W szczerym polu
Z sentymentem wspominamy piłkarskie meteory, których przelotny romans z futbolowymi tuzami był w dużej mierze efektem fanaberii miejscowych, bogatych notabli.
Niezapomniana atmosfera na stadionie w Ciderlandzie, czyli w Radzionkowie. Fot. Press Focus
Angielskie określenie „in the middle of nowhere” (w tłumaczeniu „w szczerym polu”) idealnie pasuje do bohaterów naszego tekstu, czyli zespołów, które swoje siedziby miały w malutkich miejscowościach, a mimo to potrafiły awansować na szczebel centralny, a nawet do najwyższej klasy rozgrywkowej. Pretekstem do rozważań jest tutaj absolutny pierwszoligowy debiutant Pogoń Grodzisk Mazowiecki czy Wieczysta Kraków.
Nie pojawią się w naszym artykule drużyny, które były na ustach całej Polski głównie za sprawą sensacji w pucharze „tysiąca” klubów, czyli w Pucharze Polski. Przypomnimy za to kilka piłkarskich meteorów, czy - jak kto woli - efemeryd, których przelotny romans z futbolowymi tuzami był w dużej mierze efektem fanaberii miejscowych, bogatych notabli. To oni z potrzeby pokazania się, pochwalenia, ekstrawagancji, zaszpanowania, leczenia kompleksów postanowili swoje lokalne „zabawki” wydobyć z ligowych nizin. Te klubiki naturalnie były przejawem folkloru w polskiej piłce nożnej – przaśne stadiony, specyficzna lokalna publiczność z proboszczem, burmistrzem, komendantami policji, straży pożarnej czy nierzadko lokalnymi przedsiębiorcami w loży VIP, a nawet często biznesmenami-hochsztaplerami. Niemniej stanowiły też największą, a czasami jedyną rozrywkę w okolicy, choć nikt chyba nie zaprzeczy, że dodawały kolorytu naszemu futbolowi i rozgrywkom!
Owiewkowe HEKO
Jedną z najbarwniejszych jest historia liczącej w przybliżeniu 600 mieszkańców wsi Czermno, która stała się rozpoznawalna w kraju dzięki rewelacyjnej drużynie HEKO. Swoją nazwę zawdzięczała producentowi... owiewek samochodowych. Właścicielami klubu byli państwo Henryk i Mariola Konieczni i to im udało się w tak mikroskopijnej wiosce – 522 mieszkańców (!) - zbudować klub, który na początku XXI wieku szybko piął się po drabinie ligowej hierarchii, aż dotarł na zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej. Tam na HEKO czekały już uznane marki. Trudno dziś w to uwierzyć, ale w tak niewielkiej wsi gościły Widzew, ŁKS, Jagiellonia, Śląsk czy Ruch. Mecze w I lidze cieszyły się świetną frekwencją. Na stadion przychodziło często ponad 2000 osób, a w kadrze zespołu byli znani później z ekstraklasowych aren: Marcin Folc, Paweł Zawistowski czy jednokrotny reprezentant Polski Grzegorz Piechna, który w wygranym 3:1 meczu z Estonią strzelił nawet bramkę. Popularny „Kiełbasa” zdobył też 23 gole w sezonie 2003/2004, w którym czermnianie świętowali awans do II ligi, co było największym w historii sukcesem klubu. HEKO spędziło na tym poziomie tylko jeden sezon, przegrywając baraż o utrzymanie ze Stalą Stalowa Wola, a jak się później okazało, klub w pewnym momencie padł ofiarą swojego sukcesu. Jego pryncypał otoczony był przez złych doradców. Udowodniono mu, że 10 ligowych spotkań zostało ustawionych przez klub. W 2010 r. został zatrzymany przez CBA. Trzy lata później dobrowolnie poddał się karze - półtora roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, grzywnie w wysokości 20 tys. zł oraz pięcioletni zakaz sprawowania funkcji w polskim sporcie. Do działalności piłkarskiej już nie wrócił. Klubu nie ma. Opustoszałe boisko służy do... uprawy ziemniaków, zaś nazwisko właściciela imperium Zakładów Tworzyw Sztucznych i Wyrobów Różnych HEKO pojawiło się ostatnio, gdy wpłacił maksymalną, dozwoloną kwotę na jedną osobę, czyli 69 tys. 990 zł, na kampanię prezydencką Karola Nawrockiego.
Kolejarz, oczko w głowie Koguta
Kolejarz Stróże to klub z piłkarskimi tradycjami od 1949 roku. Do przełomu w jego rozwoju doszło w 2010 roku, gdy awansował pod wodzą Jarosława Araszkiewicza na zaplecze ekstraklasy. Był to historyczny sukces w 61-letniej historii drużyny ze Stróż. Klub pochodzący z niewielkiej wsi - 2500 mieszkańców - położonej w odległości około 25 kilometrów od Nowego Sącza, nie walczyłby nigdy o awans do I ligi, gdyby nie wsparcie zmarłego w 2020 roku senatora Stanisława Koguta; Kolejarz był jego oczkiem w głowie.
- Spełniło się marzenie mojego życia. Do dwuipółtysięcznych Stróż zawita I liga - wołał znany senator do słuchawki, nie mogąc być na historycznym meczu z parlamentarnych powodów. - Na bieżąco informowany byłem o przebiegu spotkania. Trudno opisać, co przeżywałem, gdy w końcówce padały bramki. Serdecznie gratuluję trenerowi Jarosławowi Araszkiewiczowi i zawodnikom. Udowodnili, że nie święci garnki lepią!
W Stróżach grali m.in. tak znani piłkarze, jak Dawid Szufryn, Krzysztof Gajtkowski, Krzysztof Markowski, Witold Cichy, Janusz Wolański czy Cheikh Niane, ale po czterech sezonach bliski w pewnym momencie awansu do ekstraklasy klub zaskakująco wpadł w tarapaty. Okazało się, że stadion nie spełnia standardów, by dalej gościć drużyny poziomu centralnego, więc PZPN nie wydał klubowi licencji na grę w I lidze. Kolejarz miał jeszcze szansę na występy w II lidze, lecz ostatecznie nie skorzystał z tej opcji. Licencję na grę na trzecim poziomie rozgrywek sprzedał Limanovii, zaczynając sezon 2014/15 w... A-klasie! Wówczas z funkcji wiceprezesa zrezygnował senator Kogut. - To najcięższa decyzja w moim życiu. Trudno odchodzić z ukochanego klubu. Zniszczono moje marzenia i mój dorobek, choć w kolejnym sezonie chcieliśmy budować drużynę, mającą walczyć o ekstraklasę.
Ech ten Ecik, ech Ciderland
W tym samym sezonie co Kolejarz i Bruk-Bet z grupy Zachód awansowali do I ligi kolejni przedstawiciele małych „destynacji”: Górnik Polkowice i Ruch Radzionków. Trzy sezony Cidrów w ekstraklasie to jedna z najbardziej sympatycznych kart w „nowożytnej” historii polskiej piłki klubowej. Do dziś pamięta się gole i główki 40-letniego Mariana Janoszki - „takie coło to mom tylko jo i Pele – żartował „Ecik”, a także zdemolowanie w debiucie 5:0 Widzewa Łódź, który jeszcze niedawno rywalizował w Lidze Mistrzów. – W spotkaniu z Widzewem wychodziło nam wszystko. Sukcesem byłby remis, nikt nie myślał, że powalczymy, każdy się modlił, żeby tylko blamażu nie było. A tu wpadła pierwsza bramka, zaraz druga. Łodzianie myśleli, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie i się bardzo mocno nacięli - cieszono się w Ciderlandzie, gdzie były też zawsze śląskie „kołocze”, ale i cudowna atmosfera. Gospodarz miał ksywkę „Zelter” (woda), na szpindach (szafkach) napis głosił „ouwerole” (dresy), a spiker zapowiadał, że zawodnika z numerem „ći” (3) zmieniał zawodnik oznaczony numerem ćinaście (13). Gdy kamery pokazywały ławkę rezerwowych, zawsze widać było usypane kopczyki po łuskach słonecznika. A wręcz rodem z Monty Pythona był materiał Telewizji Katowice o tym, ile może przez granicę w Cieszynie przenieść alkoholu polska mrówka. Materiał pokazał... uśmiechniętych, rozpromienionych i z pełnymi reklamówkami piłkarzy z Radzionkowa, którzy w tym czasie przebywali na letnim obozie w Wiśle. Niestety, po spadku przestało już być tak kolorowo. W pewnym momencie „Cidry” zleciały aż do IV ligi. Odrodziły się jednak i w 2010 roku awansowały do I ligi. Dwa lata później musiały się z niej jednak wycofać, ratując tym samym Polonię Bytom i na jeden sezon w zasadzie zniknęły z piłkarskiej mapy. Wkrótce też stary, zasłużony stadion w Ciderlandzie został sprzedany prywatnemu inwestorowi i natychmiast rozebrany. Na szczęście w 2019 roku radzionkowianie przenieśli się już na swój nowy kameralny obiekt, we własnym mieście, lecz o ekstraklasie już nikt tam nie myśli.
Słoniki z rozmachem
Od ponad 10 lat sztandarowym przykładem wielkiej piłki na prowincji jest Bruk-Bet Termalica Nieciecza, która drogę na szczyt rozpoczęła od rywalizacji z inną „wiejską” drużyną. To na potrzeby współzawodnictwa z „ziomalami” ze Stróż nadano nazwę tym pojedynkom „derbów kukurydzianych”, gdyż dojazd do stadionu „Słoników” ciągnie się wzdłuż szerokich pół kukurydzy. Bramy do raju otworzyły się w 2015 r., kiedy to niecieczanie z drugiego miejsca awansowali do elity. Pierwszy sezon stał pod znakiem walki o utrzymanie, w drugim zaś klub osiągnął największy sukces w historii – awansował do grupy mistrzowskiej, w której zajął ostatecznie 8. miejsce. Potem był spadek i kolejny awans do ekstraklasy. Trzeci awans w poprzednim sezonie był już dziełem specjalisty w tej materii - Marcina Brosza (awans do ekstraklasy z Piastem, Górnikiem, Bruk-Betem).
Trzeba jednak docenić rozmach, z jakim właściciele Bruk-Betu od podstaw stworzyli ten projekt. Krzysztof i Danuta Witkowscy za własne pieniądze zbudowali stadion oraz bazę treningową. Piłkarze mają zapewnione doskonałe warunki płacowe, a przelewy zawsze dochodzą na czas. Nieraz w wielkich klubach o uznanych markach trudno mówić o takim profesjonalizmie. Bruk-Bet jest na pewno unikatowym, nawet w skali europejskiej, zjawiskiem. Dowodem, że wielka piłka nie jest zarezerwowana wyłącznie dla dużych miast.
Dlatego trzeba szanować „wariatów” - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu - którzy inwestują swój kapitał w lokalne kluby. I szanować takie ekipy, jak wymienione wyżej Heko Czermno, Kolejarz Stróże, Ruch Radzionków czy Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Włókniarz Kietrz, o których pamiętają już tylko starsi czytelnicy, a także o Słonikach z Niecieczy czy Żubrach z Niepołomic, grających w dwóch minionych sezonach w elicie. Ta niezwykła mozaika bohaterów dzisiejszego tekstu, to taka sama sól naszej ekstraklasy i I ligi, jak Legia, Górnik, Jagiellonia, Raków czy Wisła Kraków, Śląsk Wrocław, Ruch Chorzów...
Zbigniew Cieńciała