Sport

Piłkarski półbóg

Stadion Śląski w sobotni wieczór wielokrotnie miał okazję, by wpaść w szał radości. Mecz gwiazd podczas imprezy Ronaldinho Show przyniósł mnóstwo pozytywnych emocji.

Ronaldinho Gaucho Fot. Marcin Bulanda/ PressFocus

RONALDINHO SHOW

Na boisku zmierzyli się ze sobą zawodnicy z Brazylii oraz Polski. Ci pierwsi dowodzeni byli przez szkoleniowca Santosu Clebera Xaviera, choć prawdziwym liderem drużyny był niepowtarzalny Ronaldinho. Brazylijska składała się głównie z zawodników po „pięćdziesiątce” lub takich, którzy się do tego wieku nieubłaganie zbliżają. Wyjściowy skład reprezentacji Polski był natomiast nieco młodszy. Trener Adam Nawałka miał do dyspozycji kilku zawodników, którzy niedawno skończyli karierę, a nawet takich, którzy wciąż są aktywnymi graczami. Widać to było przede wszystkim na skrzydłach – gdy Kamil Grosicki się rozpędzał, nikt nie był w stanie go dogonić. Z kolei po drugiej stronie boiska wzorowo współpracowali Jakub Błaszczykowski oraz Łukasz Piszczek. Goli jednak z ich akcji nie było.

Brazylijczycy byli wolniejsi, ale nadrabiali techniką. Gwiazda wieczoru, Ronaldinho, rzadko zmuszał się do biegu. Człapał po boisku, ewentualnie truchtał. Gdy już jednak przejmował piłkę, widoczna była jego magia. Trzymał futbolówkę blisko przy nodze i kilkoma szybkimi ruchami stopą był w stanie zmylić rywali. To też on napędził akcję Brazylijczyków na lewym skrzydle, która zakończyła się golem na 1:0 dla gości. Zagrał do 24-krotnego reprezentanta Brazylii Andre Santosa, a ten dośrodkował na głowę Diego Souzy (7 meczów w kadrze Brazylii). Gdy snajper oddał strzał, Artur Boruc był bez szans.

Niezależnie od wyniku atmosfera na Stadionie Śląskim była świetna. Organizatorzy wprowadzili kibiców w odpowiedni nastrój, przed meczem „karmiąc” ich brazylijską muzyką. Rytmy samby sprawiły, że na chwilę chorzowska arena zamieniła w małe terytorium zamorskie Brazylii. Szał na trybunach powodował jednak przede wszystkim Ronaldinho. To jemu poświęcona była cała impreza, choć nie on był jej gospodarzem. Traktowany był jak gość – nie rozgrzewał się z drużyną, siedział w innej - osobnej - szatni niż cały zespół, osobno wszedł też na boisko, dzięki czemu został wyróżniony na tle pozostałych piłkarzy. Od prezydenta Chorzowa Szymona Michałka przed pierwszym gwizdkiem otrzymał pamiątkową koszulkę oraz klucze do miasta. A gdy mecz się rozpoczął, każdy jego kontakt z piłką pobudzał fanów. A z uwagi na to, że na stadionie pojawiło się 55589 widzów, wrzawa była ogromna, jak na najważniejszych meczach reprezentacji Polski. Gdy Ronaldinho podchodził do narożnika boiska, żeby zagrać z rzutu rożnego, budził się najbliższy sektor. Były piłkarz Barcelony był oklaskiwany, wiwatowano na jego cześć, a on z uśmiechem na ustach machał ręką do kibiców i kłaniał się im, dziękując za miłe przyjęcie.

Gwiazdor oszczędzał siły zapewne po to, żeby jak najdłużej przebywać na boisku. Gdy upłynęła 72 minuta, zszedł z murawy otoczony ochroną. Wokół niego błyskawicznie zebrała się gromada ludzi chętnych do zrobienia sobie z nim zdjęcia. Ochrona jednak działała skutecznie i Ronaldinho szybko zszedł do szatni, żegnając się ze Stadionem Śląskim i Polską. W naszym kraju zapewne po raz kolejny przekonał się, jak ważną jest częścią futbolowej historii. Pomimo upływu lat wciąż sprawia, że serca kibiców zaczynają szybciej bić. Traktowany jest jak półbóg, niezależnie od tego, w jakim jest miejscu na świecie. W internecie znaleźć można filmik, gdy jeden z fanów czekał na Ronaldinho pod hotelem, w którym stacjonował w Polsce. Przekazał Brazylijczykowi kilkumiesięczne dziecko na ręce (jak papieżowi), a ten z niepodrabialnym uśmiechem pozował do zdjęć… Po prostu legenda.

Fani nie przyszli jednak na Stadion Śląski tylko po to, żeby podziwiać Ronaldinho. Zainteresowanie wzbudzili także zawodnicy polskiej drużyny. Wyjątkowo głośną owacją przywitany na płycie boiska został Jakub Błaszczykowski, ale w składzie Biało-czerwonych było wielu ciekawych piłkarzy sprzed lat. Zagrał Marcin Wasilewski, który jest w wyśmienitej formie. Na murawie zaprezentowali się także Tomasz Frankowski, Paweł Brożek, Sebastian Mila czy Sławomir Peszko. Ludzie przyszli też na stadion po to, żeby zobaczyć Adama Nawałkę. Nie bez powodu jego twarz znajdowała się na banerach reklamowych wydarzenia obok postaci Ronaldinho. Były selekcjoner poświęcił czas kibicom przed wejściem na stadion. Był uśmiechnięty, żartował, cierpliwie odpowiadał na pytania, pozował do zdjęć, podpisywał koszulki. Jednak wraz z pierwszym gwidzkiem, zaczął dyrygować zespołem. Z perspektywy trybun widać było, że zależy mu na wygranej. A w dążeniu do tego celu pomógł mu Maciej Makuszewski, który kilka tygodni temu skończył piłkarską karierę, będąc przez ostatni sezon piłkarzem Wigier Suwałki. Skrzydłowy miał w sobie mnóstwo sił, dzięki czemu ustrzelił dublet, gwarantujący remis, bo w międzyczasie drugiego gola dla Brazylii zdobył Andre Santos. Wynik 2:2 nie satysfakcjonował żadnej ze stron, więc rozegrano serię rzutów karnych, w której lepsi byli Polacy.

Kacper Janoszka 

◼   Polska – Brazylia 2:2 (0:1, 4:2 w karnych)

0:1 – D. Souza, 27 min, 1:1 – Makuszewski, 65 min, 1:2 – A. Santos, 79 min, 2:2 – Makuszewski, 88 min

POLSKA (wyjściowy skład): Boruc – Piszczek, Glik, Pazdan, Wawrzyniak – Błaszczykowski, Jodłowiec, Mączyński, Grosicki – Frankowski, Mierzejewski. Trener Adam NAWAŁKA.

BRAZYLIA (wyjściowy skład): Helton – A. Polga, Gamarra, Aldair, A. Santos – Gubela, Amaral, Edmilson, R. Assis – D. Souza, Ronaldinho. Trener Cleber XAVIER.

 

Problemy organizacyjne

Już w maju zaprezentowano ramowy harmonogram show. Zakładał on, że o godzinie 20.10 odbędzie się przejazd Ronaldinho wokół boiska. Więc gdy na stadionie pojawiły się trzy samochody, w tym pickup marki RAM, wydawało się, że Ronaldinho musi siedzieć na pace samochodu. Brazylijczyka tam jednak nie było. Niektórzy mogli się zacząć zastanawiać, gdzie jest, skoro nie było go na pace samochodu, a miał być. Ponadto fani poczuli się zdezorientowani, gdy spiker wyczytał skład Brazylijczyków, a w nim brakowało właśnie głównego bohatera. Później okazało się, że jego nazwisko wyczytywane jest osobno. Niedotrzymanie harmonogramowych godzin zdarzeń (mecz także rozpoczął się z opóźnieniem) nie było jednak największym problemem, z jakim zmierzyli się organizatorzy. Po tym, jak mecz zakończył się remisem 2:2, ogłoszono wynik i zapowiedziano, że zaraz zawodnicy obu drużyn pojawić się na scenie, żeby pożegnać się z kibicami. W tym czasie ludzie zaczęli już wychodzić ze stadionu. Chwilę później podjęto decyzję o tym, że skoro padł remis, trzeba zorganizować konkurs rzutów karnych. Problem w tym, że na trybunach brakowało już mniej więcej połowy publiczności. Z całą pewnością konkurs rzutów karnych można było zaplanować przed meczem, a nie ogłaszać go kilka minut po zakończeniu spotkania. Spora część widzów, którzy wyszli ze stadionu po ostatnim gwizdku, bez wątpienia chciałaby zobaczyć serię rzutów karnych. Pechowcy zapewne dowiedzieli się, że Polska wygrała 4:2 w karnych, dopiero po tym, jak wrócili do domów. Najsmutniejsi musieli być natomiast ludzie, którzy za 50 tysięcy złotych wykupili możliwość gry w drużynie Ronaldinho w meczu i… takiej okazji nie dostali. Na stronie internetowej organizatora była gwarancja gry przez 10 minut rywalizacji. Problem w tym, że ci, którzy zapłacili za taką możliwość, albo siedzieli na ławce, albo weszli w doliczonym czasie, gdy oczywiście Ronaldinho już na boisku nie było. Sytuacja nie do pozazdroszczenia dla tych, którzy wyłożyli pieniądze, chcąc spełnić swoje marzenie.

Wpadki organizacyjne zakończymy natomiast nieco mniej znaczącą, bardziej śmieszną niż smutną – pod koniec meczu doliczyliśmy się co najmniej 12 zawodników reprezentacji Brazylii przebywających na boisku w jednym momencie.

Ronaldinho odebrał od prezydenta Chorzowa klucze do miasta. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Do Chorzowa zawitał Roger Guerreiro, były reprezentant Polski rodem z Brazylii. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Maciej Makuszewski zdobywał gole dla reprezentacji Polski. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

Pomimo upływu lat piłka nadal słucha się brazylijskiego gwiazdora. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Adam Nawałka poprowadził reprezentantów Polski jak za dawnych lat. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz