Spalone podejście
MÓJ SPORT
Tomasz Mucha
Pierwsze podejście do redakcji zaliczyłem już w pierwszej połowie lat 90. I spaliłem je wzorowo. Byłem wtedy studentem dziennikarstwa, no i jak to student – myślałem, że jestem najlepszy, świetny, znakomity; że znam się na wszystkim, że redakcje tylko czekają na moje wiekopomne artykuły, że zmienię nimi świat…
Jedno z takich „arcydzieł” wysmażyłem po obejrzeniu transmisji telewizyjnej z jakiegoś meczu piłkarskiego, na którym doszło do rozrób „kiboli”. Niczym natchniony wystukałem na maszynie do pisania (komputery dopiero raczkowały) całe dwie kartki dogłębnej analizy wydarzeń na trybunach, popartych przenikliwą diagnozą społeczną, kończąc wywód bajeczną puentą. Dziś szczegółów nie pamiętam, ale mniejsza z tym.
Dumny z siebie jak paw zaszedłem do redakcji „Sportu” przy ulicy Sobieskiego w Katowicach, gdzie skierowano mnie do ówczesnego szefa działu piłkarskiego. Wręczyłem mu miętoszony w ręce maszynopis. Redaktor, nie wstając z krzesła, doczytał może do połowy pierwszej strony, zerknął pośpiesznie, że elaborat kończy się dopiero u dołu drugiej, po czym wydał wyrok: - No dobrze, ale może by pan tak najpierw jakąś krótką informację napisał…
Byłem zdruzgotany.
Tomasz Mucha