Sport

Trzeba budować na nowo

Widzew nie potrafił przeskoczyć poprzeczki, którą sam sobie... dość nisko zawiesił.

Po pół sezonu Imad Rondić pofrunął do Niemiec, ale i tak został najlepszym strzelcem Widzewa. Fot. Artur Kraszewski/Press Focus

Powrót na czołowe pozycje w polskiej piłce planowany był ostrożnie. Nie było hucznych zapowiedzi typu „Liga Mistrzów za trzy lata”, cel był mniej efektowny, ale za to realny. W trzecim swoim sezonie po powrocie do elity zespół miał zająć wyższą pozycję niż rok wcześniej, ale to się nie udało. Po miejscach 12. i 9. Widzew skończył sezon dopiero na 13. pozycji. Jeśli nie jest to regres, to na pewno zastój.

Zagubieni i rozbici

A zaczęło się przecież obiecująco. Po remisie w Mielcu zespół prowadzony wówczas przez Daniela Myśliwca pokonał Lecha 2:1 i wygrał na wyjeździe z Cracovią. Był drugi w tabeli (a w piątkowy wieczór przez chwilę nawet pierwszy), potem po remisie ze Śląskiem trzeci. Dzisiaj widzimy, że – jak zauważyliby przesądni w każdym swoim działaniu starożytni Rzymianie – nie był to dobry omen: Stal i Śląsk to zespoły przecież na koniec sezonu zdegradowane, remisy z nimi nie zapowiadały więc niczego dobrego. Już lepsze byłoby nawiązanie do zwycięstwa nad Lechem – pokonanie późniejszego mistrza rokowało dobrze.

Wtedy jednak nikt nie mógł wiedzieć, jak potoczy się sezon. Jeszcze po 10 kolejkach Widzew był piąty, ale potem zaczął się ślizg w dół, którego nie była w stanie zatrzymać nawet dwukrotna zmiana trenera. Było coraz gorzej: jesienią Widzew zdobył 25 punktów (siedem zwycięstw), w rewanżach tylko 15 (cztery wygrane mecze). Udało się przełamać serię domowych porażek w poprzednim sezonie, ale teraz z kolei drużyna nie potrafiła odnaleźć się na wyjazdach (26 punktów do 14). Jeśli dodamy do tego fakt, że za najlepszego zawodnika zespołu w całym sezonie należy uznać Imada Rondicia, który przecież zimą wyjechał do Niemiec, zobaczymy obraz drużyny rozbitej wiosną, zagubionej, szukającej bezskutecznie swojego stylu. Zawiodła koncepcja Dawida Myśliwca, tymczasowy trener Patryk Czubak uratował, co się dało. Żeljko Sopić zaczął z rozmachem (dwie kolejne wygrane z Piastem i z Lechią na przywitanie), by też szybko przekonać się, że z tym zespołem za wiele ugrać się nie da.

Klęska polityki kadrowej

Tak jak Rondić jesienią, tak Fran Alvarez i Juljan Shehu byli wyróżniającymi się zawodnikami wiosną. Bramkowo najlepszemu strzelcowi drużyny jednak nie dorównali. Alvarez (7 goli) zdobywał głównie „ładne” bramki, efektownymi strzałami z dystansu, pod poprzeczkę, z woleja. Shehu, rozgrywający najlepszy sezon w swojej karierze, nagrodzony powołaniem i debiutem w reprezentacji Albanii (szkoda, że na Wembley w meczu z Anglią był tylko rezerwowym), też z racji swojego miejsca na boisku strzelał gole (4 – wszystkie wiosną) z daleka. Tak samo Jakub Sypek, skuteczny w roli skrzydłowego. Brakowało jednak egzekutora na samym polu karnym, takiego, jak niedawno Sanchez i Rondić. Ich następcy nie udało się znaleźć. Ljubomir Tupta trafił do siatki tylko raz, Hubert Sobol ani razu, a Said Hamulić, z którym wiązano największe nadzieje, zdołał przez rok gry w Widzewie pokonać tylko bramkarza III-ligowej Lechii Zielona Góra w meczu pucharowym.

Wspomniany Hamulić jest najlepszym przykładem klęski polityki kadrowej niepracującego już w klubie pionu sportowego z dyrektorem Tomaszem Wichniarkiem na czele. W ciągu sezonu grało w Widzewie 31 zawodników, ale tak naprawdę tylko trzynastu plus jeden jesienią i trzech wiosną. Nie jest więc niespodzianką „zwolnienie grupowe” dużej grupy cudzoziemców (Hamulić, Tupta, Kerk, Ibiza, Nunes, Silva, Kastrati, wcześniej także Hajrizi). Gong i Diliberto jeszcze formalnie są w klubie tylko dlatego, że mają nadal obowiązujące kontrakty, ale na pewno nie widzi ich w składzie trener Sopić.

Zburzyć i zbudować

Trzon zespołu był więc bardzo szczupły i pole manewru przy ustalaniu składu niewielkie, zwłaszcza, że nie potwierdzili dobrej opinii po zimowym obozie młodzi: Marcel Krajewski, Paweł Kwiatkowski i Kamil Cybulski szybko odpadli z walki o miejsce w reprezentacji młodzieżowej.

Kończy karierę Rafał Gikiewicz, który pewnie jeszcze trochę pogra, póki nie znajdzie się równorzędny następca. Długotrwałe leczenie kontuzji odebrało szansę na kontynuację gry Bartłomiejowi Pawłowskiemu (tylko sześć niepełnych meczów bez gola w rundzie wiosennej). Ta selekcja negatywna jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego Widzew grał tak, jak grał. W nowym sezonie nie będzie żadnej kontynuacji – ten zespół trzeba stworzyć od nowa. Robert Dobrzycki jest deweloperem i wie, że lepiej zburzyć stare konstrukcje i zbudować w tym miejscu coś nowego.

Wojciech Filipiak

4,5 MILIONA euro przeznaczył na transfery w letniej przerwie nowy większościowy właściciel Widzewa Robert Dobrzycki, zastrzegając przy tym, że żaden piłkarz nie może był droższy niż półtora miliona. Taki już jest: tyle kosztuje wychowanek bytomskiej Polonii, a później zawodnik Pogoni i Korony Mariusz Fornalczyk, który już został zawodnikiem Widzewa.