Reasumpcja po afrykańsku
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Nie wierzę, że to się dzieje. Nie piszę: stało, bo sprawa jest perspektywiczna – jedni się odwołują, drudzy się odwołują od odwoływań, wygląda na to, że dogrywka finału piłkarskich mistrzostw Afryki wciąż trwa. Dwa miesiące po szalonym meczu, w którym Senegal musiał wygrać nie tylko z reprezentacją Maroka, ale i ze stronniczym sędzią, panowie działacze z komisji odwoławczej zweryfikowali wynik na walkower i postanowili przyznać tytuł mistrzowski gospodarzom turnieju. Ale że jak, dwa miesiące debatowali nad interpretacją boiskowych wydarzeń, czy czekali, kto im da większą łapówkę? Brak słów, to już nawet nie jest przekręt, to jest metaprzekręt, Sadio Mane dyplomatycznie skomentował to wydarzenie mówiąc: „Świat zna prawdziwych mistrzów”. A ja sobie nie bardzo wyobrażam, jak teraz ma wyglądać ceremonia wręczenia pucharu - czy poprzedzi ją równie ceremonialne odebranie? Senegal ma teraz oddać premię za mistrzostwo (ponoć dziesięć milionów dolarów)? A jak nie oddadzą, to co – zostaną wykluczeni z CAF? A z FIFA też? Nie pojadą za karę na mundial? A Hakimi i jego ferajna będą teraz radośnie wznosić statuetkę? Przecież żaden szanujący się piłkarz do takiego mistrzostwa przy zielonym stoliku ręki nie przyłoży, nawet jeśli inteligencji brakuje, honor trzeba mieć. Przypomnijmy pokrótce, w czasach powszechnego zaniku pamięci krótkotrwałej, w czym rzecz. Tegoroczny finał Pucharu Narodów Afryki przejdzie do historii piłkarskich kuriozów także jako mecz o niewyobrażalnej, szekspirowskiej wręcz dramaturgii. To wyrównane spotkanie przebiegało bez ekscesów aż do czasu doliczonego, gdy ku rozpaczy gospodarzy Senegalczycy zdobyli gola. Zdobyli go prawidłowo, ale sędzia dopatrzył się przewinienia i bramki nie uznał. Gdyby taką bramkę zdobyło Maroko, kongijski arbiter bez wątpienia nie odważyłby się jej anulować. Chwilę później dopatrzył się faulu w polu karnym Senegalu i podyktował bardzo „miękki” rzut karny dla gospodarzy. Tego było już za wiele, na trybunach rozpoczęły się zamieszki, a piłkarze Senegalu zeszli z boiska na znak protestu i nie zamierzali dokończyć gry. Skończyłoby się to wszystko walkowerem i potężnym skandalem, gdyby nie Sadio Mane, dla którego to było pożegnanie z mistrzostwami Afryki – przez blisko kwadrans sam jeden nakłaniał swoich kolegów, żeby zachowali się jak mężczyźni i wrócili na murawę, pomimo tego, że sędzia zapowiedział, iż strzał z jedenastu metrów będzie ostatnim zagraniem meczu. W końcu Mane dopiął swego, jego kompani smętnie weszli na murawę, by patrzeć, jak przed bramkarzem Senegalu staje król strzelców całego turnieju Brahim Diaz, który miał tylko przypieczętować tryumf swojej drużyny. Tyle, że Diaz wykonał jedenastkę najgorzej w historii, po prostu lekko podając piłkę do rąk Edouarda Mendy’ego. Pozostanie tajemnicą, czy Marokańczyk nie uniósł presji, czy wyczuł szwindel i po prostu nie chciał wygrać nieuczciwie. Sensacyjnie zatem Senegal wrócił do gry i wykorzystał przewagę psychologiczną w dogrywce – zwycięską bramkę kropnął Pape Gueye, Senegal zwyciężył. A teraz uznano, że jednak nie, bo z boiska tak sobie gromadnie schodzić nie wolno. Ha, komuż z nas nie zdarzyło się w czasach podwórkowych grać w meczach najwyższej rangi, derbach międzyosiedlowych, szpilach nasz platz na wasz platz? Presja zwycięstwa była wtedy większa niż na co dzień, a z braku arbitrów częstokroć dochodziło do sytuacji spornych, w których koronnym okazywał się argument siły – mocniejsi w muskułach ogłaszali wtedy werdykt, a mocniejsi w gębie mówili „no to my już nie gramy”. Zaprawdę, pamiętam, że wiele takich gier kończyło się przed czasem z powodu zejścia z boiska drużyny pokrzywdzonej, która musiała się zadowolić moralnym zwycięstwem. W życiu bym nie podejrzewał, że taka sytuacja może mieć miejsce w finale mistrzostw kontynentalnych, rozgrywanym przez dwie futbolowe potęgi. Ale też w pełni rozumiem i popieram zachowanie drużyny Senegalu. Do dzisiaj nie mogę odżałować, że przekręcany w okrutny sposób przez drukarza Redzińskiego Górnik Zabrze w czerwcu 1994 nie zszedł do szatni przed czasem w ramach bojkotu. Legia nie potrafiła wygrać z Zabrzanami nawet z przewagą trzech zawodników, bo tak okroił skład Zabrzan pan sędzia, rozdając czerwone kartki pod byle pretekstem, a potem zakończył mecz przed upływem dziewięćdziesięciu minut, bo jeszcze by nie daj bóg Górnicy zdobyli kolejnego gola. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie trzymałem tak kciuków za odwiecznego rywala Ruchu, nie tylko dlatego, że Zabrzan trenował wtedy „niebieski” Edward Lorens. Legia dostała swoje mistrzostwo po niemal ćwierćwieczu posuchy w okolicznościach jeszcze bardziej skandalicznych, niż próbowała je zdobyć rok wstecz podczas „niedzieli cudów”. Fanatycy z Łazienkowskiej nie widzieli niczego dziwnego, ba, oni sobie dopisują do annałów także tytuł z roku 1993. Dla mnie Legia nie zdobyła żadnego z tych mistrzostw, to Górnik dzisiaj prowadzi w tabeli wszechczasów z piętnastoma tytułami, a Legia ma ich zaledwie czternaście. Takoż nikt mnie nie przekona, że piłkarskim mistrzem Afryki jest Maroko. Mam swoje historyczne rankingi niepodatne na szwindle i szalbierstwa.
Tak skończył się ostatni finał Pucharu Narodów Afryki. To co: teraz puchar będą wręczać jeszcze raz? Fot. Imago/Press Focus
