Sukces czyni bohaterem, porażka ofiarą
Rozmowa z Janem Urbanem, selekcjonerem reprezentacji Polski
Jan Urban zewsząd zbiera dowody sympatii. Fot. Łukasz Laskowski/Pressfocus
Na razie jest miło, sympatycznie. Są uśmiechy, ale miesiąc miodowy powoli się kończy.
- Faktycznie, można mówić o miesiącu miodowym, choć minęło niewiele czasu od momentu, w którym zostałem wybrany nowym selekcjonerem reprezentacji Polski. To jest oddźwięk krajowy, a w moim przypadku nawet międzynarodowy, bo z Hiszpanii też napłynęło mnóstwo gratulacji i życzenia powodzenia. Żeby wszystko jak najlepiej mi się poukładało.
Była w kraju duża aprobata dla wyboru prezesa Cezarego Kuleszy. Od czasu trenera Adama Nawałki żaden selekcjoner nie cieszył się taką przychylnością mediów, kibiców, jak Jan Urban. To sympatyczne, ale to może być także pułapka. Jest pan na to przygotowany?
- Dochodziły mnie głosy, że środowisko piłkarskie jest przychylne temu wyborowi. To przyjemne. Natomiast ja robię swoje. To, co do mnie należy. Czy dalej będzie miło, zależy jednak od wyników sportowych. Mam świadomość, jak funkcjonuje piłka nożna. Ale jak to w życiu bywa, a w sporcie przede wszystkim – sukces czyni cię bohaterem, a porażka ofiarą. Musisz umieć z tym żyć. Mieć dużo pozytywnej energii, żeby później przeciwstawić się tej negatywnej, która też może nadejść.
A może szybko nadejść?
- Będąc trenerem zawsze musisz być przygotowany na sytuacje, że nie wszystko się układa po naszej myśli. Że będą mieli pretensje czy to działacze, czy kibice, czy media. W swoim życiu trenerskim przeszedłem już trochę takich sytuacji. I teraz jako selekcjoner też jestem przygotowany na taką ewentualność, że w jakimś trudnym momencie podziękują ci, bo wiem, że wszystkie oczy zwrócone są na reprezentację Polski. Dziś jest słońce, jutro deszcz albo nawet burza. Trzeba być na te wszystkie warianty przygotowanym.
Czyli można powiedzieć, że odnalazł się pan już w tym całym zgiełku?
- Nie ukrywam, że na początku trudno było mi się w nim odnaleźć. Jeszcze przed ogłoszeniem przez prezesa Kuleszę decyzji, w mediach pojawiały się informacje, że jestem już wybrany na selekcjonera, a ja nie mogłem tego potwierdzić, bo nie miałem takich informacji. Ale zostawmy to, bo to już jest poza mną. Rozmawiamy w sobotę, pierwszą wolną i w ogóle pierwszym wolnym dniu od dawna, gdy nie jestem na żadnym stadionie, choć i tak oglądam wszystkie mecze. Śledzi się ligę na bieżąco ligę, siedząc non stop przed telewizorem. Ale skoro nie byłem na żadnym meczu, więc można powiedzieć: tak, miałem wolny dzień.
Jak pan odpoczywa, jak resetuje się, nabiera dystansu do wszystkiego, co dzieje się wokół pana?
- Tenis i rower. To są najbardziej odpowiadające mi sporty, choć tenis nie jest za dobry na moje kolana. Ale trzeba sobie jakoś radzić, bo dopóki można, to trzeba starać się utrzymać w jakiejś w miarę dobrej kondycji fizycznej. Więc jeśli już mówimy o sportach uzupełniających, to właśnie jest to tenis i kolarstwo.
Rozumiem tenis na poziomie Carlosa Alcaraza?
- Nie, Nadala, bo nadal gram i jestem na korcie (ha,ha). Czyli już wiadomo, że najbardziej podziwiam Rafę Nadala.
Na książki, kino, teatr zwyczajnie brakuje już wolnego czasu?
- Kurczę, jednak ta piłka jest non stop w głowie. Jak jest żona ze mną i nasz piesek, to jest naturalnie inaczej. Są spacery, wspólne wyjścia. Ale jak jestem sam, tak jak teraz, gdy żona jest w Hiszpanii, to jednak mecze, piłkarskie ligi biorą górę.
A muzyka?
- Słucham i lubię muzykę, natomiast nie znam się. Wiedziałem, że padnie takie pytanie, więc tak odpowiem - lubię posłuchać muzyki, która mi odpowiada. Której fajnie się słucha, natomiast kto śpiewa, kto gra, to dla mnie jest mniej ważne. Muzyka musi mi wpadać do ucha, a takiej muzyki jest dużo w radiu.
A takie ekstremalne rozrywki, jak słynna w Europie La Tomatina czy mniej sympatyczna Corrida?
- Słynne w Hiszpanii rzucanie się pomidorami? Festiwal rzucania się pomidorami to akurat jest Walencja. W Hiszpanii każdy region ma taką swoją tradycję, zabawę. Nigdy na tym nie byłem. Corrida to też nie moja bajka, choć w Pampelunie są oczywiście corridy, podobnie jak w Madrycie, Sewilli, Walencji.
W pana Pampelunie są za to gonitwy byków opisane przez Ernesta Hemingwaya w powieści „Słońce też wschodzi”.
- W lipcu, chyba od 6 do 14, jest święto patrona miasta, świętego Fermina. To wtedy corocznie organizowane są słynne fiesty ku jego czci „Sanfermines”, czyli uliczne gonitwy byków i ludzi po ulicach miasta, a po południu są corridy. Każdy chyba widział chociażby w telewizji „encierros”, czyli bieg przed bykami, które potem wpadają na arenę. To tradycja mówiąca, że dawno temu wóz z bykami przewożonymi przez miasto wywrócił się, a grupka chłopaków uganiając się za nimi wyprowadziła te rozpierzchłe zwierzęta poza miasto i tak skończyło się zagrożenie. Od tego czasu tradycja nakazuje przeprowadzenie tej słynnej zabawy.
Pan oczywiście nie uciekał nigdy przed bykami?
- Nie brałem udziału w tej zabawie, ponieważ tam naprawdę nie ma żartów. Niby się biega, jest dużo radości i śmiechu, ale można zrobić sobie niezłą krzywdę. Jako piłkarze mieliśmy to zakazane, potem sam wiedziałem, by nie pakować się w coś takiego. Natomiast imprezy towarzyszące, zabawy dla dzieci, muzyka, koncerty, wszystko w tym czasie się odbywa, a ludzi na tej fieście jest mnóstwo. Proszę sobie wyobrazić, że Pampeluna liczy sobie 220 tysięcy mieszkańców, a w ten weekend potrafi być w mieście 500 tysięcy, oczywiście wraz z turystami. Zjeżdżają się do Pampeluny ludzie nie tylko z Europy, ale z całego świata. Tak znakomitą renomę ta fiesta ma nie tylko w Hiszpanii.
Dla Polaków Hiszpania jest wakacyjnym rajem na ziemi. Ze względu na klimat, pewną pogodę, doskonałą kuchnię, spokój i luz mieszkańców. A gdzie wypoczywa mieszkający w raju Jan Urban?
- U siebie w Hiszpanii. Znam to wszystko, o czym pan mówi. Oczywiście odpoczywa się u nas fajnie, przyjemnie, bo oprócz tego, że ludzie są otwarci, życzliwi, to jeszcze klimat sprzyja wypoczynkowi i fajnemu spędzaniu czasu.
I tego zazdrościmy.
- To jest północ Hiszpanii, więc zimą też tutaj śnieg spadnie. Jest chłodniej, tak że wszystkiego mamy po trochu. Może nie jest tak zimno jak w Polsce, ale temperatury jednak lecą mocno w dół.
Jaką kuchnię pan preferuje? Hiszpańską czy polską?
- Jedną i drugą. Gdy jestem w Polsce, to jem polskie specjały. W Hiszpanii częściej zdarza mi się jeść po hiszpańsku. Tak więc jedna i druga kuchnia są dobre i smaczne, choć mimo wszystko wydaje mi się, że trochę lepsza jest hiszpańska, przede wszystkim dlatego, że w Hiszpanii jest większy wybór owoców morza i różnorodnych gatunków ryb. W Hiszpanii je się bardzo dużo ryb, nie tylko mięsa, choć mięso też mają znakomite, więc turystom ta kuchnia hiszpańska bardzo odpowiada i smakuje.
Pan sam gotuje?
- Sam nie, choć może coś bym tam upichcił...
Sztandarowe danie Jana Urbana?
- Powiem tak – dobrego grilla bym zrobił (śmiech).
Bardzo przyjemnie się rozmawiało o Hiszpanii, ale wróćmy do kraju, gdzie zacznie pan pracę z drużyną narodową od najwyższego C. Bez marginesu błędu, w dodatku z rywalem z najwyższej półki, czyli Holandią na wyjeździe. A zaraz w kolejce czeka Finlandia, przeciwnik dużo słabszy od Oranjes, który jednak pozbawił nas już trzech punktów w eliminacjach do mundialu.
- Chciałoby się mieć mieć wszystko poukładane od razu, bo rzeczywiście startujemy praktycznie z zerowym marginesem błędu. Na dziś nie do końca jest to jednak możliwe, bo zawodnicy zmieniają kluby lub szukają klubów. Inni są w okresie przygotowawczym i jeszcze nie grają, tak że trzeba poczekać i jednocześnie mieć nadzieję, że powołani do reprezentacji zawodnicy będą mieli miejsce w swoich drużynach i będą grali. Oczywiście nie wszyscy jeszcze ruszyli, bo ważne ligi ruszają w dopiero w połowie sierpnia, a nawet później, ale jeśli nasi będą grali, to łatwiej będzie wybrać tych najlepszych.
A jeśli nie?
- Jeśli nie, to sprawa się po prostu komplikuje. Zawodnik, który nie gra, nie jest w swojej najwyższej formie, a wtedy trzeba się będzie grubo zastanowić, czy brać kogoś słabszego, ale w rytmie meczowym, czy też postawić na kogoś, powiedzmy lepszego, kto rozpoczyna sezon na ławce lub gra tylko ogony. Oczywiście to dotyczy wszystkich, bo w większości mamy kadrowiczów w ligach, które jeszcze nie ruszyły. Holendrzy jeszcze nie zaczęli sezonu, więc ta różnica w formie nie musi być aż tak duża. Co innego, gdyby był październik i borykalibyśmy się z kłopotami, że nasi nie grają, a rywale są w już mocnym rytmie meczowym, to wtedy byłby spory problem.
Znając dobrze trenera Jana Urbana wiem, że nie ma większego znaczenia, czy po drugiej stronie stoi Holandia czy Finlandia, bo założenie zawsze jest takie samo – wychodzi się na boisko bez strachu, po to, by wygrać.
- Finlandia? Dzisiaj nie ma czegoś takiego, że możesz kogoś zlekceważyć. Jak podejdziesz do meczu niepoważnie, to każdy od razu potrafi to wykorzystać i cię ogra. Nie ulega jednak wątpliwości, że margines błędu praktycznie nie istnieje, a każdy punkt jest na wagę złota. Tak do tego trzeba podejść. Każdy zawodnik z osobna i jako drużyna i sztab, jeśli marzą nam się mistrzostwa świata. Nie ma innego wyjścia. Po prostu.
Pan jako zawodnik miał jakąś boiskową styczność z Holandią lub Finlandią?
- Z Holandią przegraliśmy w Zabrzu 0:2. Z Finlandią zagrałem trzy razy.
Te doświadczenia czegoś pana nauczyły?
- To było tak dawno... Holendrzy zawsze grają kombinacyjną piłkę, na bardzo wysokim poziomie technicznym. Mają znakomitych zawodników. Z Finlandią niezależnie, czy gramy u nich, czy u siebie jesteśmy od lat faworytami, ale jak już wiadomo faworyt został pokonany w pierwszym meczu w Helsinkach i jego sytuacja najzwyczajniej w świecie mocno się skomplikowała w eliminacjach.
Mówił pan w jednym z wywiadów, że hiszpańska szkoła odpowiadałaby panu najbardziej, natomiast nie mamy wykonawców, by podołali takiemu zadaniu.
- Mówiąc o hiszpańskiej szkole, możemy mówić tylko o stylu zbliżonym do takiej szkoły. Ja, jako trener, mam swoją tożsamość. Wiem, jaką piłkę, jaki styl lubię i tego raczej nie zmienię, chociaż może się okazać, że nie będę miał zawodników do mojej ulubionej gry i będziemy musieli grać prościej. Natomiast będę namawiał zawodników, żeby iść bardziej w kierunku piłki technicznej, co u nas często się myli, myśląc, że piłkarz techniczny mniej biega, gra bardziej do przodu niż do tyłu. No nie. Dzisiaj piłkarz o wysokich umiejętnościach technicznych, jeśli chce zaistnieć na wysokim poziomie, musi również znakomicie bronić. Od tego nie ma ucieczki. Natomiast nie znając wyniku naszego pierwszego meczu z Holandią, wiemy, że w meczu z Finlandią nie będzie ważny styl: czy polski, hiszpański czy angielski, ważny będzie przede wszystkim wynik.
Jedną z istotniejszych zmian już pan awizował. Mam na myśli przejście na grę czterema obrońcami.
- Ja tego wcale nie przesądziłem, tylko stwierdziłem, że myślimy o tym. Natomiast to też będzie zależało od tego, w jaki sposób uda nam się rozwiązać problem na lewej obronie, bo są zawodnicy lewonożni, jest ich niewielu, ale czy to akurat jest to? A może trzeba będzie szukać innego rozwiązania? Coś w stylu Bereszyńskiego, który kiedyś zagrał na lewej stronie, będąc prawonożnym zawodnikiem.
Na nieco ponad miesiąc przed eliminacjami sytuacja w defensywie jest bardzo zagmatwana i trudna.
- No tak. Walukiewicz zmienił klub. Bednarek zmienił klub. Piątkowski jest kontuzjowany. Dawidowicz poszedł do Arabii. Więc już teraz, gdy nie ma jeszcze sezonu dla najlepszych lig, są cały czas przetasowania w obronie. Podobnie jest z Kacprem Urbańskim. Jest wiele niewiadomych, więc jak już chłopcy mają zmieniać kluby, niech stanie się to jak najszybciej, by doszli do formy już w okresie przygotowawczym, bo będą mieli bodaj tylko dwie kolejki na sprawdzenie formy i już będzie przerwa na reprezentację. A jak będą grali, to i my będziemy mogli zobaczyć, kto, w jakiej jest dyspozycji Ale tak jak mówię – to nie dotyczy tylko nas, a wszystkich reprezentacji, których zawodnicy są w okresie przygotowawczym i dopiero od połowy sierpnia czy jeszcze później zaczynają sezon.
Kluczem do wszystkiego jest Robert Lewandowski i pana relacja z nim?
- Kluczem jest poprawa atmosfery w drużynie. Także poprawa gry. Jak gra będzie lepsza i będą wyniki, to i atmosfera się ociepli. Do tego musimy dążyć, bo nie jest tak, że zrobimy nie wiadomo jaką rewolucję w kadrze. Piłka nożna nie lubi rewolucji. Jeśli będą zmiany, to progresywne, bo po prostu nie ma czasu na zmienianie wszystkiego, co robili poprzednicy.
Dziennikarze wykreowali temat 9-sekundowego milczenia Lewandowskiego po pytaniu o trenera Jerzego Brzęczka. Te sekundy ciszy rzekomo miały zwolnić Brzęczka z posady selekcjonera. Do historii polskiego futbolu przeszła też opaska kapitańska „Lewego”, która wpłynęła na dymisję Michała Probierza. Te dwa banały, a nie gra reprezentacji, stały się sprawą narodową...
- Każdy by chciał oglądać reprezentację Polski prezentującą ładny dla oka futbol i mającą dobre wyniki. Tymczasem różnie w różnych momentach to wygląda. Z reguły jakaś przyczyna tego stanu jest. Czasami są to zawodnicy, czasami brak atmosfery, innym razem nie do końca trafione decyzje personalne. Wszystko z czegoś się bierze, także dobra i zła gra. I to wszystko trzeba dobrze przeanalizować. My znowu jesteśmy nowym sztabem w reprezentacji. Przed nami byli inni, którzy za długo nie popracowali, ale nie możemy na to patrzeć. Musimy skupić się na tym, co my chcemy zrobić. Czyli trochę zmienić podejście pod względem mentalnym. Przekonać zawodników do tego, że będziemy grać inaczej, a oni potrafią to zrobić. To trener musi umieć przekonać zawodników, że potrafią grać w piłkę na najwyższym poziomie swoich możliwości. Mamy zamiar stworzyć drużynę, która będzie mogła w pełni wykorzystać swój potencjał.
To zamykając narodowy temat – spotka się pan lub już spotkał z Robertem Lewandowskim? Był z nim jakiś kontakt lub będzie w najbliższym czasie?
- Już wiele razy mówiłem, że to jest zbyt poważna sprawa, by załatwiać ją przez telefon. Do takiego spotkania na pewno dojdzie. Zresztą nie tylko z Robertem, ale z Piotrkiem Zielińskim, głównym zainteresowanym, czy też z radą drużyny. Przypomnę, że Barca jest aktualnie na tournée po Azji (drużyna Hansiego Flicka poleciała 24 lipca do Japonii i Korei Południowej, gdzie rozegra trzy mecze towarzyskie w ramach „The Blaugrana Tour, Asia Edition, by Philips Ambilight TV – przyp. red.). Na pewno dojdzie do takich rozmów, ale nie będę za pomocą mediów informował z kim, kiedy, gdzie i o czym będę rozmawiał. Potwierdzę tylko – będę rozmawiał na różne sposoby. Z niektórymi bezpośrednio, z innymi telefonicznie. Rozmowy z piłkarzami są dla mnie bardzo ważne: kto czuje się najlepiej w danym ustawieniu i na konkretnej pozycji.
Czego życzyć nowemu selekcjonerowi? Żeby działacze mieli cierpliwość i dali mu spokojnie dłużej popracować bez noża na gardle?
- Jeśli kibic będzie zadowolony z tej zmiany, którą wprowadzi nowy selekcjoner i na boisku będzie to widać, a reprezentacja będzie się podobała redaktorowi, to będzie to oznaczało, że kadra dobrze gra, a wyniki są w miarę satysfakcjonujące na poziomie potencjału tej drużyny. To chyba będzie najlepsza puenta do tego, czego możemy oczekiwać.
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała

Moment, w którym Jan Urban staje się najważniejszą postacią polskiej piłki nożnej. Obok prezes PZPN Cezary Kulesza. Fot. Tomasz Jastrzębowski/Pressfocus