Sport

Perła w koronie odchodzi w niebyt

Zbudowany 90 lat temu, tak bliski wielu sercom stadion Ruchu na Cichej, kończy żywot.

Uroczystość otwarcia stadionu na Cichej w 1935 roku. Charakterystyczna trybuna nie była wówczas jeszcze gotowa. Fot. archiwum

W sobotę jego budzący wzruszenie pożegnalny, ostatni mecz: towarzyskie spotkanie z Wartą Poznań. Potem rozbiórka i – miejmy nadzieję – nowy, spełniający wymogi obiekt. Na pożegnanie przypominamy najbardziej niezwykłe, naszym zdaniem, spotkania na tej arenie. W części I – mecze, których już nikt z nas nie może pamiętać.

29 września 1935: Ruch Wielkie Hajduki – Warta Poznań 1:1

Otwarcie stadionu meczem ligowym. Początkowo mało odbyć się trzy tygodnie wcześniej, podczas meczu z Polonią Warszawa, ale mecz przesunięto ze względu na wybory. Otwarcia dokładnie w południe dokonał ówczesny wojewoda Michał Grażyński w towarzystwie naczelnika gminy i prezesa Ruchu. 25 tysięcy widzów zobaczyło gola już w 1 minucie, a zdobył go… as gości, Fryderyk Scherfke, który niespełna trzy lata później strzeli Brazylii bramkę z karnego podczas mistrzostw świata. Ruch musiał przyzwyczaić się do idealnej, trawiastej nawierzchni, wcześniej łoił rywali u siebie na znacznie gorszej jakościowo murawie. Pierwszym piłkarzem Ruchu, który zdobył gola na Cichej w meczu ligowym, był Edmund Malcherek, na co dzień cieśla. Jego dwaj bracia i szwagier też grali w Ruchu. Na otwarciu stadionu nie pojawili się przedstawiciele PZPN i Ligi Państwowej.

20 września 1936: Ruch Wielkie Hajduki - Dąb Katowice 2:0

Pierwsze na tym stadionie ligowe derby  i to w czasach, gdy inne śląskie kluby, obecne dziś w ekstraklasie, jeszcze nie istniały. W dodatku publiczność od razu zobaczyła bramkę bodaj najszybciej strzelona w derbach. A może w całej historii Ruchu na najwyższym szczeblu rozgrywek? Wbił ją po centrze strzałem głową niezrównany Teodor Peterek już w 30 sekundzie!

9 czerwca 1937: Górny Śląsk – Kraj Basków 3:4

Tak silnej drużyny na stadionie Ruchu – i w ogóle na Górnym Śląsku – jeszcze nie widzieli. W latach 30. Euzkadi była piłkarską potęgą wręcz na skalę światową, w reprezentacji Hiszpanii jej gracze stanowili większość. Okoliczności przyjazdu Basków na Śląsk były niezwykłe. Przyjechali do nas za kasę, bo jej bardzo potrzebowali. W Hiszpanii trwała akurat wojna domowa. Baskonia opowiedziała się po stronie rządu republikańskiego, który przyznał tym terenom szeroką autonomię. Baskowie rozgrywali mecze w całej Europie, a pieniądze za występy przesyłali na rzecz legalnego rządu. Największą gwiazdą był fantastyczny środkowy napastnik Isidoro Langara, zwany na zachodzie "Tankiem". Wyobraźcie sobie, że Langara był królem strzelców aż czterech lig! I to jakich: Hiszpanii, Portugalii, Argentyny i Meksyku! W 1934 roku jego dwa gole wyeliminowały Brazylię już w pierwszej rundzie mistrzostw świata rozgrywanych we Włoszech. Cud jednak, że ten piłkarz w ogóle przyjechał na Śląsk. Jak podała prasa, podczas zbombardowania miasta Guernica przez Legion Kondor (niemiecki korpus ekspedycyjny Luftwaffe), który wspierał gen. Franco, zginęli matka Langary i jego dwaj bracia. Przypomnę: Guernica była wówczas siedzibą autonomicznego rządu baskijskiego. Mimo tak fatalnych nastrojów Baskowie pokazali na stadionie Ruchu wręcz fantastyczny futbol. Ślązacy dali z siebie wszystko, ale jednak przegrali.

18 maja 1938: Górny Śląsk - Wolverhampton Wanderers 4:4

Rok przed wybuchem wojny po raz pierwszy na Śląsk przyjechała zawodowa drużyna z Wysp Brytyjskich. Wolverhampton Wanderers był wówczas wicemistrzem Anglii. Zainteresowanie meczem było rekordowe. PKP zorganizowały na mecz osiem dodatkowych pociągów z całego Śląska, już na tydzień przed zawodami sprzedano 20 tys. biletów. Bilety rozprowadzano na całym Śląsku; grzebałem w przedwojennych gazetach i doczytałem się, że w przedsprzedaży można je było kupić m.in. w składzie likierów Bienia na Pocztowej w Katowicach, drogerii Predeloka w Tarnowskich Górach albo nawet składzie tytoniowym Talarczyka w Rybniku. Przyjazd angielskich gości zrobił na Śląsku wielkie wrażenie. "Wszyscy gracze ubrani są w jednolite stroje klubowe (czarne spodnie, czarne marynarki, jednakowe krawaty). Wszyscy bez wyjątku są dobrze wygimnastykowani, rośli, o fizjonomiach wybitnie angielskich. Wszyscy nie piją ani piwa ani wódki i nie palą" - dziwiła się "Polska Zachodnia". Mecz był fantastyczny, jeden z najbardziej dramatycznych w całej historii śląskiej piłki! Ostatecznie padł remis 4:4, a fenomenalne spotkanie rozegrał strzelec trzech goli Ernest Wilimowski, który według prasowej relacji "był dumą zespołu i przeszedł samego siebie, a zdobyte przezeń bramki mogą być wzorem". Jednocześnie gra była bardzo ostra, piłkarze kopali się wyjątkowo, a Ewald Dytko został nawet przez jednego z Anglików spoliczkowany. Podziałało to oczywiście na tłumy kibiców. "Pewien odłam publiczności zapomniał się do tego stopnia, że obrzucano gości wyzwiskami najgorszego gatunku". Ciekawostka: na wieść, że Anglicy przyjeżdżają na Stary Kontynent, rozegranie spotkania zaproponował im słynny Inter. Włosi zasugerowali, żeby za sowite wynagrodzenie zerwali kontrakt ze Ślązakami i zamiast do Chorzowa przyjechali do Mediolanu. Cwaniaki! Rządzący wówczas Wilkami charyzmatyczny menedżer mjr Frank Buckley (szef klubu w latach 1927-44) zdecydowanie jednak odmówił. Jeśli na coś się umawiasz, to się tego trzymasz... 

30 kwietnia 1939: Ruch Chorzów – Cracovia 3:1

W drugiej połowie lat 30. stadion na Cichej przeżył jeden z najbardziej niezwykłych okresów w dziejach. Ludzie, którzy mogli to przeżyć na żywo są - a właściwie byli - szczęściarzami. Gdybym miał wspomnieć moje największe reporterskie marzenie, które nigdy nie będzie miało szansy realizacji – byłaby to właśnie opowieść o Ruchu z przedwojnia. Niebieskim udało się stworzyć zdumiewającą wręcz drużynę, której symbolem stali się „Trzej Królowie” – środkowy napastnik Teodor Peterek, lewy łącznik Ernest Wilimowski i lewoskrzydłowy Gerard Wodarz. Niezwykłych meczów na Cichej miały miejsce dziesiątki: choćby ten: przyjeżdża Cracovia, jedna z najsilniejszych drużyn w Polsce, która jako jedyna potrafiła przełamać hegemonię Ruchu, a Wilimowski wbija jej… trzy bramki w trzy minuty! Mistrz! Należy dodać, że klub od miesiąca nazywał się trochę inaczej. Zmienił mu się drugi człon: 1 kwietnia 1939 roku Wielkie Hajduki stały się bowiem częścią Chorzowa.

21 maja 1939: Ruch Chorzów – Union Touring Łódź 12:1

Historyczny mecz z dwóch względów. To właśnie wtedy pierwszy raz w dziejach czas na stadionie Ruchu zaczęła odmierzać historyczna „Omega”. Widziała więc wyczyn Ernesta Wilimowskiego, który już nigdy, jestem o tym przekonany, nie zostanie pobity. Otóż lewy łącznik Ruchu wbił w tym spotkaniu aż… dziesięć goli! Pierwszą strzelił w trzynastej minucie, ostatnią – w osiemdziesiątej dziewiątej. Według niepotwierdzonej, hm… jak to nazwać – „legendy” – w przerwie piłkarz miał się założyć o złoty zegarek, że strzeli tę dychę. Rywal był słaby, a Wilimowski w gazie – wszystko sprzyjało więc temu wyczynowi. Zrobił to! Rozentuzjazmowane trybuny krzyczały: „Ezi, Ezi, Ezi”…

14 stycznia 1945: Bismarckhütte SVg – TuS Scharley 1:1

W piłkę na Śląsku grało się właściwie przez całą wojnę. Hitlerowcy zlikwidowali Ruch i na jego miejsce powołali  Bismarckhütte Sport Vereinigung 1899 e.V., w którym… grali byli piłkarze Ruchu (choć już bez Wilimowskiego, który przeniósł się do 1. FC Kattowitz). Pierwszy mecz na stadionie po wybuchu wojny odbył się już 19 listopada 1939 roku, a rywalem był TuS Lipine (przed wojną - Naprzód). Skończyło się 1:2, honorowego gola dla gospodarzy zdobył Teodor Peterek po asyście Gerarda Wodarza. Wodarz, uczestnik kampanii wrześniowej, uciekł z transportu i wrócił do Chorzowa. Zgodził się grać w nowo utworzonym zespole, bo rodzina straciłaby zasiłek, a on szansę na jakąkolwiek pracę w hucie... Rozgrywki Gauligi toczyły się przez całą wojnę. 12 stycznia 1945 r. żołnierze 1. Frontu Ukraińskiego przekroczyli Wisłę i ruszyli na Śląsk, gdzie wybuchła panika. Tymczasem "Kattowitzer Zeitung" pisał jakby koniec świata miał za chwilę nie nastąpić... "Ostro walczono 14 stycznia na boiskach śląskiej Gauligi. Można się spodziewać, że za kilka tygodni niektóre kluby przeżyją osłabienie formy". Na 20 stycznia gazeta z podziwu godnym zapowiedziała kolejną rundę spotkań. W niedzielę o 14.30 miały się rozpocząć następujące mecze: TuS Lipine - SVg Bismarckhütte, Preußen Hindenburg - Germania Königshütte... Itd., itd. No cóż: tydzień później do Katowic wkroczyła Armia Czerwona. Piłka stanęła w śniegu i błocie.

Paweł Czado

Lata powojenne na Cichej – jutro