Predykcje pełne pewności
KOMENTARZ „SPORTU" - Kacper Janoszka
Niesamowita jest podróż Falubazu Zielona Góra w trakcie tego sezonu. Początkowo podopieczni Piotra Protasiewicza zawodzili, a na pierwszy plan wysuwał się Leon Madsen, który nie potrafił odnaleźć szybkości w motocyklu. Dużo dyskutowano na temat tego, że zmienił tunera, że powinien wrócić do rozwiązań, które zna i które prowadziły go do sukcesów przez lata. Duńczyk miał być przecież liderem, a stał się rozczarowaniem.
Gdy jednak Madsen uporał się ze wszystkimi problemami, Falubaz stał się silny. Zaczął regularnie wygrywać i piął się w tabeli. W końcu wypracował taką przewagę, że był niemal pewny jazdy w play offie. Pewność bywa jednak zgubna. Zielonogórzan spotkał pech w postaci kontuzji Przemysława Pawlickiego. A to właśnie on był sercem drużyny. To on w dużej mierze powodował, że Falubaz wygrywał. Wciąż nie wiadomo, jak długo potrwa jego absencja. A przecież to jeszcze nie wszystko, bo wczoraj przed meczem ze Spartą Wrocław podczas próby toru upadek zaliczył junior Damian Ratajczak. Zdobywał on ważne punkty dla zespołu, ale w starciu z przyjezdnymi z Dolnego Śląska nie mógł wystąpić – został błyskawicznie zabrany do szpitala. Pocieszające dla fanów Falubazu w jego sytuacji jest to, że nie doznał żadnych złamań i tego samego dnia wrócił do domu. Nie wymaże to jednak porażki ze Spartą.
Tym samym Falubaz znajduje się aktualnie na czwartym miejscu. Ma trzy punkty przewagi nad GKM-em Grudziądz. Grudziądzanie mają natomiast jeden mecz zaległy. Co to oznacza? Cóż, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest wypadnięcie Falubazu poza play off. W ostatniej kolejce zielonogórzanie przyjadą do Lublina na spotkanie z Motorem. Tylko cud mógłby sprawić, że zawodnicy Piotra Protasiewicza pokonaliby mistrzów Polski i to niezależnie od tego, czy wystąpią Przemysław Pawlicki i Damian Ratajczak. Lublinianie są po prostu za silni. Z kolei przed grudziądzanami mecz z Rybnikiem na wyjeździe, który w teorii powinni wygrać. Już po tym potencjalnym zwycięstwie zrównają się punktami z Falubazem i wyprzedzą go dzięki dodatniemu bilansowi małych punktów. Co więcej, w ostatniej kolejce GKM podejmie Włókniarza Częstochowa, którego na początku sezonu pokonał na wyjeździe 51:39. W teorii grudziądzanie w dwóch najbliższych meczach powinni zdobyć sześć punktów, a zielonogórzanie zero. Wykonujemy prosty rachunek i wiemy, że GKM zagra w play offie z Motorem Lublin, KS-em Toruń i Spartą Wrocław, a Falubaz będzie walczył w play downie z Włókniarzem Częstochowa, Stalą Gorzów i ROW-em Rybnik.
Skoro już pobawiłem się w predykcje na temat ostatnich dni fazy zasadniczej bieżących rozgrywek, zaryzykuję też stwierdzenie, że moje przewidywania będą trafione. Nie pomylę się. A to z kolei powoduje we mnie złość na to, że ekstraliga jest niesamowicie przewidywalna. Od tygodni wiem, że Motor Lublin będzie mistrzem Polski. Od miesięcy wiem, że żaden inny zespół nawet nie otrze się o to, żeby być blisko odebrania tytułu ekipie Macieja Kuciapy. Od początku sezonu wiem, że ROW Rybnik będzie walczył o utrzymanie ze Stalą i Włókniarzem (załóżmy, że jeszcze nie wiemy, który z tych zespołów spadnie). Jedynymi elementami, które sprawiają, że możemy liczyć na zaskoczenie, są kontuzje, jak w przypadku Przemysława Pawlickiego z Falubazu. Tak też było na przykład w starciu rybniczan z częstochowianami, gdy meczu nie ukończyli Mads Hansen i Piotr Pawlicki. Włókniarz zmierzał ku zwycięstwu, a przez kontuzje dwóch żużlowców w trakcie rywalizacji musiał pogodzić się z porażką na Górnym Śląsku. Gdyby żużel nie był tak kontuzjogenną dyscypliną sportową, praktycznie bylibyśmy pozbawieni elementu zaskoczenia w ekstralidze. A przecież wszyscy wolelibyśmy być zaskakiwani w bardziej sportowy, mniej przykry – szczególnie dla zawodników – sposób.