Sport

Pismo nosem

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Nareszcie na papierze! Pod prąd obowiązującym trendom, wbrew duchowi czasów; dla mnie, człowieka XX wieku i bibliofila to czysta radość. Nie umiem czytać e-booków, e-teksty przyswajam, czerpię z nich wiedzę o świecie, ale prawdziwa lektura jako jedna z najważniejszych przyjemności jest dla mnie możliwa tylko wtedy, gdy trzymam w dłoniach papier. Zapach farby drukarskiej był moim dziecięcym fetyszem - nowe książki traciły go z czasem, zwłaszcza jeśli lektura się mozoliła, za to gazety były zawsze świeże, co dzień nowa dostawa zapachów: ja gazety wąchałem, by tak rzec: czułem pismo nosem.

W latach 80. wszelkie wakacje i ferie spędzałem w podhalańskiej wiosce, gdzie liczba letników przekraczała liczbę egzemplarzy prasy dowożonej wysłużoną nyską - dlatego co rano ustawiałem się w czubie długiej kolejki i kwadranse, a czasem nawet godziny, czekałem na dowóz. Ci ze środka nie mieli już szans na prasę sportową, tym z końca kolejki zostawały już tylko propagandowe szmatławce, ale i tak je kupowali, bo czytanie gazety to był proces zawieszenia rzeczywistości, za rozpostartą gazetą można się było schować - im większy format, tym lepiej, tym mniej świata widać było zza rozkładówki. Szelest stron, palce ubrudzone niedoschniętym tuszem - oprócz samych tekstów działał na moje zmysły sam przedmiot, namacalność papieru.

Odkładałem gazety; w szafach przyrastały sterty roczników „Sportu”, „Tempa” i „Piłki Nożnej”, pięły się i zabierały coraz więcej przestrzeni, wyznaczały upływ czasu - im wyższe były stosy starych gazet, tym mniej życia mi zostało. Wracałem do numerów sprzed lat, przeżywałem na nowo turnieje mistrzowskie, dawno rozstrzygnięte mecze, irracjonalnie wierząc, że w jakiś tajemny sposób historia zapisana w tych archiwach poza naszym spojrzeniem sama się przepisuje na nowo, rewiduje i zmienia - za każdym razem wierzyłem, że wynik może być inny, że przeczytam jak to jednak nie Boniek dostał „żółtko” jako pierwszy w murze w meczu z Sowietami w 1982 i jednak wystąpił w półfinale, dzięki czemu wygraliśmy z Włochami, a potem ograliśmy Niemców i zdobyliśmy złoto mundialu…

Czytałem prasę sportową nie dla tabel (te sporządzałem sam w zeszytach, zawsze byłem szybszy od gazet), ale dla komentarzy, a zwłaszcza felietonów - tam, gdzie piłka spotykała się z literaturą, można było pisać złośliwiej, dowcipniej, niepoprawniej. Piłkarze w wywiadach redagowanych przez dziennikarzy brzmieli podobnie, uładzeni, zachowawczy, zawstydzeni, żeby nie palnąć niczego głupiego - tymczasem felietonistom chodziło właśnie o to, żeby palnąć, najlepiej z grubej rury, żeby zajątrzyć, sprowokować, rozbawić. Pierwszy raz moje nazwisko w druku ukazało się w 1989 roku właśnie w papierowym „Sporcie”, bo skorzystałem z możliwości, którą stworzyła redakcja kibicom, by dodzwonić się i zadać pytanie ulubionemu piłkarzowi. Zagadnąłem wtedy „Gucia” Warzychę, dlaczego Ruch, liderujący tabeli ekstraklasy, nie mówi otwarcie o celu, jakim powinno być mistrzostwo Polski - dla beniaminka był to cel bezczelny, ale tak samo nazywanie beniaminkiem powracającego z jednosezonowej zsyłki do niższej ligi Ruchu. Niebiescy chcieli swój tytuł zdobyć po cichu, skradając się dyskretnie i korzystając z tego, że dwóch wielkich tamtej ligi biło się tradycyjnie o majstra - GieKSa i Górnik. Całą drogę do ostatniego mistrzostwa Ruchu miałem zapisaną w „Sportach”, zaginęły mi niestety podczas jednej z licznych przeprowadzek.

Ach, zatem znowu będzie się można rozsiąść ze „Sportem” w tym dwudziestowiecznym rytuale, rozsiąść się z gazetą, oddzielić nią, zasłonić, wczytać i wwąchać. W dodatku można to będzie uczynić w pociągu, wróci zatem obraz, do którego tęsknię, nie tak przecież odległy w czasie, gdy wszyscy podróżni mieli w rękach raczej książki i gazety niż telefony. Dziś żyjemy w czasach smartwicy mózgu, więc może za sprawą papierowego „Sportu” uda się jej nieco zapobiec. Wehikuł czasu – wróciły gazety, wracają gazeciarze, nie posiadam się z radości, że będę mógł pisać na papier jak za dawnych dobrych czasów.