W co pogrywa Legia?
Z DRUGIEJ STRONY – Piotr Tubacki
W Warszawie dzieją się dziwne rzeczy. W Legii też. Nie do końca można nadążyć za potokiem myślowym stołecznych ancymonów, którzy próbują odzyskać utracone berło i koronę, na co jednak w tym sezonie się nie zanosi. Od dłuższego czasu mówiło się o problemach finansowych klubu. Ba, dało się je wyczytać z raportów finansowych Wojskowych, które nie mówiły wprost o tym, że jest lekka lipa, ale sprytnie ukrywały małe co nieco zatuszowane przez sprawnego księgowego.
Mówiło się o nierównomiernym prowadzeniu biznesu. Legioniści mieli być uzależnieni od gry w pucharach, od wychodzenia z fazy ligowej i docierania do dalszych etapów rozgrywek, jak w minionym sezonie. W końcu stołeczni płacą najwięcej w ekstraklasie, a z czegoś tę kasę trzeba wziąć, żeby wszystko się jako tako spięło. Pojawiały się informacje, że niektórzy... nie mają płacone. Że wiosną piłkarze zostali poinformowani, iż powinni spodziewać się obsuw w płatnościach. W Legii Warszawa! Klubie ze stolicy, największego miasta w Polsce, z ładnym stadionem, regularnie zapełnianym (mniej więcej) przez kibiców, z otoczeniem przyciągającym sponsorów jak światło ćmę, bo to w końcu stolica. Na taki handicap środowiskowy nie może liczyć żaden inny zespół w Polsce.
Wiele w tym tekście trybu przypuszczającego, który jednak – jestem przekonany – można by spokojnie zamienić na tryb oznajmujący. Ale z legionistami lepiej być ostrożnym, bo nie do końca wiadomo, o co im naprawdę chodzi. Zła sytuacja organizacyjna powoduje, że Wojskowi są do tej pory najmniej aktywnym klubem na rynku transferowym. Zakontraktowali tylko Petara Stojanovicia, którego nawet nie zgłosili do rywalizacji z Aktobe („zawsze miałem łeb do interesów”). Jeszcze niedawno bardziej ślamazarna od stołecznych była tylko Lechia Gdańsk, ale nawet i ona ruszyła cztery litery i podpisała umowy z trzema gośćmi. Legia wyglądała trochę jak niemowlak z pełną pieluchą, który stoi czerwony jak burak, lecz twardo idzie w zaparte, że niczego nie narobił. Każdy widzi, że coś jest nie tak, że nowy trener chodzi wkurzony, a dyrektor sportowy Michał Żewłakow drapie się po głowie do tego stopnia, że przedrapał już ją na wylot. Minął obóz, zaczął się sezon – a w Warszawie tylko jeden transfer, którego tak jakby nie ma. I wtedy przyszedł news.
Legia ustanowiła nowy budżet transferowy. Legia dokonuje transferu. Legia kupuje Miletę Rajovicia (mniejsza z tym, kto to jest). Legia płaci 3 mln euro i bije rekord transferowy ekstraklasy.
Co?
Z dnia na dzień okazuje się, że Legia ma kasiory jak lodu. Jak to jest możliwe? Tego nie wie nikt. Oczywiście warszawscy sympatycy triumfują w komentarzach, wyśmiewając wszystkich, jak to wielki boss Dariusz Mioduski zrobił wszystkich w chomąto i teraz dopiero ruszy transferowa maszyna. Że kasa będzie się lała, jak ścieki z Czajki do Wisły. Wszystko jest jednak grubymi nićmi szyte. Po pierwsze, kto normalny ustanawia budżet transferowy w połowie lipca, za pięć dwunasta przed sezonem? Po drugie, skąd nagle wzięły się te pieniądze? Można odnieść wrażenie, że życiodajny deszcz padający na suchą warszawską ziemię i umorusane kurzem twarze to jednak coś innego. Że ktoś jeszcze bardziej nagina finanse Legii kreatywną księgowością i jeszcze bardziej ściąga szwy i tak za ciasnego gorsetu. Niektórzy twierdzą, że wszelkie opóźnienia w stolicy wynikały z wyczekiwania na transze z C+ czy od UEFA... Ale co to jest w ogóle za wytłumaczenie? Kto normalny w ten sposób funkcjonuje?! Drżenie od dziesiątego do dziesiątego. Na pewno nie Lech, Jagiellonia, Raków... Tylko w Warszawie coś się uwidziało i niektórzy jeszcze temu przyklaskują.
Legia będzie silna, bo silna być musi, to pewne. Ale na pewno nie jest dobrze zorganizowana. Nie unika desperacji, chaosu, klejenia wszystkiego na ślinę. Za chwilę może obudzić się cała popluta.
Ale na razie pozostaje się cieszyć z pierwszej wygranej z Aktobe. Brawo! Pierwszy krok na Mount Everest został wykonany.