Sztuka odwracania wyniku
Trzeba było 38 spotkań, by Kolejorz pod wodzą Nielsa Frederiksena wygrał gdy jako pierwszy tracił gola.
Czysta radość piłkarzy Lecha po kolejnej bramce. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
LECH POZNAŃ
Nikt nie miał prawa narzekać oglądając mecz pomiędzy Lechią a Kolejorzem. Siedem goli, mnóstwo sytuacji, odmienieni Lechici w drugiej połowie, hat trick Tomasa Bobczeka i emocje do samego końca. Mistrz Polski pożegnał się z demonami, które wisiały nad nim od lat…
Czekali rok
Kibice Dumy Wielkopolski wcale nie byli dumni po pierwszej połowie, wręcz nauczeni doświadczeniem szykowali się na scenariusz dobrze znany – kolejna porażka w Gdańsku po kiepskiej grze. Zresztą trudno ich obwiniać, że nie wierzyli, bo konia z rzędem temu, który nawet pod nosem rzucił, że Lechici wrócą do tego spotkania i załadują gospodarzom cztery gole. tym bardziej, że drużynie Nielsa Frederiksena nic nie wychodziło, a dopełnieniem tego była zmiana Timothy'ego Oumy po 30 minutach gry. Ta roszada była o tyle ciekawa, że w meczu z mistrzem Islandii młody Kenijczyk wszedł i zachwycił niektórych kibiców, chociaż przy tak wysokim wyniku wkradła mu się nonszalancja i miał kilka strat. W meczu z Lechią wyzwanie było poważniejsze, a gra równie niechlujna i czar pomocnika prysł, przynajmniej na razie. – Miał żółtą kartkę, a ja miałem takie odczucie, że sędzia był blisko pokazania mu drugiej. Dlatego zdecydowałem się go zmienić. Ostatnio w Gdańsku graliśmy w dziesięciu i przegraliśmy – tłumaczył trener Frederiksen.
Po tym, jak duński szkoleniowiec przejął Lecha, zauważalny był niepokojący trend – drużyna nie umiała zmienić losów spotkania, gdy jako pierwsza traciła gola. Sytuacja zmieniła się w maju, można powiedzieć, że w decydującym momencie sezonu, kiedy Kolejorz - przegrywając w Katowicach - zdołał wyszarpać remis. Piłkarze celebrowali ten podział punktów jak prawdziwe zwycięstwo, ale to było tylko lekkie odstępstwo od normy. Sam Frederiksen po spotkaniu w lutym przeciwko Rakowowi Częstochowa (0:1) skwitował ten syndrom swoich podopiecznych. – Musimy nauczyć się odbijać po straceniu gola. Klasowy zespół powinien to umieć, my musimy popracować nad tym elementem. Nie wiem dlaczego przegrywając 0:1 nie umiemy już odwrócić wyniku – stwierdził Duńczyk. Być może w Gdańsku przyszło przełamanie, tym bardziej że kibice mistrzów Polski czekali rok, 38 spotkań - i wiele nerwów - żeby piłkarze wygrali mecz, w którym rywale trafili pierwsi.
Wiele korzyści
To właśnie zwycięstwo w meczu, który nie idzie po myśli drużyny, buduje charakter i wiarę w swoje umiejętności. Zmienić zawodnika czy przedyskutować pewne roszady w sposobie gry w czasie spotkania zawsze można, ale jeśli po stracie bramki piłkarze zwieszają głowy, to trudno jest powrócić do dobrej gry, tym bardziej że na Lechu ciąży opinia drużyny kruchej mentalnie, która nie umie grać pod presją.
Odwracanie wyniku daje wiele korzyści postronnym widzom. Wystarczy wyobrazić sobie, że Lechia utrzymuje wynik z pierwszej połowy albo dokłada jeszcze jednego gola, a sędzia kończy mecz. Realny scenariusz, ale jakże nudny i przewidywalny. Gol kontaktowy daje iskierkę, a to, co zrobił Lech, powoduje rollercoaster emocji, który sprawia, że mecz chce się oglądać do ostatniego gwizdka. W końcu w meczu chodzi o zdobywanie bramek, czyli esencję futbolu.
Historyczna remontada
Zwycięstwo nad Lechią to wręcz terapia dla Kolejorza, który uporał się z historycznymi demonami trapiącymi klub. Na wygraną gdy przegrywał dwoma golami kibice musieli czekać ponad 14 lat! Ostatni raz taka sztuka dokonała się w kwietniu 2011 roku. Lechici w półfinale Pucharu Polski mierzyli się z Podbeskidziem Bielsko-Biała i zdołali wygrać 3:2.
Jeszcze dłużej Duma Wielkopolski czekała na zwycięstwo w takich okolicznościach w ekstraklasie. Blisko 16 lat temu, za czasów trenera Jacka Zielińskiego, 12 września 2009 roku doszło do starcia z Jagiellonią. Lech po 21 minutach przegrywał 0:2, żeby po golach Roberta Lewandowskiego, Sławomira Peszki i Manuela Arboledy wywieźć trzy punkty z Białegostoku. Kontekst historyczny odległy, ale być może teraz trend będzie odwrotny…
Formalność na Islandii?
Jeśli chodzi o odwracanie wyników, to jednak trudno sobie wyobrazić, żeby zawodnicy Breidabliku po porażce 1:7 wywalczyli awans. Ale nawet jeśli Lechici są już jedną nogą w następnej rundzie pucharowych kwalifikacji, to warto wywalczyć drugie zwycięstwo i dołożyć cenne punkty do klubowego rankingu UEFA. W kolejnej rundzie poziom wyzwania wzrośnie i ważne jest, żeby podopieczni Nielsa Frederiksena już teraz wypracowali sobie nawyk strzelania goli. Z drugiej strony, wielokrotnie już można było usłyszeć frazę, że „ofensywa wygrywa mecze, a defensywa mistrzostwa” - dlatego w Poznaniu mają wiele do poprawy w grze obronnej...