Sport

Przyjdzie książę i wyrówna?

BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk

Dawno, dawno temu, kiedy trenerską schedę po Pawle Janasie przejmował Holender Leo Beenhakker, zdarzyło mi się popełnić wypracowanie, które zatytułowałem „Przyjdzie Leo i wyrówna”. To był 2006 rok, znaczony nieudanym występem w finałach mistrzostw świata w Niemczech - to wtedy narodziła się słynna triada: „mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor” - nastroje więc wówczas wokół reprezentacji Polski panowały mniej więcej takie same, jak dzisiaj, czyli podłe...

No i właśnie (w zamierzeniach) Beenhakker miał to wszystko posprzątać, uporządkować, wlać nadzieję, dodać otuchy, wprowadzić zachodnie standardy, dzięki czemu polska piłka miała się odbić od dna.

Ośmieliłem się wtedy zareagować rezerwą – choć bardzo to było nie na czasie - na ten ogólny przypływ euforii z przekonaniem, że jeden człowiek, choćby najbardziej utalentowany, choćby z nie wiadomo jakim autorytetem i nie wiadomo z jakimi dokonaniami w przeszłości, nie jest w stanie wyczyścić... Czego? Niektórzy mówili o stajni Augiasza; skądinąd środowisko piłkarskie, i nie tylko ono, wciąż jeszcze leczyło rany po aferze korupcyjnej, której poszczególne wątki wciąż jeszcze obijały się po różnych wokandach, zapadały też wyroki. Rzecz w tym, że to nie była jedna stajnia Augiasza, było ich dużo więcej, nie tylko w wymiarze prawnym, również organizacyjnym, sportowym, a i mentalnym. Beenhakker nie był w stanie sobie z tym poradzić, a ponieważ - co tu dużo mówić - jego cechy osobowościowe też nie ułatwiały mu funkcjonowania w polskiej piłce, więc jego aktywa skończyły się na awansie do finałów Euro 2008, na których rozegraliśmy - a jakże - „mecz otwarcia, o wszystko, o honor”, a pożegnano go po sławetnym laniu w Słowenii wykluczającym awans do finałów mistrzostw świata 2010.

Leo przyszedł, nie wyrównał, odszedł, choć - przynajmniej niektórzy w polskiej piłce - wdzięczną pamięć o nim zachowali.

Dziś słychać poważne głosy poważnych ludzi (tych, co się niby znają), że znów pora na zagranicznego trenera dla polskiej reprezentacji. Czyli że mógłbym napisać kolejne wypracowania. Na przykład pod hasłem „Przyjdzie Gareth i wyrówna”. Albo „Przyjdzie Nenad i wyrówna”. No i trochę się pośmiać. No i trochę powysmucać. No i trochę poprzyczepiać. Głównie a propos naiwnego myślenia, że pojawi się jeden facet i od tego momentu nasza kadra zacznie grać jak Barcelona albo inne PSG, że obrona stanie się tak szczelna jak nigdy w przeszłości, że Zieliński wreszcie stanie się królem środka pola na miarę Deyny albo Szołtysika, że Lewandowskich to będziemy mieli co najmniej trzech, mocno ze sobą rywalizujących, ale nade wszystko bardzo się kochających. I w ogóle ta nasza kadra stanie się obiektem zazdrości dla całego świata.

W dłuższej perspektywie u źródeł tego będzie fantastyczne szkolenie dzieci i młodzieży, prowadzone w luksusowych ośrodkach przez największe byłe gwiazdy polskiej piłki, oczywiście bardzo godnie wynagradzane. Dzięki temu nasze dzieci przestaną ustępować w technice rówieśnikom z Brazylii lub Hiszpanii, a ponieważ siłą charakterów – zgodnie z duchem polskiej husarii - będą ich przerastać, więc nareszcie nadejdzie złota biało-czerwona era. Najpierw będzie się ona odznaczała spuszczaniem manta juniorom i młodzieżowcom na przykład z Portugalii i Francji (o Gruzji nie ma nawet co mówić), a następnie dominowaniem nad Argentyną, Anglią, Niemcami... A co tam - w ogóle nad całym światem.

No, tylko jakiś Gareth bądź inny Nenad albo wręcz Pep czy Luis muszą się podjąć tego wyzwania i po swojemu zaczarować te cudowne zakątki nad Wisłą. Jak wszechmocne książęta na białych koniach.

Historia magistra vitae est - historia jest nauczycielką życia. Tego mnie za zamierzchłych czasów uczono i... nie wiem, czy była to nauka słuszna. Patrząc wyłącznie z perspektywy piłkarskiej (choć jeszcze parę dołujących u nas dyscyplin sportu by się znalazło) żadnej nauki z historii nie wyciągamy i tym bardziej nie jesteśmy w stanie przełożyć jej na codzienność. Mało tego, musimy godzić się z tym, że świat nam coraz bardziej odjeżdża, że na tle innych nacji stajemy się sportowym pariasem. I to dlatego zmuszeni jesteśmy sobie powtarzać, że ktokolwiek przyjdzie, niczego nie wyrówna.