Prezes jak hejter
Z DRUGIEJ STRONY - Tomasz Mucha
Kłamstwa, w których nie ma nawet cienia prawdy, bzdura; osoba aspołeczna, konfliktowa - tego rodzaju określeniami skwitował Andżelikę Wójcik, jedenastą zawodniczkę igrzysk olimpijskich na dystansie 500 metrów, prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, Rafał Tataruch. Grubo.
Co wzbudziło tak ostrą reakcję działacza? Sportsmenka udzieliła wywiadu Eurosportowi, w którym bardzo ogólnie odniosła się do swoich przygotowań olimpijskich. Zacytujmy: „W tym sezonie przygotowywałam się sama, byłam bez trenera. Jest to przykre, po prostu. Dlaczego tak się stało? Nie wiem, o to trzeba pytać osób wyżej. Oni na pewno będą mieli jakieś zdanie na ten temat. Takie kwestie mogą być sporne i są trudne”.
Gorzko, ale tylko tyle - nic więcej. Andżelika Wójcik była tuż po swoim olimpijskim starcie, mówiła „na gorąco”, pod wpływem emocji i rozczarowania uzyskanym wynikiem, ale nie było w tym żadnego personalnego ataku, jedynie ogólna refleksja. Oczywiście aluzja do „zaniechań” działaczy federacji jest jasna i czytelna, ale widać wyraźnie, że zawodniczka raczej gryzie się w język niż wali prosto z mostu. Waży słowa. Ogólnie nakreśla pewien konflikt, opisuje własne uczucia, ale mimo wszystko nie atakuje. Co więcej: wyraźnie zaznacza, że druga strona może mieć „jakieś zdanie”, i że to są sprawy „sporne” i „trudne”.
Co robią w tej sytuacji działacze? Oczywiście - uderz w stół, nożyce się odezwą, a te nożyce tną ostro niczym brzytwa - bez pardonu! Zacytujmy jeszcze raz z oświadczenia związku: „bzdura, kłamstwo, ani cienia prawdy”. Z tego samego oświadczenia, ale już za PAP: „konfliktowa osoba” (zapewne to sformułowanie zostało później z tego oświadczenia usunięte). I jeszcze w rozmowie dla Eurosportu: „osoba aspołeczna”, „pokłóciła się ze wszystkimi trenerami”, „kłóci się ze wszystkimi”, „próbuje zrzucić (Wójcik - przyp. TM) winę i obarczyć wszystkich innych, tylko nie siebie”.
Przyznam, że jestem zaszokowany. Czy to naprawdę jest adekwatna odpowiedź prezesa związku - a więc szefa - na mocno ogólny zarzut podopiecznej o „braku trenera”? Zastanawiam się, czy osoba na najwyższym stanowisku w dyscyplinie nie powinna jednak - choćby wzorem zawodniczki - bardziej ważyć słowa, nawet jeżeli jej aluzje i zarzuty uznaje - ma prawo - za bezpodstawne albo przynajmniej niezasłużone? Czy w takiej sytuacji - na oczach opinii publicznej, na forum - szef ma jakiekolwiek prawo zaatakować ad personam swojego pracownika? Zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak łatwo kogoś oszkalować, pomówić, znieważyć - odważni w internecie i anonimowi na ogół hejterzy tylko czekają na takie „smaczki”. Tutaj mamy prezesa, który sam wystawia swojego pracownika na odstrzał. Czy naprawdę o to chodziło?
Nie czuję się w roli adwokata wszystkich sportowców, każdy przypadek jest inny - są tylko ludźmi ze swoimi wadami i ułomnościami - ale to oni są wystawieni na pierwszą linię strzału. Od tego, jak się zaprezentują, co osiągną lub co im się nie uda, zależy, czy będą wychwalani pod niebiosa, czy spadną w czarne odmęty anonimowego hejtu, wyzwisk, „dobrych rad”, a nawet gróźb. Nie trzeba sięgać daleko: kilka dni temu fala okrutnego i bezwzględnego jadu spadła na skaczącą na nartach Polę Bełtowską, 19-letnię ledwie sportsmenkę, która w olimpijskim debiucie może nie poradziła sobie zbyt dobrze, ale czy to powód, żeby od razu niszczyć człowieka?
Dlatego uważam, że prezes PZŁS przekroczył granice. Jego skandaliczne słowa to dla mnie podstawa do wytoczenia przez Andżelikę Wójcik Rafałowi Tataruchowi prywatnego pozwu o zniesławienie i pomówienie.
Jednocześnie nie rozstrzygam tu, czy Andżelika Wójcik ma uzasadnione pretensje, że w najważniejszym okresie dla sportowca przygotowującego się do najważniejszej imprezy czterolecia „została sama”. Mamy dwie strony medalu, dwie racje, które trudno ot tak rozstrzygnąć, nie znając wszystkich faktów - mamy słowo za słowo, ale to prezes jest dla zawodniczki, a nie na odwrót - to on powinien zgasić pożar w zarodku albo sprawić, by reprezentantka Polski nie raczyła nas na igrzyskach takimi opowieściami. Gdyby nie Andżelika Wójcik, a także Władimir Semirunnij czy Damian Żurek, to Rafał Tataruch mógłby sobie do Mediolanu polecieć co najwyżej na wycieczkę - za prywatne pieniądze.
Nie wykluczam, że prezes PZŁS nawet ma rację albo przynajmniej jego działania podjęte w stosunku do szkolenia Andżeliki Wójcik się bronią; że zrobił wszystko, albo bardzo dużo, by sportsmenka miała odpowiednie warunki w olimpijskich przygotowaniach - a to ona z jakichś powodów sama z tych możliwości zrezygnowała.
Jak więc widziałbym stanowisko prezesa, czy szerzej władz federacji, na jej słowa? Może tak: „nie zgadzamy się ze stanowiskiem pani Wójcik, prawda naszym zdaniem jest bardziej złożona i nieco inna, porozmawiamy wkrótce z zawodniczką i postaramy się wspólnie wyjaśnić sporne kwestie, a następnie możliwie szybko przedstawimy nasze stanowisko opinii publicznej”. Mniej więcej tak, ale możliwości ubrania w słowa dyplomacji jest wiele. Oczekiwałbym - podkreślam to - dyplomacji właśnie, a nie ferowania wyroków i atakowania sportowca, którego federacja sama delegowała do reprezentowania nas na igrzyskach olimpijskich. Wstydź się, prezesie!
