Sport

Trener rozczarowany

Rumuńskie media doniosły, że Edward Iordanescu jest... zawiedziony swoim dotychczasowym pobytem w Legii. Jakie są tego przyczyny?

Nowy szkoleniowiec Wojskowych oczekiwał zupełnie czegoś innego na początku swojego pobytu w Warszawie. Fot. Kacper Pacocha/Press Focus

LEGIA WARSZAWA

Mija prawie miesiąc, odkąd były selekcjoner reprezentacji Rumunii rozpoczął swoją pracę w Warszawie. Prezentacja nowego szkoleniowca Wojskowych nastąpiła 16 czerwca, dokładnie w jego urodziny i choć od tamtego momentu minął prawie miesiąc, Legia ogłosiła tylko jeden transfer – prawego obrońcy Petara Stojanovicia. Potrzeba dalszych wzmocnień jest obligatoryjna, co było wiadome na długo przed zatrudnieniem Iordanescu. Czas leci, a przecież legioniści... już jutro zaczynają sezon, podejmując kazachskie Aktobe w 1. rundzie eliminacji do Ligi Europy.

Kozioł ofiarny

Iordanescu wielokrotnie był pytany o transfery i zawsze odpowiadał, że potrzeba jeszcze trzech zawodników, a może i więcej... Chwalił rzecz jasna jakość obecnej kadry, ale to były ładnie brzmiące słówka pod media i publikę. Za kulisami bowiem 47-latek niecierpliwi się, co ujawniły media w jego ojczyźnie. Portal legia.net zacytował artykuł serwisu GSP: „Początkowe rozmowy z zarządem utknęły jednak w martwym punkcie, a atmosfera w szatni stała się napięta. Iordanescu traci cierpliwość. Legia znajduje się obecnie w najgorszym momencie sportowo-organizacyjnym od lat, co sprawia, że rumuński szkoleniowiec z dużą ostrożnością patrzy w przyszłość. Kluczowy problem? Obietnice zarządu i właścicieli, które nie zostały spełnione. Źródła zbliżone do trenera – również z rumuńskiej federacji piłkarskiej – mówią wprost o jego głębokim rozczarowaniu: – Jest ekstremalnie zawiedziony i zasmucony. Zrozumiał, że trafił do klubu w najgorszym możliwym momencie” – czytamy w rumuńskich mediach. Iordanescu miał żądać transferów jeszcze przed podpisaniem kontraktu, ale do niczego takiego nie doszło. Trener ma „nie chcieć publicznie krytykować klubu już po miesiącu pracy”, ale liczył na nowe twarze już w trakcie obozu. GSP spekuluje, że jeśli legioniści zaliczą falstart, ich rodak może stać się kozłem ofiarnym i stracić pracę.

Marne pocieszenie

Klub odniósł się do tych doniesień na prośbę wspomnianego portalu legijnego. A by być precyzyjnym – zacytował słowa Iordanescu: „Współpracujemy z zarządem i dyrektorem sportowym, aby wzmocnić zespół zgodnie z naszymi ustaleniami. Wszyscy mamy te same cele. Jestem spokojny, jeśli chodzi o te kwestie i mam od nich pełne wsparcie. Powiedziałem zarządowi i dyrektorowi, że wolę mieć odpowiednie profile zawodników niż przyspieszać ten proces. Przygotowujemy się do pierwszego meczu sezonu zgodnie z naszym planem, mam pełne zaufanie do moich zawodników” – brzmiało typowe do bólu oświadczenie.

Ciekawa jest jedynie fraza odnośnie zbędnego przyspieszania procesu, która stoi w zdecydowanej sprzeczności do tego, o czym informowali Rumuni. Brzmi trochę jak oficjalne i wymuszone bronienie klubu, który nie spełnia oczekiwań trenera. Ale to tylko spekulacje... Fakty są natomiast takie, że do rywalizacji z Aktobe stołeczni zgłosili trzech piłkarzy wracających z wypożyczeń, na które poszli, bo nie sprawdzali się w zespole. To stoper Marco Burch, który z niezłym efektem radził sobie w Radomiaku, napastnik Migouel Alfarela, który w 17 meczach strzelił 9 goli dla greckiej Kallithei (warszawiacy zapłacili za niego rok temu milion euro) oraz drugi napastnik, Jean-Pierre Nsame, który trafił w Szwajcarii, gdzie swego czasu trzykrotnie był królem strzelców, ale tym razem w St Gallen nie poszalał. To jednak mierne pocieszenie dla Iordanescu, niezależnie od tego, czy prawda została podana przez rumuńskie media, czy przez oświadczenie trenera, cytowane przez klub.

Piotr Tubacki