Podwójny „czterdziestolatek”
REMANENT - Jerzy Chromik
80 lat? Z jednej strony można pozazdrościć, a z drugiej cieszyć się, że nie mam aż tyle. Tak czy owak – piękny wiek! Moje życie, jak każdego Czytelnika, to też nierówna walka z kalendarzem. Dystans skraca się nam w sposób zastraszający, a w moim przypadku to nawet odbija się w długości tytułów prasowych, w których pisałem. Zacząłem w 1982 w tygodniku „Sportowiec” (rocznik 1949), a skończę w „Sporcie” (rocznik 1945)?
Każdy jubileusz to powód do świętowania i odkurzenia nadwyrężonej już pamięci. Nie ma bodaj piękniejszego tytułu dla każdego kibica niż „Sport”. Zawiera wszystko w nazwie. Zbędny i złośliwy nieco jest przymiotnik katowicki, dodawany ze względu na miejsce pracy dziennikarzy. Taki „PS” też zaczął od Krakowa, a nikt nie dodaje dziś krakowski ani warszawski.
Kibice mieli „od zawsze” trzy gazety: „Sport”, „Przegląd Sportowy” i „Tempo”. Prawdziwy sympatyk kupował wszystkie. Ja też i prawie od dziecka. Daleko od Katowic i Krakowa, bo w Radzyniu Podlaskim, dwa z nich można było dostać dopiero dzień później, bo do mojego kiosku droga była dłuższa niż do Warszawy. Dlaczego chciałem mieć je wszystkie? Bo dziennikarze każdej gazety patrzyli inaczej na sport i oferowali trochę inne, niekoniecznie tylko regionalne spojrzenie. Lubiłem je, choć na komplet nie zawsze wystarczało kieszonkowe.
Dla urodzonych w Warszawie definicja „terenu” jest od wieków oczywista. To wszystko, co jest poza stolicą. Stołecznocentryzm mnie nie dotyczy, więc gdy Szwajcar Marquard podjął próbę kupienia i podporządkowania sobie trzech tytułów prasy, to mimo pracy w „PS” szczerze kibicowałem „Sportowi”, bo on jeden się postawił i nie dał wchłonąć korporacji tak jak „Tempo”. A potem zlikwidować, bo magnat medialny miał kaprys i dążył do zmonopolizowania rynku prasy sportowej. To godne podziwu, że właśnie dziennikarze z Katowic woleli pójść na niepewne swoje niż ulec pokusie bycia w niby wielkim koncernie.
Z „Tempem” zawsze będzie mi się kojarzył wierszyk Maćka Biegi, mojego opiekuna stażu, a potem mentora. Rymowanka zawierała prawie wszystkie nazwiska pracujących w nim redaktorów: – Mrówka tudzież Olszówka, Godny Wicherek wieje na Kołtun Niemca, hej! To nie jest powód do dumy, ale składu redakcyjnego „Sportu” nie znam do dziś aż tak dobrze. Najbliżej mi było zawsze do Andrzeja Grygierczyka (bez kokieterii i kurtuazji) i niech tak pozostanie. Nie tylko dlatego, że w zimowe poranki podejmował w redakcji kawą lub herbatą. I to od pierwszej delegacji na Górny Śląsk. Cenię go, bo mówił i pisał zawsze „moim” językiem. Bawił się słowem tak jak ja.
Gazeta „Sport” jest od dawna kultowa. Zagrała w niejednym filmie. Ot, choćby w tym mi najbliższym, z Grundolem. Przecież to ją trzymał w rękach reżyser Janusz Zaorski, który obsadził się w roli cinkciarza w „Piłkarskim pokerze”. A gdy po latach odwiedziłem w Lubuskiem sędziego Krzysztofa Czemarmazowicza, laureata „Kryształowego gwizdka”, bodaj z 1986, to przypomniałem sobie, jak wiele stałych rubryk i rankingów budzi sentyment i przywołuje wspomnienia.
Gdy przeszedłem na emeryturę w 2021, to obiecałem sobie i najbliższym, że to koniec z pisaniem. Zająłem się „Remanentem” tego, co przez 40 lat napisałem. Nawet esemesów nie chciało mi się wtedy wysyłać! O mailach nie wspominając. Ale gdy na Placu Trzech Krzyży w Warszawie pojawił się nowy właściciel Ryszard Halemba i zaproponował felieton, to nie mogłem odmówić. Po prostu cenię „Sport”! Tego podwójnego „czterdziestolatka”, co się nawet Szwajcarom nie kłaniał...
Reżyser Janusz Zaorski ze „Sportem”. Dobra pożywka dla legendarnego filmu "Piłkarski poker"? Jerzy Chromik był jego współscenarzystą. Fot. archiwum ag
