Przyjechał, zagrał, pojechał
Z DRUGIEJ STRONY - Kacper Janoszka
Absolutnie nie zdziwiło mnie to, w jaki sposób został przyjęty w Polsce Ronaldinho. Brazylijczyk jest częścią popkultury, kimś więcej niż tylko i wyłącznie piłkarzem. Jest zawodnikiem, który był idolem wszystkich dzieci na początku XXI wieku. Nie byłem więc w szoku, gdy na Stadionie Śląskim zobaczyłem ponad 55 tysięcy ludzi, którzy chcieli zobaczyć tego geniusza w akcji. Towarzyski mecz z jego udziałem wzbudził znacznie większe zainteresowanie niż mecz pożegnalny Kamila Grosickiego w barwach reprezentacji Polski przeciwko Mołdawii, który odbył się na początku czerwca (36357 widzów). Ronaldinho to legenda futbolu. W swoim czasie uchodził za jednego z najlepszych w historii. Kibiców rozbrajał uśmiechem, a przeciwników nietuzinkowymi zwodami. Miał w sobie coś, czego brakuje piłkarzom obecnych czasów. Jest przedstawicielem futbolowego nurtu joga bonito. Z piłką na boisku potrafił zrobić po prostu wszystko. I to właśnie tacy piłkarze zapamiętywani są przez kibiców na lata. Brazylijczykowi nikt nie zapomni tego, w jaki sposób wychował kolejne pokolenie ludzi zakochanych w tej cudownej dyscyplinie.
Jasne, w sobotę Ronaldinho nie przypominał już tego samego zawodnika Barcelony, który był dynamiczny, który radził sobie z każdym obrońcą. Był tylko i wyłącznie emerytowanym piłkarzem, który przeszedł przez mecz w trybie oszczędzania energii. Nie wdawał się w pojedynki fizyczne. Co więcej, widać było, że śmiał się pod nosem, gdy widział bojowe nastawienie polskich reprezentantów, którzy potrafili podostrzyć rywalizację. Ogólnie na większości zdjęć, które zrobiono mu w sobotni wieczór, uśmiecha się. To jego cecha charakterystyczna. Gdy tylko jest na boisku, gdy tylko ma futbolówkę przy nodze, jest w świetnym humorze. To człowiek stworzony do tego, żeby grać w piłkę.
Delikatnie zniesmaczeni mogą być ci, którzy zauważyli, w jaki sposób Ronaldinho traktował całe wydarzenie. Poza tym, że wybiegł na boisko, rzadko pokazywał się polskim kibicom. I choć była to jego impreza, o nazwie „Ronaldinho Show”, nie dotrwał do jej końca. Gdy zszedł z boiska w 72 minucie, nie udał się na „ławkę rezerwowych”, którą były sofy rozstawione przy linii bocznej. Od razu ruszył do szatni i… tyle go widzieli. Zapewne chciał uniknąć próśb o zdjęcia i autograf. To w pełni rozumiem, bo gdyby miał zrobić przyjemność każdemu, kto tego chciał, zapewne do dzisiaj nie opuściłby Chorzowa. Nic by się mu jednak nie stało, gdyby zrobił szybką rundkę dookoła stadionu razem ze swoimi bodyguardami, pomachał kibicom i wyszedł. To zresztą było w planie przed meczem, gdy miał siedzieć na pace pickupa i przejechać przez bieżnię stadionu, witając kibiców. Plan z nieznanego powodu do skutku nie doszedł, więc małym substytutem byłoby szybkie przebiegnięcie dookoła murawy po zejściu z niej. Ronaldinho tego jednak nie zrobił. Rozumiem go, bo jest gwiazdą i może robić, co chce. Korona by mu jednak z głowy nie spadła, gdyby poświęcił 5 minut na godne pożegnanie się z kibicami, którzy wypełnili po brzegi gigantyczny Stadion Śląski i którzy zapłacili za to, żeby po raz pierwszy (i może ostatni) w życiu zobaczyć swojego idola na żywo.