Ronaldinho show, czyli szopka kosmiczna
MUCHA NIE SIADA - Tomasz Mucha
PRESS_FOCUS
Mecz brazylijskich legend powalił mnie na kolana, ze śmiechu. I jeszcze raz utwierdził w przekonaniu, jak jesteśmy kibicowskim narodem naiwnie stęsknionym za wielkością, niechby nawet wielkością mierzoną obwodem w pasie. Wypełniony po brzegi superauto.pl Stadion Śląski jest jednak argumentem nie do zbicia - zresztą nowa nazwa areny tej szopki pasowała jak ulał; gdy już myślę, że marketingowcy wszelkiej maści osiągnęli szczyty intelektualnej indolencji, co rusz wyprowadzają mnie z błędu.
Osobiście nigdy nie wpadłbym na to, żeby zapłacić cokolwiek za oglądanie tłustych i spoconych facetów w meczu o nic - to tak jakby pasjonować się telewizyjnym sucharem typu „Twoja twarz brzmi znajomo”, w którym współczesne gwiazdeczki odgrywają - na ogół nieudolnie - gwiazdy z przeszłości i jeszcze za to nielicho kasują. Zasiadłem więc przed ekranem z zaciekawieniem widza programu nieodżałowanych państwa Gucwińskich „Z kamerą wśród zwierząt” i zanurzyłem się w to Retro TV.
Już sam pompatyczny początek - gromkie Jeszcze Polska!, husaria do boju! - wskazywał, że przeżycie będzie cokolwiek egzystencjalne. A potem było jeszcze lepiej - za mikrofonem egzaltowani Borek z Mielcarskim, przy linii niedający odpocząć od siebie niespełniony komentator Feddek - z wywiadami, których nie dało się uratować, na ławce przejęty i siwy jak sowa profesor Nawałka, na skrzydle natchniony Grosik z zaciętą miną „hurra, golić frajerów!” - wciąż w trybie turbo z zapomnianego benefisu sprzed dwóch tygodni. Jest aplauz, jest patos, no i samba! No jak nic gramy o mistrzostwo świata. Co tam świata! Ino czekać, jak nasz bohaterski astronauta Sławosz Uznański-Wiśniewski rozsławi nagranie z meczem w wymiarze kosmicznym, niech galaktyczne mikroby też znają wzorzec z Sevres sportowego show znad Wisły!
Nic to, że po drugiej stronie dostojnie toczyli się prawdziwi piłkarscy emeryci - jednak ta kanarkowa koszulka, synonim futbolowej perfekcji, robi swoje, nawet jeżeli na plecach zamiast Souza jak byk stało, że Kostka. Ciekawe, czy Hubert Kostka też się ubawił. Przypomniał mi się w tym momencie fikcyjny bohater słynnego przed 30 już laty sensacyjnego obrazu „Podejrzani”, niejaki Keyser Söze. O tym legendarnym, mitycznym wręcz złoczyńcy wszyscy w filmie mówią, wszyscy go znają, wszyscy się go boją, ale w rzeczywistości nikt go nie widział i nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Więc drodzy widzowie, nie wiem, czy naprawdę widzieliście państwo gola Souzy, Söze czy jednak Kostki.
Być może jakiś prawdziwy Kostka czekał tęsknie za linią boczną, bo zapłacił kosmiczne pieniądze, żeby przez kilka minut dzielić szatnię, koszulkę i murawę z Ronaldinho, ale się nie doczekał. Futbolowy geniusz, marketingowy wabik całej tej hucpy, opuścił plac po 70 minutach, i zniknął. Minuty leciały, czas uciekał, nogi się rwą, za nimi reszta, najwyższa pora skonsumować niepotrzebnie wydane 50 tysięcy, a tu pstro! Wkupni „canarinhos” stali więc ogłupiali, ale w końcu ruszyli ławą. A gdy już swoją nielichą masą zasilili człapiących emerytów z plaż Rio i Sao Paulo - co bystrzejsi naliczyli na murawie trzynastkę w kanarkowych trykotach - husarzy Nawałki właśnie wtedy strzelili gola, który dał nam zwycięski remis, czyli coś, w czym zawsze byliśmy najlepsi!
Widownia szaleje, Borek w ekstazie ściska się z Mielcarskim, Feddkowi z drżącej ręki wypada mikrofon, no więc jesteśmy mistrzami! Ale nie, czekaj, jeszcze rzuty karne! Zaraz, zaraz - jak to nikt nie wiedział? Konsternacja! Borek z Mielcarskim głupieją i milkną, Feddek zapowietrzony, kibice już w tramwajach. E tam, polskie marudzenie! Mało to razy na placu rozstrzygało się spory nawołaniem, które godziło wszystkich - no to elwer! Takich rzeczy nie da się zaplanować...
Jestem pewny: ten nieziemski show będzie kolejnym mitem w annałach folklorystycznego futbolu nadwiślańskiego, bo był jego idealnym miksem: odwiecznej i nieutulonej tęsknoty za Wembley i naszymi sukcesoklęskami z powszechnym uwielbieniem tych wszystkich 40-letnich Souzów, Amaralów czy Carlitosów, którymi piłkarscy baronowie na pęczki zasilają swoje ligowe zespoły, kosztem o 20 lat młodszych rodzimych Nowaków, Kowalskich czy Sarapatów. W sumie nic dziwnego, bo Polska to kraj starych ludzi coraz bardziej - demografia jest bezwzględna! - a tych sportowych już na pewno, i jeszcze najlepiej cudzych. Młodzi mają jeszcze czas, a jak jakiś boss duński, belgijski czy holenderski się skusi, to niech idą w świat - będzie na pensje dla Souzów, Amaralów czy Carlitosów. A młodzi niech się uczą, niech dalej dostają sążnisty łomot od rówieśników z Portugalii, Francji, Norwegii czy Słowenii - w futbolu, w handballu, w koszykówce, we wszystkim. Najwyżej za 20 lat zorganizujemy im na „megabryka.pl czymś tam” kosmiczne show, odegrają się wtedy za siebie i za nas, jak nic!
Kanarkowa koszulka, synonim futbolowej perfekcji, robi swoje, nawet jeżeli na plecach zamiast Souza jak byk stało, że Kostka… Fot. Marcin Bulanda/PressFocus