Polka wyrwała boginię ze snu
Magdalena Fręch pozbawiła złudzeń wracającą na światowe korty i o 17 lat starszą Venus Williams. W nocy łodzianka grała o półfinał w Waszyngtonie z Jeleną Rybakiną.
Tenisistka Górnika Bytom po raz pierwszy w tym sezonie awansowała do ćwierćfinału turnieju WTA. Fot. x.com/mubadalacitidc
Rozstawiona z „piątką” tenisistka Górnika Bytom wywiązała się doskonale z roli faworytki, choć przecież mogła łatwo polec… już przed meczem. Magdalena Fręch nie zlękła się jednak legendy tenisa, nie poddała atmosferze uwielbienia dla fetowanej w stolicy USA rywalki, nie zgięła kolan - zagrała za to pewną ręką, z chłodną głową i w świetnym stylu wyrzuciła z turnieju WTA 500 Mubadala Citi DC Open na twardych kortach w Waszyngtonie 45-letnią Venus Williams. Po godzinie i 13 minutach, gdy siedmiokrotna mistrzyni wielkoszlemowa w singlu drugą piłkę meczową wyrzuciła w aut, łodzianka zapisała na swoim koncie rezultat 6:2, 6:2.
Ja za 17 lat? Nie ma szans!
Potem panie ładnie się do siebie uśmiechnęły przy siatce, zamieniając kilka słów. Fręch przyznała w rozmowie na korcie, że mecz był dla niej wyzwaniem.
- Ona jest supergwiazdą, tutaj traktuje się ją jak boginię, więc to był dla mnie bardzo emocjonalny mecz. To był naprawdę świetny pojedynek i ogromny zaszczyt z nią zagrać – powiedziała 24. w światowym rankingu Polka.
Jak dodała, nie potrafi sobie wyobrazić, by za 17 lat, gdy będzie w wieku Amerykanki, wciąż biegała po korcie. - Nie ma szans! - skwitowała z uśmiechem.
Nic do powiedzenia
Podopieczna Andrzeja Kobierskiego zakończyła tym samym piękny sen bogini tenisa. We wtorek grająca z dziką kartąVenus pokonała w 1. rundzie młodszą o 21 lat rodaczkę Peyton Stearns (35. WTA) i została najstarszą zawodniczką, która wygrała mecz w WTA Tour od 21 lat. Starsza była tylko pochodząca z Czech jej rodaczka Martina Navratilova, która w 2004 roku wygrała jako 47-latka.
Jednak toczone w świetle jupiterów starcie z Fręch miało zupełnie inny przebieg. Podczas gdy Stearns oddawała Williams punkty po niewymuszonych błędach - popełniła ich aż 41 - druga najwyżej notowana Polka w rankingu po Idze Świątek grała wyjątkowo równo i pewnie. Od stanu 1:2 w pierwszym secie wygrała 7 kolejnych gemów.
Williams nie miała nic do powiedzenia. Owszem, kilka razy dała próbkę nieprzeciętnych umiejętności, wprawiając publiczność w zachwyt potężnymi uderzeniami z głębi kortu. Amerykanka miała jednak problem z wyczuciem dystansu i często piłka lądowała poza linią - w całym meczu pomyliła się aż 32 razy, popełniła też 5 podwójnych błędów serwisowych. Zerwała się jeszcze raz i przełamała podanie Polki w drugim secie na 2:4, ale po chwili Fręch zrewanżowała się tym samym, a w kolejnym gemie przypieczętowała sukces.
Piruet obowiązkowy
Schodzącą z kortu Amerykankę żegnała owacja na stojąco i okrzyki: „Venus, Venus, Venus!”, na co tenisistka odpowiedziała szerokim uśmiechem oraz tradycyjnym piruetem i machnięciem ręką, którymi przez wiele lat fetowała swoje liczne zwycięstwa.
Dzień wcześniej Williams i Hailey Baptiste odpadły w 2. rundzie debla i tym samym pierwszy od 16 miesięcy występ Venus w zawodowej rywalizacji dobiegł końca. Szansę na kolejny będzie miała niebawem w Cincinnati, ponieważ otrzymała od organizatorów „dziką kartą” - to będzie ostatni sprawdzian przed rozpoczynającym się 24 sierpnia wielkoszlemowym US Open w Nowym Jorku. - Nigdy nie pożegnamy się z Venus Williams, prawda? - z nadzieją w głosie wybrzmiał na koniec stadionowy spiker.
Pierwsza ósemka od jesieni
Tymczasem statystki łodzianki były bardzo dobre - tylko 10 niewymuszonych błędów, przy 9 uderzeniach kończących. Według Fręch sposobem na utytułowaną rywalkę był skuteczny serwis i urozmaicona gra.
- Wygrałam sporo punktów pierwszym podaniem i starałam się, by biegała, dlatego ciągle grałam w różnych kierunkach, trochę drop shotów, trochę slajsów. Myślę, że od strony taktycznej grałam naprawdę dobrze - cieszyła się Polka, która awansowała do swojego pierwszego ćwierćfinału w tym sezonie; ostatni raz dotarła do tego etapu turnieju w październiku ub. roku podczas „tysięcznika” w chińskim Wuhan.
Zwycięstwo jest cenne tym bardziej, że Fręch w tym tygodniu broni 163 pkt za ubiegłoroczny finał WTA 250 w Pradze. Za start w Waszyngtonie na jej konto wpadnie co najmniej 108 pkt. i utrzyma się w Top 25 rankingu.
Do trzech razy…?
Teraz łodzianka powalczy o trzecie z rzędu zwycięstwo, czyli coś, czego również nie osiągnęła od jesieni. W piątek w nocy czasu polskiego jej rywalką o półfinał była turniejowa „trójka”, Jelena Rybakina (12. WTA). Z urodzoną w Moskwie, a reprezentującą od 2019 roku Kazachstan zawodniczką, Fręch przegrała obie dotychczasowe potyczki, m.in. przed rokiem w trzech setach w Dubaju. Do trzech razy sztuka?
Z turniejem jeszcze przed ćwierćfinałami pożegnały się dwie najwyżej w nim rozstawione - „jedynka” Jessica Pegula uległa Kanadyjce Leylah Fernandez, a „dwójka” Emma Navarro Greczynce Marii Sakkari. Porażka Peguli (4. WTA) oznacza, że pauzująca w minionym tygodniu Iga Świątek pozostanie na 3. miejscu w rankingu. A w przyszłym tygodniu mistrzyni Wimbledonu wraca do rywalizacji w Montrealu (WTA 1000).
Tomasz Mucha
4 MISTRZYNIE Wielkiego Szlema pokonała już Magdalena Fręch - oprócz Venus Williams na jej „rozkładzie” są także Czeszka Petra Kvitova (Charleston 2022), Amerykanka Sloane Stephens (Strasburg 2024) oraz Białorusinka Wiktoria Azarenka (Rzym 2025).
„Hubi” odpada z US Open
Hubert Hurkacz nie zagra w ostatnim tegorocznym wielkoszlemowym turnieju US Open - poinformowali organizatorzy imprezy zaczynającej się 24 sierpnia. 28-letni wrocławianin 30 czerwca przeszedł drugą w ciągu roku operację kolana - z powodu podrażnienia błony maziowej. Z tego powodu wycofał się z Wimbledonu, a także z turniejów ATP 1000 w Toronto i Cincinnati. W ciągu roku „Hubi” spadł w światowym rankingu z 6. miejsca na 38. Do września straci kolejne 400 punktów za ćwierćfinały w Kanadzie i stanie Ohio (po 200) oraz 50 „oczek” za 2. rundę US Open.