Rozpoczął na pełny gaz
Gdyby nie kontuzja Marcina Szpakowskiego, GKS Tychy zakończyłby poprzedni sezon w strefie barażowej.
Marcin Szpakowski wierzy, że jego drużynę czeka udany sezon. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus
W piłce nożnej gdybanie jest nieodłącznym elementem życia kibica. Sympatycy GKS-u Tychy po słodko-kwaśnej rundzie rewanżowej, zakończonej mistrzostwem wiosny, a jednocześnie dopiero 7. miejscem w tabeli końcowej, znaleźli przyczynę nieudanego finiszu. Najkrócej rzecz ujmując – wszystko przez Szpakowskiego. Marcina Szpakowskiego, a raczej jego kontuzji, która go wyeliminowała z gry na najważniejszym etapie rozgrywek.
Od kiedy sztab szkoleniowy postawił na środek drugiej linii w składzie Jakub Bieroński – Marcin Szpakowski trójkolorowi złapali znakomity rytm. Zanotowa,li 10 spotkań bez porażki albo jak kto woli 4 remisy i 6 zwycięstw z rzędu. Ta znakomita seria skończyła się, gdy Szpakowski doznał kontuzji i w połowie marca wypadł z gry do końca sezonu. Gdyby grał dalej – zdaniem fanów tyskiej drużyny – w 5 ostatnich spotkaniach rozgrywek trójkolorowi zdobyliby znacznie więcej niż 6 punktów za 3 remisy i zwycięstwo w ostatnim meczu, który już nie miał znaczenia dla układu w pierwszej szóstce. Gra w barażach była na wyciągnięcie ręki.
Gra wyglądała znakomicie
- Od początku okresu przygotowawczego mogłem rozpocząć zajęcia na pełny gaz z drużyną i to mnie bardzo cieszy – mówi 23-letni rozgrywający, Marcin Szpakowski. – Kiedy wracam pamięcią do tego, co już za mną, mogę powiedzieć, że złamanie kości strzałkowej bolało. I to podwójnie, bo dokuczały kontuzja i fakt, że nie mogę być na boisku, żeby pomóc drużynie. Byliśmy w bardzo dobrej formie, nasza gra wyglądała znakomicie, a atmosfera była fantastyczna. Nagle wszystko się skończyło... Trudno teraz stwierdzić, co by było, gdybym był zdrowy. Wiem, że są głosy, że gdybym grał, to weszlibyśmy do strefy barażowej - miło mi je słyszeć, ale nie ma już co gdybać. Faktycznie byliśmy bardzo blisko, choć na półmetku niewiele osób w nas wierzyło, ale odwróciliśmy kartę i zdobyliśmy mistrzostwo wiosny. Z tej serii sześciu zwycięskich spotkań byłem bardzo zadowolony, bo od wyjazdowej wygranej w Legnicy z Miedzią zaczęła się świetna passa. Kontynuowaliśmy ją po dobrze przepracowanym zimowym okresie przygotowawczym, a zwycięstwa same budowały atmosferę, w której z największą chęcią przychodziło się do klubu. W dodatku złapałem więź z Kubą Bierońskim, z którym rozumieliśmy się w ciemno na boisku, a do tego razem jeździliśmy na treningi, bo mieszkamy w Katowicach. Podczas jazdy na treningi dużo rozmawiamy, analizujemy sobie naszą grę i podpowiadamy. Był taki moment, że ta piłkarska chemia widoczna była na boisku. Kubę szanuję też jako piłkarza, bo jest bardzo dobrym zawodnikiem i mam nadzieję, że w tym sezonie to powtórzymy.
Do zupełnie innego składu
Latem GKS Tychy mocno się jednak zmienił i Marcin Szpakowski wrócił do zupełnie innego składu. Owszem Jakub Bieroński nadal jest w zespole, ale w szatni nie ma już 11 piłkarzy, z czego 6 z wyjściowego składu. W klubie pojawiło się za to 9 nowych zawodników, a to jeszcze nie koniec okresu transferowego.
- Z jednej strony żal każdego kto odszedł, bo oprócz tego, że byli to wartościowi zawodnicy, to jeszcze tworzyliśmy zgraną paczkę – dodaje wychowanek UKP Zielona Góra. – Od bramkarza Marcela Łubika po najbardziej wysuniętego napastnika Bartka Śpiączkę, wszyscy odgrywali ważną rolę w drużynie. „Marcel” swoją grą nogą ułatwiał nam rozegranie od tyłu i przyjemnie budowało się akcje, mając takiego bramkarza. A Julek Ertlthaler, Natan Dzięgielewski czy wspomniany już „Śpiona”, byli odpowiedzialni za ofensywę, a dający skuteczność zarówno w tyłach, jak i w przodzie Kuba Budnicki oraz Marko Dijaković również byli filarami zespołu. Natomiast pozostali z Dominikiem Połapem na czele robili atmosferę i to był zespół, w którym każdy dawał z siebie, ile tylko mógł. Nie da się ich zastąpić, ale teraz mamy nowe twarze i budujemy nową drużynę.
To będzie znowu monolit
- Docieramy się z każdym treningiem i sparingiem. Wierzę, że to będzie znowu monolit, który znowu pokaże dobrą grę, z której będziemy ponownie czerpać taką radość i przyjemność. Bo jeżeli jest radość z gry i zrozumienie z kolegami z drużyny, to za tym idą wyniki, na które czekają kibice. Życzę więc zarówno im, jak i sobie samemu, żebyśmy znowu się mogli cieszyć. Jestem dobrej myśli, bo dobrze pracujemy w letnim okresie przygotowawczym. Natomiast ja mam jeszcze jeden indywidualny cel. Ponieważ nigdy wcześniej nie miałem złamanej żadnej kości to mogę powiedzieć, że ta kontuzja nauczyła mnie, żeby doceniać zdrowie i cieszyć się każdym dniem, kiedy mogę trenować z drużyną. Cały czas współpracuję też z panią psycholog i będę chciał z nią omówić jakie mam sobie postawić cele i jak podejść do rywalizacji, żeby walka o miejsce w wyjściowej jedenastce napędzała mnie do jeszcze cięższej pracy i dalszego rozwoju – zakończył Marcin Szpakowski.
Oprócz chęci powrotu do dyspozycji sprzed kontuzji rozgrywający GKS-u Tychy ma jeszcze dodatkową mobilizację. Jego młodszy o 4 lata brat Rafał zagrał bowiem latem w reprezentacji Polski U-20… w koszykówce. Przeskoczył więc starszego brata, bo Marcin „zatrzymał się” na występach w drużynie narodowej w kategorii U-19, w której w 2019 roku wystąpił 4-krotnie. Wtedy zmierzył się między innymi z aktualnymi reprezentantami Anglii Morganem Roggersem, Colem Palmerem i Nonim Maduekiem, a Yunus Mosah, grający w AC Milan stał się etatowym reprezentantem USA. Przy ich osiągnięciach 24 występy w polskiej ekstraklasie i 88 spotkań w I lidze zaimponować nie mogą, ale przecież przed nami nowy sezon…
Jerzy Dusik