Trzeba chwili, by się „dotrzeć”

Między Równicą a Czantorią talentów nie brak. Nie brak też ambicji. Warto więc spoglądać czasem na pracowitych jak pszczółki podopiecznych Michała Pszczółki.

Co by tu jeszcze poprawić - Michał Pszczółka często się nad tym zastanawia, oglądając z boku poczynania podopiecznych. Fot. facebook.com/kskuzniaustron

 IV LIGA ŚLĄSKA

Potrzebowaliśmy takiego meczu – westchnął głęboko Michał Pszczółka, kiedy sędzia ostatnim gwizdkiem ogłosił zakończenie IV-ligowego spotkania jego Kuźni Ustroń z Victorią Częstochowa. Gospodarze wygrali 6:0, hat trickiem błysnął Bartłomiej Ślosarczyk. Nic to, że przeciwnikiem był zdecydowany outsider tabeli, który w siedmiu meczach nie zdobył jeszcze punktu, za to stracił (łącznie z tymi w Ustroniu) 35 bramek. Kuźnia nie tylko „odczarowała” w ten sposób własne boisko, z którego wcześniej trzykrotnie w tym sezonie schodziła pokonana.

Zamieszanie w środku lata

Zwycięstwo podopiecznym trenera Pszczółki było potrzebne jak tlen. - Bo zespół przeszedł latem znaczącą przebudowę. I wciąż jeszcze nie gramy tego, co chcielibyśmy. Teraz chłopaki mieć będą jeszcze większą wiarę w to, co robimy – dodawał opiekun drużyny spod Równicy.

Jeszcze w czerwcu w miejsce Karola Sieńskiego w Kuźni zaangażowano na trenerską ławkę Patryka Pindla. W ub. sezonie, debiutując na tym szczeblu, doprowadził Spójnię Landek do niespodziewanego czwartego miejsca na mecie IV ligi śląskiej. Nic dziwnego, że w Ustroniu – prócz obiecującego szkoleniowca – sięgnięto też po kilku jego podopiecznych (wśród nich – wspomnianego Ślosarczyka).

Życie pisze jednak różne scenariusze. Pindel poprowadził zespół w paru (udanych) grach kontrolnych i... zrezygnował z pracy, ze względów osobistych. Po chwili zastanowienia, prezes Marek Matuszek – tak, ten który ma półtorej setki meczów w ekstraklasie, a potem w sztabie Marcina Brosza pracował w kilku ekstraklasowych klubach jako trener bramkarzy (a także – dwukrotnie w tej samej roli w juniorskich kadrach narodowych, u boku Brosza, a ostatnio Łukasza Sosina) – nominację na „pierwszego” wręczył dotychczasowemu „drugiemu”, czyli Pszczółce właśnie. Tenże wcześniej miał w tej roli styczność z IV ligą, jako trener Tempa Puńców. Zespół spod polsko-czeskiej granicy wtedy pożegnał się z tym szczeblem na skutek reformy rozgrywek, zmniejszającej liczbę drużyn w stawce.

Prezes w roli asystenta

Kuźni nie jest lekko. Ma do dyspozycji kapitalny obiekt z równiutką jak stół murawą i sztuczną płytą boczną, ma akademię, wspieraną przez dotacje gminne, która od początku prezesury Matuszka zwiększyła liczbę trenujących dzieciaków z trzydziestu kilku do 228. Ale środki na seniorów klub musi znaleźć sam. Udaje się na tyle, że wciąż gra w IV lidze, i nawet postrzegana jest przez rywali jako jeden z kandydatów do walki o awans. - Widzą w nas faworytów? Fajnie. Rzeczywiście chciałbym, abyśmy powalczyli o miejsca 1-5 na koniec sezonu. Ale na razie ekipa, która ma o to walczyć, jeszcze potrzebuje chwili, by się „dotrzeć” - mówi nam Marek Matuszek.

Codzienność natomiast jest taka, że on sam wpada często na treningi drużyny i... wciela się w rolę asystenta Pszczółki, bo na stałe takowego po prostu nie ma w sztabie. - Jego pomoc jest cenna. Zwłaszcza kiedy przychodzi osobno trenować rozwiązania ofensywne i defensywne – mówi pierwszy trener. Tych momentów nie jest jednak szczególnie wiele – Matuszek po karierze piłkarskiej to także biznesmen pełną gębą, świetnie wykorzystujący fakt, że Ustroń do mekka sanatoryjno-turystyczna...

Z dachu na boisko

Ekstraklasowa przeszłość prezesa-trenera to z jednej strony błogosławieństwo, z drugiej przekleństwo. Jak się grało na takich „półkach”, jak on, chciałoby się, aby i podopieczni prezentowali poziom niegdysiejszych kolegów z zespołu: Pawła Skrzypka czy Radosława Michalskiego w obronie, Mirosława Szymkowiaka czy Jacka Magiery w pomocy, albo Marka Citki lub Mariusza Śrutwy w ataku.

Więc kiedy zza linii bocznej ogląda ligowe mecze drużyny, raz za razem słychać uwagi. Merytoryczne, ale czasem zgryźliwe. Bo trudno w takich chwilach pamiętać, że w drużynie ma głównie amatorów, którzy na treningi przychodzą po ośmiu godzinach normalnej roboty. Ktoś pracuje przy obróbce metali, ktoś inny kładzie i naprawia dachy... Dlatego kiedy przychodzi zwycięstwo, prezes się reflektuje i nagradza zespół oklaskami, dobrym słowem.

Sikora - z „tych” Sikorów

- Nadzieje ligowe? Prezesa mamy bardzo ambitnego, na pewno chciałby widzieć Kuźnię wyżej. Ja zresztą też – uśmiecha się Michał Pszczółka. Wspomniane na wstępie przełamanie być może oznaczać będzie marsz w górę tabeli, z 12. miejsca, które obecnie zajmują Ustronianie.

Może Łukasz Sikora – syn reprezentanta, Adriana, który kopie jeszcze piłkę w macierzystym KS Nierodzim, ale w Kuźni jest codziennie, jako dyrektor gminnego obiektu piłkarskiego, i zarazem trener jednej z grup młodzieżowych – zacznie grać na miarę talentu po tacie? Jest w każdym razie – w wieku 17 lat – nadzieją ustrońskiej piłki. W końcu ta ziemia wydała już wiele dekad temu Jana Gomolę, a później – Matuszka i braci Sikorów (Adriana i Mieczysława). Między Równicą a Czantorią talentów nie brak...

Dariusz Leśnikowski



Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się