Rozrzutność grzechem głównym
Upadłość klubu wcale nie jest scenariuszem z gatunku science-fiction.
Prezes Dariusz Stanaszek świętował awans do 2. ligi, ale to za jego kadencji zaczęły się pierwsze kłopoty finansowe. Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus
GKS JASTRZĘBIE
Dobra gospodyni domowa wie doskonale, że jeżeli jej mąż zarabia co miesiąc 4 tysiące złotych na rękę, to może wydać tylko tyle i ani złotówki więcej. Musi uwzględnić w tym czynsz, inne opłaty (gaz, energia), wydatki na jedzenie i fundusz rezerwowy (lekarstwa itp.).
Działacze GKS-u Jastrzębie albo nie znali tej zasady, albo mieli ją w... głębokiej powadze. Po prostu żyli ponad stan, widocznie wychodząc z założenia, że wydawali nieswoje pieniądze. Kuriozalne były na przykład wyjazdy do Krakowa na mecze z Hutnikiem i Wieczystą DZIEŃ PRZED ZAWODAMI! Nie wiem, ile kosztowały noclegi z wyżywieniem, ale wiem jedno - na pewno były to pieniądze wyrzucone w błoto! Odległość drogowa między Jastrzębiem a Krakowem to 125-136 kilometrów i autokarem FlixBus Polska można ją pokonać w 2 godziny i 25 minut. To tylko jeden z przykładów nieracjonalnej polityki finansowej klubu prowadzonej przez jego włodarzy. Wciąż nie dociera do mnie, jak można było doprowadzić do manka w wysokości ponad 4 milionów złotych! I kto teraz ma „zasypać” tę dziurę finansową? Mieszkańcy miasta, którzy szerokim łukiem omijają Stadion Miejski przy ulicy Harcerskiej? Bo tych, którzy podniecają się popisami piłkarzy jest garstka, co łatwo można sprawdzić.
Przed kilkoma dniami rozmawiałem z jednym z byłych hokeistów JKH GKS-u Jastrzębie, który wspominał trudne czasy dla tego klubu. - Nasz prezes Kazimierz Szynal powiedział wprost, że nie stać nas na luksusy. Dlatego na mecz do Gdańska ze Stoczniowcem jechaliśmy w dniu meczu. Wyjeżdżaliśmy o 4.00 rano, na miejscu byliśmy o 16.00, a dwie godziny później już graliśmy mecz. Ale dzięki takim oszczędnościom mieliśmy wypłaty na czas - zaznaczył mój rozmówca.
Między bajki należy również włożyć „argumenty”, że finanse GKS-u legły w gruzach, gdy ze sponsorowania klubu wycofała się Jastrzębska Spółka Węglowa. Wolne żarty! Od wielu lat największym dobrodziejem klubu były władze miasta, każdego roku była to kwota ponad miliona złotych (w poprzednich latach było to milion 360 tysięcy, w tym roku to milion 400 tysięcy złotych). Ale na tym nigdy się nie kończyło, pod koniec roku GKS zawsze dostawał jakąś „kroplówkę” i bynajmniej nie były to drobne. Pamiętam, jak przed laty ówczesny prezes Dariusz Stanaszek podczas posiedzenia Komisji Sportu Rady Miasta „żebrał” o 800 tysięcy złotych, bo tyle potrzebował, by spiąć budżet. I dostał takie pieniądze z kasy miejskiej, ku wściekłości - czemu trudno się dziwić - przedstawicieli innych klubów.
Co gorsza, te praktyki obowiązują w dalszym ciągu, a ja cały czas zachodzę w głowę, czy nie ma nikogo, kto ma pojęcie o zarządzaniu (nie tylko finansami, ale również zasobami ludzkimi) i wyprowadziłby GKS Jastrzębie na właściwe tory? Zastanawia mnie również bierność akcjonariuszy, którzy w pierwszej kolejności mają obowiązek zniwelować deficyt budżetowy. Nie przypominam sobie, by te osoby sypnęły chociaż złotówką, więc nie zdziwię się, gdy w niedalekiej przyszłości GKS Jastrzębie będzie zmuszony ogłosić upadłość. I wtedy odbudowa klubu (który to już raz?) zacznie się od nowa.
Bogdan Nather