Sport

Trzeba z żywymi naprzód iść...

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

Patrząc na tytuł, trzeba przyjąć, że zebrało mi się na sentymenty z Adamem Asnykiem w tle (info dla młodzieży mocno przedmaturalnej i daleko pomaturalnej - poeta XIX-wieczny, pozytywista). Okoliczność? Wyburzanie legendarnej trybuny na stadionie Ruchu Chorzów. To budowla, która mocno wpisała się w pejzaż Batorego i ulicy Cichej. Dla niektórych tak trwale, że bardziej trwale być nie mogło. Urodzili się po oddaniu trybuny do użytku, a i zmarli zanim zabrano się za jej likwidację. Widok ten był dla nich taki, jak nie przymierzając - dla zakopiańczyków Giewont. Wieczny po prostu.

Ta „wieczność” właśnie znika na naszych - oczach. No bo „trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe”. A tak mniej poetycko - wchodzić w nowe wymagania, w nowe epoki, inne, znacznie wyższe standardy, w mnożenie wygód i dla ludzi-pracowników klubu, i jego kibiców. Tak żeby było światowo. Aczkolwiek tylko Opatrzność wie, kiedy do tego pięknego świata w Chorzowie dojdą.

Pozostanie sentyment, który towarzyszyć będzie każdemu, kto na Ruch się natknął, kto go kochał, kto mu poświęcił sportowe i zawodowe życie, kto z przyczyn najbardziej prozaicznych - jak chociażby dziennikarz pracujący na Śląsku - nie mógł na tym obiekcie nie bywać, nie opisywać meczów, nie spotykać się z ludźmi, którzy tworzyli legendę i historię nie tylko chorzowskiej, nie tylko polskiej, ale i światowej piłki nożnej. Przeżycia to na swój sposób specyficzne, pełne niepowtarzalnych emocji - zetknąć się z żywymi pomnikami, a potem niemal na co dzień z nimi obcować, robić wywiady, pogadać mniej czy bardziej oficjalnie, zaprzyjaźnić się, a nawet... pograć z nimi w piłkę - również na stadionie Ruchu, jakżeby inaczej. Gerard Cieślik, Antoni Piechniczek, Leszek Jezierski, Jerzy Wyrobek, Henryk Wieczorek, Jano Benigier, Jan Rudnow,Marian Piechaczek, Waldemar Fornalik, Piotr Drzewiecki, Albin Wira, Roman Grzybowski, Henryk Dusza. I dziesiątki innych. Co to było za przeżycie, kiedy proponowali - z reguły byli starsi - bruderszaft... Nie sposób też nie pamiętać rozmów prowadzonych na szczycie trybuny, tuż przy kabinie prasowej, ze śledzącymi z tamtej perspektywy poszczególne mecze Henrykiem Fornalakiem czy Edwardem Hermanem.

Towarzyszyło też bywaniu na tej trybunie zdobywanie... wiedzy tajemnej. Już to w gabinecie prezesów, już to w legendarnym pentagonie, już to w niemniej legendarnej kawiarence. Wiedza, którą (pewnie nie tylko mnie) raczono, nie była przeznaczona do publicznego objawienia, ale pozwalała rzucać światło na problemy Ruchu, których było bez liku, przez długie lata. W sumie taki był tam klimat. Niepowtarzalny.

Wyburzanie trybuny na Cichej 6 ma jeszcze inny znaczący wymiar - czy tego chcemy, czy nie, nakłada się ono bowiem na problemy (delikatnie powiedziane) z chorzowską estakadą, której żywot (najpewniej) też dobiegł końca. Czyli dwa kluczowe obiekty miasta odchodzą w niebyt. I rzecz w tym, że dzisiaj nie wiadomo, co będzie dalej i jak będzie dalej, bo chodzi o tak duże pieniądze, że przerastają one wyobraźnię przeciętnego śmiertelnika, w tym każdego, kto z zarządzaniem Chorzowem ma coś wspólnego.

Dzisiaj żegnamy trybunę definitywnie. I jednocześnie stawiamy pytanie: jak i w którą stronę „z żywymi naprzód iść?