Sport

W Szwecji żużel podupada

Rozmowa z Piotrem Żyto, trenerem ROW-u Rybnik, byłym szkoleniowcem szwedzkich drużyn, Rospiggarny Hallstavik, gdzie prowadził młodzież, i Vargarny Norrkoeping

Gdy Fredrik Lindgren zakończy karierę, Szwecja będzie miała problem ze znalezieniem dla niego następcy. Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

Nie tęskni trener za Szwecją? To chyba zupełnie inne realia – nie tylko pod względem żużlowym – od naszych.

- Na pewno jest tam inaczej, zdecydowanie spokojniej. Ludzie mają tam w ogóle inne podejście do wszystkiego. Tam się naprawdę fajnie pracuje i za tym faktycznie trochę tęsknie. Szwedzki żużel niestety podupada, nie ma za wiele treningów dla zawodników, nie ma pieniędzy i to jest dla nich duży problem.

Jakie różnice przychodzą panu od razu na myśl?

- Podejście człowieka do człowieka, od tego trzeba zacząć. My w Polsce bardzo lubimy każdemu zaglądać do mieszkania, interesować się wszystkim, jest ogromna zawiść, zakłamanie. W Szwecji czegoś takiego nigdy nie odczułem.

Można to przenieść na żużel?

- W jakimś sensie na pewno tak. Szwedzki żużel opiera się przede wszystkim na portfelu rodziców, jeśli mówimy o tych, którzy są dopiero na początku swojej drogi. Kluby za dużo nie inwestują w młodych zawodników, bo nie mają z czego. W Szwecji jest dużo więcej spokoju, można to nazwać podejściem bezstresowym. Mecze ligowe to nie jest wojna, jak to u nas często bywa. Na koniec jeden drugiemu gratuluje i życzy powodzenia. Media też na pewno nie rozpisują się o każdej najdrobniejszej sprawie, szukając sensacji. U nas jest to bardzo rozdmuchane. Najbardziej denerwuje mnie to, że sporo dziennikarzy różnych portali pisze pewne rzeczy, a nawet nie zadzwoni zapytać, żeby zweryfikować informacje.

Liga w Szwecji jeszcze cały czas jakoś się broni, ale został im jeden zawodnik na dobrym poziomie. Co będzie, gdy karierę zakończy Fredrik Lindgren?

- Jak Lindgren skończy karierę, to przez wiele lat nie będzie Szweda w cyklu Grand Prix, chyba że na zasadzie dzikiej karty. Następców nie widać, nie ma żadnego zawodnika, który przynajmniej pukałby do czołówki. Może Rasmus Karlsson, który jest jeszcze młody, zdobył tytuł mistrza w SGP3 dwa lata temu. Na wyrokowanie jest jednak za wcześnie, zobaczymy czy nie zaginie gdzieś po drodze. Na tym etapie na pewno się wyróżnia. Wybijał się trochę też Casper Henriksson, ale teraz też się zatracił, nie przywozi za dużo punktów dla Startu Gniezno. Zdecydowanie szybciej do światowej czołówki przebiją się Duńczycy niż Szwedzi. Niektórzy rozpływali się nad Philipem Hellstroemem-Bangsem, a jemu wyszły tak naprawdę dwa mecze. Na razie nie widzę, żeby to był jakiś wielki talent. Wiadomo, że ekstralidze jest bardzo ciężko, ale on w Szwecji również nie przywozi dużych zdobyczy punktowych.

Ile zawodnicy zarabiają w lidze szwedzkiej?

- Śmieszne pieniądze. Wybitny zawodnik może otrzymać za mecz 60 tysięcy koron, czyli około 24 tys. złotych. W Polsce zdarza się, że tyle dostają za dwa, trzy punkty. Do Szwecji żużlowiec musi płynąć promem, wszystko opłacić, pojeździć i wrócić. Wszyscy najlepsi zawodnicy w tej chwili nie jeżdżą w Szwecji, bo im się to zwyczajnie nie opłaca. Zawodnicy dobrze opłacani jak Zmarzlik są wyjątkami. Tam często zawodnicy jadą potestować sprzęt, bo zawsze lepiej zamiast treningu wziąć udział w zawodach. Według mnie Wiktor Przyjemski tak dobrze się rozwinął właśnie dzięki jeździe w Szwecji.

Przed nami Grand Prix w Malilli. To jest to, co Szwecja ma w tej chwili najlepszego do zaoferowania w żużlu? Najlepszy tor i najlepiej zorganizowany ośrodek?

- Na pewno jest tam w tej chwili największa publika w Szwecji. Tak dużej widowni nie ma w innych ośrodkach. Gislaved może również podołałoby organizacji takiej imprezy, ale to malutki stadion, porównując z Malillą. Szkoda, że w Szwecji zrezygnowali z turniejów na dużych stadionach w Goeteborgu czy Sztokholmie. Były to tory jednodniowe, ale na pewno dobrze się tam oglądało zawody, na frekwencję nie można było narzekać.

Atutem Malilli jest ciekawe ściganie, które jest niemalże gwarantowane.

- To prawda, tam potrafią przygotować tor do walki. Splendor spada na Phila Morrisa (dyrektora GP – przyp. red.). Mówi się, że zawsze potrafi przygotować ten tor mimo opadów deszczu, ale to przede wszystkim zasługa szwedzkich działaczy. Robią tam naprawdę kawał dobrej roboty. Morris tam przeważnie stoi i patrzy, a oni wszystko wykonują za niego. Stadiony w Szwecji budowane są na obrzeżach, żeby nie hałasować i nie przeszkadzać mieszkańcom. Jedynym wyjątkiem był Hallstavik, gdzie najpierw powstał stadion, a dopiero potem bloki mieszkalne. Tylko, że mówimy o miejscowości, która ma sześć tysięcy mieszkańców. Wszystkie pozostałe stadiony są znacznie oddalone od zabudowań.

Dla Bartosza Zmarzlika chyba nie ma obecnie znaczenia, na jakim torze startuje. W Malilli przybliży się do szóstego tytułu?

- Kibicuję mu od bardzo dawna. Pamiętam Bartka jeszcze z czasów, gdy do Opola przyjeżdżał z tatą na treningi. Kiedyś powiedziałem panu Pawłowi, że syn zostanie mistrzem świata, nawet mi to kiedyś przypomniał. On pracuje, jest profesjonalistą w każdym calu, daje z siebie zawsze 150 procent. Może być tak, że długo jeszcze będzie panował na światowych torach. Oby tak było.

Jeśli zdobędzie tytuł w tym roku, pozostanie mu tylko ścigać się z największymi – Ivanem Maugerem i Tonym Rickardssonem. Siedem razy mistrzem świata nie był jeszcze nikt. To byłaby dominacja totalna.

- My Polacy już tak mamy, że lubimy podnosić tę poprzeczkę. Cały światowy żużel w zasadzie przeniósł się teraz do Polski. Największe pieniądze są u nas i wiadomo, że wszyscy chcą tu jeździć. Jeśli spojrzymy, ile imprez organizowanych jest w Polsce, to bez żadnego ryzyka można powiedzieć, że bez nas ta dyscyplina by się rozpadła. My nakręcamy całe zainteresowanie, bo geografia żużlowa niestety bardzo się zmniejszyła.

Martwi trenera, że poza Polską żużel może się całkowicie zwinąć?

- O Szwecji już mówiliśmy. W Anglii czy Danii też nie ogląda go zbyt wielu kibiców i nie jest dyscypliną wiodącą. Zresztą nie musimy szukać poza granicami. Pojedziemy na Mazury i tam nikt o żużlu nie słyszał. Ewentualnie będą kojarzyć Zmarzlika, bo jest sportowcem bardzo rozpoznawalnym. W Warszawie również mnóstwo ludzi nie wie, co to jest żużel. Musimy zaakceptować, że żużel jest niszowym sportem, który jeszcze żyje dzięki Polsce i naszym pieniądzom.

ROW Rybnik, którego jest pan trenerem, ostatnio wygrał z Włókniarzem Częstochowa. Czuje pan, że ten mecz doda wiatru w żagle na końcówkę rundy zasadniczej? Pomijając urazy Piotra Pawlickiego oraz Madsa Hansena - wygrać mecz sześcioma punktami, w którym przegrywało się ośmioma, to jednak wyczyn.

- Wszyscy wiedzą, jak to wyglądało i ja nie będę zaklinał rzeczywistości. Gdyby nie kontuzje we Włókniarzu, byłoby nam bardzo ciężko. W końcówce meczu pokazaliśmy, że potrafimy się ścigać. Złapaliśmy wiatr w plecy i wykorzystaliśmy sytuację. Nieszczęścia się zdarzają, tym razem to nam sprzyjało szczęście, ale te role zawsze mogą się odwrócić. Na pewno jest łatwiej zmobilizować drużynę, gdy w końcu pojawia się zwycięstwo. Widać, że kibiców też ta wygrana bardzo ucieszyła. Teraz mamy mecz z Motorem i jedziemy do Torunia. Jakbym powiedział, że któryś z nich wygramy, to zabiliby mnie śmiechem. Przygotowujemy się jednak do play downu i nie możemy oddać żadnego meczu bez walki.

Wygraliście mecz, w którym nikt praktycznie nie zawiódł. Zapytam wprost: Nicki Pedersen jeszcze pojedzie w tym sezonie w barwach ROW-u?

- Ja Nickiego będę potrzebował na pewno. Nie wiem, czy już na najbliższy mecz, ale na pewno w Rybniku jedzie w tym sezonie dobrze i punkty mówią same za siebie. W Gorzowie jeździł, zna ten tor i myślę, że tam będzie mógł nam tylko pomóc. Mieliśmy trening u nas na przyczepniejszym torze i Nicki również go sobie chwalił. Te teksty, że szykujemy w Rybniku tor pod jednego zawodnika, to były bzdury. To przykład tej sytuacji, gdzie dziennikarze powielają głupoty, a nikt nie przyjdzie zapytać, jak jest naprawdę. Reasumując, uważam, że Nicki będzie nam jeszcze potrzebny i nam pomoże.

Jak układa się współpraca z prezesem Krzysztofem Mrozkiem? Ma pan pełną swobodę działania?

- Złego słowa nie mogę powiedzieć na prezesa. Czasami jest tak, że ktoś z boku może podpowiedzieć lepsze rozwiązanie, a ja nigdy nie uważałem, że wszystko wiem najlepiej. Nie mamy wielkiego sztabu szkoleniowego i czasem taka podpowiedź jest cenna, natomiast w czasie meczu sam prowadzę drużynę i nie ma z tym żadnych problemów. Ostatnio prezes całe spotkanie przesiedział u góry (na balkonie budynku klubowego – przyp. red.), rozmawiając ze sponsorami. Razem cieszymy się ze zwycięstw i razem przełykamy porażki. Tak to wygląda, jest naprawdę elegancko.

Rozmawiał Mariusz Rajek

Sobota, 5 lipca, godz. 19.00

Grand Prix Szwecji w Malilli