Sport

Urok niższych lig

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz

Spędziłem kilka dni w Łomży, mieście o wielkich tradycjach i zasługach dla Polski, teraz trochę niedocenianym. Niewiele polskich miast położonych jest w tak pięknym otoczeniu lasów, łąk i rzek. Jestem wielkim fanem sportu lokalnego, mało kto może mnie pokonać w zgadywaniu nazw amatorskich klubów rozsianych po wsiach i miasteczkach. Tydzień w tydzień internetową prasówkę dotyczącą wyników ligowej kolejki rozpoczynam od niższych klas zwanym żartobliwie polskimi Serie A, B i okręgówką, która dla wielu jest szczytem marzeń.

Zagadka dla Szanownych Czytelników: w jakim meczu najsilniej wieje wiatr? Odpowiadam: to mecz Wicher Kobyłka - Huragan Wołomin w podwarszawskiej okręgówce. Zdarza mi się zgłębiać genealogię tych nazw. Weźmy dla przykładu taką Laurę Chylice. Od jej najstarszych kibiców dowiedziałem się, że sto lat temu grupa tamtejszych młodzieńców założyła klub sportowy... bez boiska. Poprosili zatem miejscowego dziedzica, by użyczył jednej z licznych w jego posiadaniu łąk. Nieczuły ziemianin odmówił, ale zdesperowani entuzjaści futbolu nie dali za wygraną i poprosili szkolną koleżankę, prywatnie córkę owego magnata, by ich wsparła. Pomogło, dziewczę o imieniu Laura ubłagała papę, nazwany na jej cześć klub ma się dobrze, grał w nim znany trener i komentator Robert Podoliński, zostając nawet królem strzelców A klasy. Pomysłowość  lokalnych działaczy często nie zna granic, nazwanie klubu ze wsi Pieski AS to majstersztyk. Kto pamięta elementarz Mariana Falskiego (Ala ma Asa a As ma Alę), ten zrozumie.

Wróćmy do Łomży. Łąki nad Narwią to wspaniałe miejsce do gry w piłkę. Kiedyś stały na nich bramki, rozmiary boisk były zależne od potrzeb. Raz uzbierały się zespoły 11-osobowe, kiedy indziej szóstki, jak w futsalu. Dziś nie uświadczysz ani bramek, ani odgłosów kopanej piłki i radosnych okrzyków dzieci. W trzecioligowym MŁKS grają wędrownicy z Białegostoku, Grajewa, Zambrowa, a nawet Płocka czy Warszawy. Nowym trenerem będzie Marcin Sasal zwolniony w burzliwych okolicznościach z Pogoni Grodzisk Mazowiecki, którą wprowadził na zaplecze ekstraklasy, a koordynatorem szkolenia Jerzy Engel junior, od lat bezskutecznie próbujący dorównać słynnemu ojcu. Mój syn Tomek zdążył mnie już przegonić, czego zaprzyjaźnionej rodzinie Engelów szczerze życzę.

Wyprawy na tzw. prowincję uczą pokory i pomagają zrozumieć ludzi z innych stron. Od łomżan dowiedziałem się, że wbrew obiegowej opinii nie są Podlasiakami, a Kurpiami. Mają żal o protekcjonalne traktowanie ich przez rodaków ze Śląska czy Wielkopolski, że o Warszawie i Krakowie nie wspomnę. Opinie o słuchaniu tylko discopolo i piciu wyłącznie „ducha puszczy” każdego dnia to krzywdzące stereotypy. Widzę tu echa porozbiorowe, różnic kulturowych nie da się łatwo zasypać przez dwa pokolenia.

Minister sportu z właściwą sobie dezynwolturą zablokował kasę, którą Polska Organizacja Turystyczna wspomagała polskie kluby sportowe reprezentujące nas na arenie międzynarodowej. Zdaje się, że chodziło o dokuczenie piłkarzom, ale rykoszetem dostali przedstawiciele innych gier zespołowych. Zadaniem ministerstwa jest pomaganie sportowi czy jego zwijanie? Swego czasu politycy wymyślili dwukadencyjność urzędowania prezesów polskich związków sportowych. To są organizacje działające w formie stowarzyszeń, podobnie jak setki innych skupiających filatelistów, pszczelarzy czy poszukiwaczy skarbów. Dlaczego szef badmintona, łucznictwa czy piłki nożnej ma mniejsze prawa niż jego kolega od znaczków pocztowych lub złotych rybek? Kiedyś w dyskusji nad tą ustawą zapytałem ówczesnego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego o jego staż parlamentarny. Okazało się, że w ławach sejmowych zasiadał od 18 lat! Zaproponowałem więc, by dwukadencyjność zacząć od posłów, a gdy eksperyment się powiedzie - rozszerzyć na sport. Odpowiedzią było wyniosłe milczenie, demonstracja siły i arogancji. Sport jest teraz na marginesie zainteresowań decydentów. Od wielu lat do resortu nominowani są przypadkowi ludzie. Nie wystarczy być kibicem klubu X czy dyscypliny Y, by nadawać się na lidera ważnej dziedziny naszego życia. Dla wykazania absurdalności ograniczeń czasowych w sprawowaniu funkcji prezesa podaję przykład Janusza Przedpełskiego, legendy podnoszenia ciężarów w Polsce. Ten wybitny organizator szefował dyscyplinie przez pół wieku, doprowadzając ją do największych sukcesów w historii. Na całym świecie jego nazwisko wymienia się do dziś z największym szacunkiem. Gdyby urodził się później, dopadłaby go ministerialna gilotyna, a fotel prezesa PZPC być może zająłby jakiś nieudacznik.

Z gier zespołowych najmniej porywa mnie siatkówka. Moja kolejność to piłka nożna, ręczna, wodna, koszykówka, rugby i na końcu właśnie siatkówka. Jednakowoż, zwabiony sukcesami biało-czerwonych, zapragnąłem wybrać się na turniej Ligi Narodów w Gdańsku, a dokładnie na jego granicy z Sopotem. Obudziłem się z przysłowiową ręką w nocniku, bilety rozeszły się dawno temu. Na szczęście kolega, zapalony fan siatkówki, odstąpił mi swoje zaproszenie, domagając się w zamian zmiany moich priorytetów... Przesunąłem siatkę na podium moich zainteresowań, a przy okazji doszedłem do przyczyn mojej wstrzemięźliwości wobec tej pięknej dyscypliny. Źródło tkwi w szkolnych lekcjach wychowania fizycznego. Siatkówka jest trudniejsza do nauczenia niż inne gry, braki techniczne obnażane są od razu i boleśnie. Na nasz kibicowski szacunek zasługują wszyscy ciężko trenujący sportowcy. To część życia, w której niczego nie dostaje się za darmo a sukces dany jest tylko nielicznym.

By osiągnąć liczące się wyniki w siatkówce, trzeba długich lat cierpliwej pracy. Fot. Marcin Bulanda/Pressfocus

Gratulacje!

Byli szefowie PZPN Michał Listkiewicz i Grzegorz Lato otrzymali tytuł honorowego prezesa związku - decyzję przez aklamację podjęli delegaci na Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze.

Obecny na sali Listkiewicz, w przeszłości ceniony sędzia międzynarodowy, pełnił funkcję sternika polskiego futbolu w latach 1999-2008, a Lato, w przeszłości znakomity piłkarz, był jego następcą i kierował federacją w latach 2008-12.