Sztuczny miód
PODWÓJNY NELSON
Nie jestem jasnowidzem, więc nie potrafię przewidzieć, czy porażka w meczu barażowym o utrzymanie w 4. lidze ze Zniczem Kłobuck (0:2) jest dla Odry Wodzisław Śląski autostradą w otchłań piekła, czy tylko przystankiem w czyśćcu. Obojętnie, który ze scenariuszy zostanie wcielony w życie, perspektywy rysujące się przed tym zasłużonym dla polskiego futbolu klubem (14 sezonów w ekstraklasie, od 1996 do 2010 roku) są wyjątkowo nieciekawe.
Żeby jednak nie było wątpliwości i niedomówień, obecny spadek do 5. ligi (w teorii) nie jest pokłosiem ostatnich nieudolnych działań zarządu klubu i „radosnej twórczości” działaczy, bo z tą mamy do czynienia od wielu lat. To trochę tak, że choćbyś nie wiem jak mocno chłostał osła, nigdy nie stanie się on wierzchowcem wyścigowym. Jeden z trenerów, który w przeszłości miał (nie)przyjemność pracować w klubie z Bogumińskiej, ostatnie lata w historii Odry skwitował krótko, acz dosadnie: „Niestety, ludzie, którzy zajmowali się prowadzeniem klubu, nie mieli kompetencji nawet do parzenia kawy”. Niezwykle trafne spostrzeżenie, bo niezależnie od nazwisk decydentów, od normalności Odrę Wodzisław dzieliły lata świetlne. Przed kilkoma laty poprzednik (pamiętam doskonale nazwisko) prezesa Marcina Piwońskiego był wyjątkowo bezczelny, chociaż wydawało mu się, że jest sprytny. Zostawił mianowicie swojemu następcy pustą kasę („Nie było w niej nawet złotówki” - to słowa prezesa Piwońskiego), bo płatność długu w wysokości 48 tysięcy złotych wobec urzędu skarbowego „przesunął” z drugiego kwartału na trzeci.
Nawet na finiszu dopiero co zakończonych rozgrywek, działacze i kibice chcieli zdymisjonować trenera Michała Czyża i zastąpić go... Janem Wosiem, legendą klubu. Przeliczyli się, bo Janek nie jest w ciemię bity, więc jako „stary miś” (przepraszam przyjacielu) nie dał się nabrać na sztuczny miód. Nie będzie przecież firmował nieudolności zawodników (bo przecież nie piłkarzy) i ich zwierzchników, by zapisać sobie w CV spadek z Odrą do 5. ligi.
Gwoździa (ostatniego?) do trumny Odry wbił jeden z jej byłych zawodników, który daremnie czekał trzy lata (!) na spłatę zaległych pieniędzy. W rozmowie z niżej (albo wyżej) podpisanym, odchodząc z klubu z Wodzisławia Śląskiego, powiedział: „Prezes Odry musiał negocjować z zawodnikami formę spłaty zaległych pensji - a należności sięgały wielu miesięcy - oraz dogadać się z nimi w sprawie nowych kontraktów, które miały obowiązywać w „nowym rozdaniu”. Żeby pozbyć się tych długów, potrzeba było mnóstwo pieniędzy. Moje pozostanie w Odrze było mało prawdopodobne, wręcz wykluczone, bo warunki proponowane przez szefostwo klubu były dla mnie nie do zaakceptowania. Zwłaszcza zrzeczenie się zaległości”.
Teraz cierpliwość wierzyciela klubu z Wodzisławia Śląskiego wyczerpała się i sprawa trafiła do sądu, a za jego pośrednictwem - do komornika. Ten od razu zablokował konto Odry, więc żaden cash na nie nie trafi. I koło się zamyka. Według mnie - bez cienia złośliwości - jedynym sensownym rozwiązaniem byłoby ogłoszenie upadłości i rozpoczęcie budowy klubu od nowa. Tylko, czy ktoś będzie miał na tyle odwagi? Poprzednie lata pokazały bowiem, że w Wodzisławiu wielu marzy się lekki chleb i ciężkie pieniądze.
Bogdan Nather
P.S. Nie robi na mnie wrażenia posypywanie głowy popiołem przez zawodników i zapewnienia, że nikt z kadry nie miał klubu „w dupie”. Nie zgadzam się również z tym, że „nie ma sensu rozliczanie poszczególnych zawodników z obowiązków, ponieważ idąc tym tropem, obowiązki związane z klubem mogłyby zakończyć się zarówno w styczniu, jak i w maju”. Błąd! Zastosowanie tzw. grubej kreski do niczego konstruktywnego nie prowadzi, przeciwnie - utwierdza winowajców w przekonaniu o ich nietykalności. Jedno tylko zastrzeżenie – rachunek trzeba wystawić przede wszystkim działaczom!