Trawa, moja przyjaciółka
Rozmowa z Kamilem Majchrzakiem, który w piątek zagra o 1/8 finału Wimbledonu z Francuzem Arthurem Rinderknechem
Kamil Majchrzak Fot. EPA/ PAP/ DANIEL HAMBURY
Kazimierz Mochlinski z Londynu
Na razie trzecia runda osiągnięta, jesteś w „32” najlepszych.
- Czuję się niewiarygodnie wspaniale, niesamowicie. Wimbledon był jedynym Wielkim Szlemem, w którym nigdy dotąd nie wygrałem meczu w głównej drabince singla. Bardzo to mnie dziwiło i smuciło, bo lubię grać właśnie na trawie. Przybywając tu, do tego magicznego klubu, magicznego miejsca, emocje są przepiękne. Trenuję i gram w tenisa, aby przeżyć takie chwile. Bardzo cieszę się z tego, co już osiągnąłem w tym turnieju w tym roku. Zwłaszcza że za mną była seria przegranych meczów. Grałem trzy turnieje na trawie i przegrałem trzy razy w pierwszej rundzie. Nie byłem zadowolony z moich występów na tej nawierzchni w tym roku, choć uwielbiam ją i wierzę, że odpowiada idealnie mojemu sposobowi i stylowi gry. Jednak z takimi wynikami ostatnio nie miałem żadnych oczekiwań co do szans przebicia się bardziej głęboko w tym turnieju. A teraz jakbym odnalazł swoją grę. Nie mogło stać się to w bardziej idealnym momencie. Czuję, że mogę konkurować na korcie, teraz chcę tylko to podtrzymać, aby ten dobry moment trwał.
Dobrze zaczął się ten turniej.
- Uwielbiam kort numer 3, to mój ulubiony, jest fajny sam w sobie. Jest nad nim taras balkonowy, skąd mogą oglądać mecze tenisiści, trenerzy, goście i inni zainteresowani. Niestety, jest ciut za daleko na moje oczy, żeby rozpoznać, kto mnie oglądał przy tej okazji, bardzo mnie to ciekawiło! Oczywiście, musiałem starać się skupić na meczu. Wiele razy poprzednio sam miałem przyjemność złapania czegoś na obiad i pójścia na taras, aby skorzystać z pięknego widoku i pooglądać trochę tenisa na wysokim poziomie. W końcu sam zagrałem na nim w pierwszej rundzie, w moim pierwszym na Wimbledonie meczu na korcie stadionowym. I osiągnąłem jeden z najlepszych wyników w karierze właśnie tutaj. Musi coś w tym być, gdy ma się dobre poczucie jakiegoś miejsca.
Trudno zacząć turniej przeciwko Matteo Berrettiniemu? Hubert Hurkacz nie zdołał go pokonać na Wimbledonie…
- Ogromnie byłem zmobilizowany w meczu z jednym z najlepszych tenisistów na kortach trawiastych. Zdawałem sobie sprawę, że będzie to niesamowicie trudne zadanie, ale byłem całkowicie gotowy. Odkąd wygrałem w kwietniu challengera w Madrycie, nie wygrałem meczu. Paradoksalnie, mogło mi to pomóc, bo moje oczekiwania były naprawdę niskie i po prostu chciałem wyjść i zagrać dobre spotkanie. Myślę, że podczas tego meczu rosłem, grałem coraz lepiej. Zauważyłem kilka patentów w jego grze w trakcie naszego meczu i wykorzystałem to bardzo skutecznie. Muszę też powiedzieć, że dostosowałem się znakomicie do jego gry, ustawiając się dalej na returnowanie jego serwisu. I robiłem to bardzo dobrze. Myślę, że to było kluczowe. Można było dostrzec, że ostatnio brakowało mu gry. Nie miał wielu meczów za sobą przez parę miesięcy. Jednak, mimo tego, jest on w dalszym ciągu jednym z najlepszych tenisistów na trawie - i trzeba użyć wszystkich swoich możliwości, żeby go pokonać. I byłem bardzo zadowolony i dumny, że mogłem wygrać ten mecz. Myślę, że z tej pierwszej rundy bardzo dużo wyciągnąłem pewności siebie, właśnie tego, czego mi brakowało w tamtych przegranych meczach, czyli więcej zdecydowania, trochę więcej odwagi. Cieszę się, że tutaj znowu wróciłem do spokojnej wersji siebie, która wykorzystuje moje mocne strony.
To najlepszy, jak do tej pory, moment kariery?
- Na pewno bardzo dobry. Czy najlepszy - nie wiem. Mam nadzieję, że najlepszy jeszcze przede mną. Natomiast na pewno trochę z niczego zbudowałem coś i po prostu staram się samemu sobie nie przeszkadzać, trzymać flow i grać tym, co działa najlepiej.
To ulga zakończyć mecz w trzech setach, jak w 2. rundzie z Amerykaninem Ethanem Quinnem 6:1, 6:4, 6:3?
- W trzecim secie już się delikatnie poddenerwowałem. Rywal nie miał już nic do stracenia i trochę rozluźnił rękę, zaczął grać bardzo agresywnie. Wcześniej, w pierwszych dwóch setach, ja kontrolowałem większość akcji. Na początku dało się odczuć, że rywal był mocno poddenerwowany i nie wszedł najlepiej w mecz. Oczywiście bardzo mu to utrudniałem swoją grą. W trzecim secie lepiej serwował i zaczął przejmować więcej inicjatywy i bardziej mnie spychać od linii i zmuszać do defensywy. Natomiast w dalszym ciągu wiedziałem, co chcę zrobić, jak chcę grać, a na podstawie informacji zebranych w trakcie meczu, wiedziałem, co działa, a co nie, więc starałem się być do bólu konsekwentny w działaniach. Bylem dobrze taktycznie przygotowany na spotkanie i myślę, że efektywnie realizowałem to na korcie.
Wygrałeś najszybszy mecz w tym roku w męskim Wimbledonie jak dotąd - w 95 minut. O 14 minut szybciej od samego Jannika Sinnera!
- Bardzo się cieszę! Nie myślałem o tym, to miłe. Także w kontekście walki o następne rundy, bo im mniej czasu spędzonego na korcie, tym lepiej dla ciała i więcej czasu na regenerację i na przygotowanie się do następnego zadania. Bo im dalej w turniej, tym mniejsza szansa na pobicie tego wyniku.
Niezwykle długo pozostałeś na korcie po meczu. Dziękowałeś dużej liczbie ludzi.
- Kilku członków mojej rodziny przybyło tu specjalnie, żeby mnie oglądać na korcie. W sektorze graczy była moja żona, razem z trenerem i paroma najlepszymi kolegami - z kortu, jak i spoza sportu. Było bardzo miło mieć ich blisko, dopingujących moje wysiłki. Również sporo polskich kibiców przybyło na trybuny. Iga Świątek nie miała meczu, więc wszyscy byli skupieni na mnie. A po zwycięstwie chciałem po prostu wszystkim podziękować. Chciałem się odpłacić ich staraniom przez swoje starania, robiąc „show” na korcie. A później chciałem, żeby zdali sobie sprawę, że bardzo doceniam to wsparcie i pomoc otrzymaną od wszystkich.
Trawa odpowiada?
- Wierzę, że trawa pasuje do mojego tenisa. Nie jestem aż tak wysoki jak niektórzy gracze, więc trawa pomaga mi w serwowaniu bardziej efektywnie i zdobyciu więcej „darmowych” punktów. Ponadto mój bekhend jest bardziej skuteczny, bo jest płaski i jak mam pewność siebie i dobrze go wykorzystuję, to jest to naprawdę trudne i upierdliwe zagranie. Ruszam się dobrze i returny odbijam nieźle, więc myślę, że jak mogę zebrać to wszystko razem na dobrym poziomie w specyficznym meczu, to wierzę, że jestem groźnym graczem na trawie. Może ten rok nie pokazywał tego, ale właśnie przez te 3 lata najbardziej czekałem na sezon na kortach trawiastych, oczywiście z wisienką na torcie w Wimbledonie. Ale byłem tegorocznymi porażkami rozczarowany. Już nawet nie tym, że przegrywałem, bo to zawsze może się zdarzyć, ale poziomem, jaki prezentowałem i stylem gry. Więc cieszę się, że Wimbledonem tak naprawdę nie tylko uratowałem sezon trawiasty, ale też przypomniałem sobie, jak fajnie jest grać na trawie, jak inny to jest tenis i jak przyjemny, zwłaszcza tutaj, w tym magicznym obiekcie.
Wimbledon coś pobudził w twoim tenisie?
- Przyjeżdżając miałem wrażenie, że kiedy tu debiutowałem, to grałem lepiej niż w tym sezonie. Na trawie pierwszy raz przeszedłem eliminacje ATP 250. Na trawie wygrałem też mój pierwszy mecz w cyklu ATP - przeszedłem eliminacje w Antalyi, gdzie przegrałem z Seppim, ale potem w Newport wygrałem pierwszy mecz w głównym cyklu, więc mam z trawą sporo miłych związków. Wygrywałem z dobrymi zawodnikami, w challengerach dochodziłem do półfinałów i finałów. Niestety, nigdy nie wygrałem turnieju, ale zawsze grałem na trawie naprawdę dużo meczów. Więc lubię ją, dobrze się na niej odnajduję i zawsze z przyjemnością trochę skrócę mączkę, żeby zagrać więcej na trawie.
Zarobiłeś już ponad sto tysięcy funtów i wrócisz do Top 100 w ATP Tour.
- No, jeszcze nie sprawdzałem. Natomiast ten tydzień i przyszły są o tyle ważne, że będzie się zamykał „cut-off” do US Open, więc byłem zgłoszony do challengera na mączce w Brunszwiku w drugim tygodniu Wimbledonu - na wypadek jakby tutaj nie poszło, żeby powalczyć o udział w US Open. Teraz wejdę do setki, oczywiście jestem jeszcze w turnieju i nie zamierzam oddać meczu w piątek!
W trzeciej rundzie zagrasz z Arthurem Rinderknechem (72. ATP), który w czwartek dokończył rozpoczęty w środę mecz z Chilijczykiem Cristianem Garinem, wygrywając 3:6, 6:3, 7:6 (7-3), 4:6, 6:3.
- Nigdy z nim nie grałem. Natomiast widać, że bardzo dobrze czuje się i lubi grać na trawie. Z tego, co pamiętam, był w ćwierćfinale w Queen's Club, gdzie powalczył z Alcarazem. Tutaj wygrał ze Zverevem. Dysponuje świetnym serwisem i ofensywnym tenisem, co na trawie jest bardzo ważne. Ktokolwiek jest przeciwnikiem w trzeciej rundzie, jest dobrym tenisistą i będzie trudny do pokonania. Ale przede wszystkim muszę skupić się na swojej grze i swoich przygotowaniach. Wiem, że umiem grać na trawie. Wierzę w swoje możliwości. Postaram się zagrać tak dobrze, jak mogę. Na pewno wykorzystam ten czas, żeby obejrzeć jego mecz z Garinem i przygotować możliwie najlepszą strategię na to spotkanie.