, że właśnie… zmieniają tam trenera. Co to oznacza? Nowy trener to nowe treningi, nowe szanse. Jestem zwolennikiem tego, żeby w takiej sytuacji zawodnik niezależnie od tego, co wcześniej usłyszał w klubie, podszedł do nowego szkoleniowca i w cztery oczy zapytał: „Dzień dobry trenerze. Jestem ten i ten, dostałem taką i taką informację z klubu na mój temat. Ale muszę panu powiedzieć, że jestem w stanie walczyć o miejsce w składzie i realizować to, co trener by ode mnie chciał. Proszę jednak o informację, czy trener widzi mnie jeszcze w swoim zespole, czy chce trener realizować to, co usłyszałem w klubie?”

Zwykle, gdy zawodnicy coś takiego ode mnie słyszą, dowiadują się, że mogliby taką rozmowę odbyć, to bardzo duża ich część od razu mówi: „O, nie, nie, nieeee! Ja tego nie zrobię. Będę siedział i czekał, może ewentualnie menedżer się zapyta. To jest proszenie się o ścięcie głowy! Gdzie taka rozmowa z trenerem?!”

Tymczasem jeden z moich podopiecznych taką rozmowę odbył i trafił akurat na takiego trenera, który powiedział mu: „Bardzo mi się podoba twoja postawa. Przyszedłeś, wykazałeś się otwartością, dojrzałością. Poczekaj, potrzebuję kilku dni”. Po dwóch dniach go zawołał i mówi: „Nie ma opcji, żebyś odchodził. Powiedziałem już o tym prezesowi. Ja takich ludzi potrzebuję. Takich, którzy mają swoje zdanie, którzy jasno się komunikują, więc będziesz u mnie w drużynie”. Finał był taki, że piłkarz znalazł miejsce w drużynie, regularnie grał i pełnił ważną funkcję w tym zespole.

Warto więc podpowiadać pewne rozwiązania. Jednocześnie widzę, że zawodnicy sportów zespołowych mają problem zaskakującego rodzaju: nie inwestuje się w rozwój ich osobowości, inwestuje się przede wszystkim w to, żeby dobrze wypełniali procedury, należycie realizowali to, czego drużyna chce i potrzebuje. Właśnie dlatego niestety często brakuje w tych dyscyplinach osobowości. Mógłbym powiedzieć: „Czemu się dziwicie, jak je przecież wcześniej tępiliście, traktowaliście jako zagrożenie, jako nadmierny wyraz indywidualizmu?”. Jeszcze wracając do Jarosika i Górskiego: ktoś powie, że to była osobowość. Ale to nie ona była tłumiona. Piłkarz po prostu nie zrozumiał, co jest ważne w drużynie. W drużynie piłkarskiej nie może być tak, że mam jedenaście mocnych koni, z których każdy ciągnie wóz w inną stronę. Chodzi o to, żeby ciągnęły w jednym, właściwym kierunku.

Czy dostrzega pan w takim razie, jak wiele zależy od osobowości trenerów? Jednego będzie interesowało jedynie to, co na boisku, a inny będzie bardziej empatyczny, ludzki, skłonny do rozmowy.

– Szkoleniowcy są rzeczywiście różni, wiele od nich zależy. Szczególnie wiele, w mojej opinii, zależy od trenerów… dzieci i młodzieży. Na wiele w rozwoju młodziutkich piłkarzy mają wpływ, są wychowawcami.

Tylko że tych trenerów też trzeba tego rodzaju umiejętności uczyć, prawda? To u nas chyba niedoinwestowany fragment piłkarskiej rzeczywistości.

– Najlepsi trenerzy powinni, moim zdaniem, pracować z młodzieżą, bo tam tworzy się przecież najlepsze wzorce.

Ekstra, że pan to powiedział!

– Prawda jest taka, że bardzo wielu wyróżniających się zawodników pochodzi z małych, nieoczywistych ośrodków. Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek… Oni nie zaczynali przecież w wielkich klubach z wielkich miast. Warto o tym mówić i pokazywać tych nieoczywistych trenerów na początku drogi chłopców, którzy potem stają się świetnymi piłkarzami. To wręcz wychowawcy! Pamiętam swojego nauczyciela historii z podstawówki, który potrafił opowiadać, w jakiego rodzaju butach powinno się chodzić na różne bale czy potańcówki, albo jaki prezent powinno się ze sobą zabrać, gdy chcę po raz pierwszy odwiedzić szkolną koleżankę.

Czyli jak pan powiedział: właściwie bardziej wychowawca niż nauczyciel…

– Zdecydowanie! Z tego bardziej go pamiętam niż z lekcji historii. To kwestia wpływu na osobisty rozwój. Najważniejszy trener Szymona Kołeckiego, wicemistrza olimpijskiego z Sydney w podnoszeniu ciężarów, z którym jako psycholog miałem okazję współpracować, ten szkoleniowiec, u którego Kołecki najbardziej się rozwinął, dał mu listę stu książek do przeczytania. „Musisz to przeczytać, jeśli chcesz być mistrzem” – usłyszał Szymon. A te książki wcale nie były o ciężarach! Ja cały czas wierzę w to, że żeby być mistrzem, to trzeba mieć osobowość. Jednak o wykształcenie osobowości trzeba zadbać. Czy można ją mieć bez rozumienia tego, co dzieje się wokół? Czasem zdarzają się zawodnicy, którzy rzeczywiście nie rozumieją, co z czego się bierze, jakby powiedziała dziś młodzież – „nie ogarniają tego”, choć jednocześnie potrafią w meczu bardzo dobrze zagrać. Ale czy oni będą w stanie pokierować samymi sobą, wiedzieć, co jest ważne, co jest potrzebne, no i czy będą w stanie pomóc grupie? Niekoniecznie.

Rozmawiał Paweł  Czado

Część II rozmowy – wkrótce

Kamil Wódka

Psycholog sportu. W latach 1997-2003 studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim na kierunku „psychologia stosowana” ze specjalnością „psychologia sportu”. W 2010 roku był psychologiem reprezentacji Polski na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver. W 2011 roku uzyskał tytuł doktora nauk o kulturze fizycznej na AWF-ie w Krakowie. W 2012 roku uzyskał certyfikat psychologa sportu klasy mistrzowskiej wręczany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. W latach 2014-2015 był wykładowcą Szkoły Talentów PZPN. Od 2014 roku współpracuje z klientami indywidualnymi ze świata sportu. Podczas spotkań realizuje autorski model kompleksowego przygotowania psychologicznego. Od 2014 do 2016 współpracował z kadrą narodową w podnoszeniu ciężarów, a w latach 2013-2015 z piłkarkami ręcznymi z MKS-u Selgros Lublin. W zeszłym sezonie jako psycholog był w sztabie szkoleniowym Rakowa Częstochowa. Współpracował z takimi osobistościami świata sportu jak Kamil Stoch, Piotr Zieliński, Szymon Kołecki czy Łukasz Piszczek. Z tym ostatnim napisał w 2023 roku książkę „Łukasz Piszczek. Mentalność sportowca”. To  opowieść m.in. o problemach, z jakimi muszą radzić sobie wszyscy sportowcy.

 Kamil Wódka współpracuje z wieloma znanymi sportowcami. Jeden z nich to Łukasz Piszczek, z którym psycholog napisał w 2023 roku książkę „Łukasz Piszczek. Mentalność sportowca”. To  opowieść m.in. o problemach, z jakimi muszą radzić sobie wszyscy sportowcy. Fot. Łukasz Laskowski / Press Focus