Piwo to jego paliwo
Lukas Hradecky rozegrał właśnie 100. mecz dla reprezentacji Finlandii. Kapitan Puchaczy to postać dobrze znana w europejskim futbolu... także z racji upodobań degustacyjnych.
Robił, co mógł, ale w meczu z Holandią Lukas Hradecky (z lewej) wpuścił gola od Memphisa Depaya (z prawej). Fot. PAP/EPA
FINLANDIA
Kto by pomyślał, że kluczowy z perspektywy jutrzejszego meczu reprezentacji Polski był turnus fińskiej drużyny siatkarskiej Ruskon Pallo w przechodzącej zmiany ustrojowe Czechosłowacji. Prezes klubu Vesa Mäkinen wypatrzył wtedy utalentowanego zawodnika, którego zapragnął mieć u siebie. Był nim Vladimir Hradecky, ojciec Lukasa, który urodzony 24 listopada 1989 w Bratysławie miał wówczas mniej więcej roczek. Rodzina początkowo nie planowała gościć w Finlandii dłużej niż 2-3 lata, ale postkomunistyczna rzeczywistość okazała się wystarczającym argumentem, by pozostać jednak na dalekiej północy, w miejscowości Runosmaki, w okolicy miasta Turku, położonego ok. 200 km na zachód od Helsinek. Tam zaczęła się przygoda Lukasa Hradecky'ego.
Po prostu leniwy
Rodzina słowackich imigrantów nie była bogata, stąd Lukas nie mógł myśleć o rozpoczęciu kariery hokeisty, która wymagałaby większych nakładów finansowych. Nie bał się różnych dyscyplin sportowych, ale poszedł w kierunku piłki nożnej, gdzie z pomocą wprawnego ojcowskiego oka okazało się, że lepiej niż w roli napastnika sprawdzi się w roli tego, który zapobiega traceniu goli. – Gdy poszedł do bramki, widać było, że tam jest jego miejsce. Podobało mu się – mówił Vladimir. Sam Lukas z kolei mówił później, że na grę w polu był... po prostu zbyt leniwy, bo nie lubił biegać. Gry uczył się w ulicznych bądź szkolnych warunkach, wielokrotnie broniąc uderzenia oddawane piłką do tenisa. Ci, którzy go znają, wskazują na jego humor, entuzjazm, luz. Im bliżej był dorosłości, tym mocniej stawiał na piłkę, skończył liceum i zdał maturę, ale w tamtym czasie w szkole był już coraz rzadziej – futbol zajmował większość jego życia, jeździł na zgrupowania reprezentacji młodzieżowych. Występował w klubie Turun Palloseura, gdzie wypatrzyli go duńscy skauci Esbjerga. Trafił tam krótko po 19. urodzinach i po pewnym czasie został numerem jeden. W 2013 roku walnie przyczynił się do zdobycia Pucharu Danii, pierwszego tytułu Esbjerga od mistrzostwa z 1979 roku. Został wybrany bramkarzem roku i nie mogło być inaczej – skusiło się na niego silne Brondby.
Otwarta puszka
Hradecky z nową drużyną nie odniósł żadnych wymiernych sukcesów, ale spisywał się na tyle dobrze, że latem 2015 za 2,5 mln euro wziął go do siebie Eintracht Frankfurt. Fin miał niełatwe zadanie wejść w buty Kevina Trappa, którego kupiło PSG. Od początku spodobał się kibicom. Gdy transfer został ogłoszony, golkiper przebywał akurat w ojczyźnie. Siedział w knajpie z kilkoma kumplami, kiedy Eintracht poprosił go o nagranie krótkiego filmiku powitalnego. – Jasne, mogę nagrać, ale nie odstawię z tego powodu piwa – mówił po czasie Lukas Hradecky. Gdy klepał sztampowe formułki, obok niego stała otwarta puszka. Na koniec wziął z niej sporego łyka i zakończył: – Na zdrowie!
Pod piwno-piłkarskim względem lepiej niż do niemieckiej Bundesligi trafić chyba nie mógł.
Nie można żyć zbyt zdrowo
Piwo i Hradecky to połączenie mocniejsze niż... Wojciech Szczęsny i papierosy. Anegdot z tym związanych jest tyle, że można by pisać i pisać. – Zawsze mówię, że zawodowiec nie może żyć zbyt zdrowo i ascetycznie. Delektowanie się i ciężka praca to mój przepis na sukces. Piwo to przecież zwykła dieta izotoniczna – wzruszył ramionami w rozmowie z 11Freunde. Kiedyś opowiadał też, że kiedy w trakcie meczów niewiele dzieje się pod jego bramką, zastanawia się, czy... w lodówce ma jakieś piwo. Kiedy razem z Eintrachtem wygrał Puchar Niemiec, pokonując Bayern Monachium, oczywiście świętował to sporą ilością piwa – i zasnął w restauracji McDonald's. Od siedmiu lat jest z kolei jedną z najważniejszych postaci Bayeru Leverkusen, z którym jako kapitan w 2024 roku przerwał hegemonię Bayernu i zdobył mistrzostwo Niemiec. Co robił po zdobyciu tytułu? – Teraz będę pił piwo.
Jakżeby inaczej.
Król rzutów karnych
Błędem byłoby jednak myślenie, że Hradecky to jakiś parodysta. Owszem, zdarzają mu się pomyłki i babole, można nawet rzec, że relatywnie często, ale jeszcze częściej wznosi się na wyżyny, na jakie nie potrafi wielu bramkarzy w Europie. Przypadkowi zawodnicy nie rozgrywają 323 meczów w Bundeslidze. Hradecky słynie z refleksu i bronionych karnych, dzięki którym utrzymał niegdyś Eintracht w Bundeslidze, pomógł mu w drodze po Puchar, zapewnił Leverkusen Ligę Mistrzów. W reprezentacji debiutował 15 lat temu, a od prawie 4 lat jest jej kapitanem. Z Holandią zagrał setny mecz dla Puchaczy, sytuując się na 5. miejscu w rankingu wszech czasów, razem z Arim Hjelmem. Przed nim już tylko sametuzy: Sami Hyypia (105), Jonatan Johansson (106), wciąż grający Teemu Pukki (129) i Jari Litmanen (137).
Piotr Tubacki
