Sport

Padłeś, powstań!

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Można się ucieszyć: żadna z polskich drużyn nie przegrała pierwszego meczu w nowo rozpoczętej edycji  europejskich pucharów, yeaaah! Nie jest wcale istotne, że te mecze nie zapadną w pamięć na długo,  bo... nie zapadną. Istotne, że nasze drużyny są na wozie, a mogły być pod, co przecież jeszcze nie tak dawno było smutną normą. Oczywiście wiele może się jeszcze zdarzyć w rewanżach. Powiedzmy, że Lech i Raków są pewne awansu, a Jagiellonia i Legia muszą jeszcze się spiąć.

Co sobie uzmysłowiłem:

a) że to Afrykańczycy wprawiają w euforię polskich kibiców naszych klubów podczas gier w europejskich pucharach. Angolczyk w doliczonym czasie dał zwycięstwo Jagiellonii w Serbii, Kameruńczyk tuż przed końcem wprawił w ekstazę fanów Legii, ratując jej remis w Czechach, a Gwinejczyk z francuskim paszportem ustalił wynik w meczu Rakowa ze Słowakami… Czyż to nie znak czasów?

Co mi zaimponowało:

a) że Jagiellonia potrafiła tak szybko podnieść się po potwornym ligowym laniu u siebie z Niecieczą. Owszem, nie zagrała może w Serbii olśniewająco, nie zagrała brylantowo, nie zagrała imponująco, nie zagrała świetnie, nie zagrała nawet bardzo dobrze. Zagrała po prostu przeciętnie, ale to też jest sztuka – grać co najwyżej tak sobie i odnieść ważne zwycięstwo po wcześniejszej mocno zamulającej klęsce. Zwyciężać, kiedy niewiele się klei. To sztuka pożądana niezmiennie przez największych;

b) pucharowy debiut Oskara Repki. Można powiedzieć, że wkroczył do podstawowego składu Rakowa, wyrywając drzwi z futryną. 700 tysięcy euro, które częstochowianie przelali niedawno na konto Katowic, nie wydaje się kwotą przesadnie wielką i… szybko zaczyna się zwracać. Ten defensywny pomocnik ma wszystko, co potrzeba: kiedy spryt, szczęście i zdecydowanie tworzą zabójczą mieszankę, to można góry przenosić. A przynajmniej Żylinę w Tatry.

Co mnie ukłuło:

a) pudło Kacpra Chodyny w meczu z Banikiem. Facet przywalił z bliska nad poprzeczką z siłą konia! Kibice Legii nie mogli uwierzyć, mógłbym przysiąc, że słyszałem gromadne skrzypnięcie setek żuchw.

Co mi się podobało:

a) że na meczu Banika z Legią był komplet. Fajnie, kiedy polskie drużyny zapełniają zagraniczne stadiony do ostatka;

b) że szczęście nie zawsze sprzyja lepszym. Legia wychodzi ze starcia w Ostrawie remisowo, choć Banik mógł, a nawet powinien doprowadzić ją do płaczu.

Co mnie zażenowało:

a) sposób, w jaki Tomas Sin przewiózł Tomasza Augustyniaka przy pierwszym golu dla Banika. Obrońca Legii, oszukany zwodem, musiał czuć się jak saneczkarz, bezradnie jechał po trawie spodenkami prawie do granicy z Polską.

Co mnie zastanowiło:

a) że niesnaski międzyklubowe nie są domeną polskiej sceny kibicowskiej. Jagiellonia miała w Serbii wsparcie kibiców… Crvenej zvezdy i Partizana, które mają kosę z jej rywalem. Wiadomo, że wielcy nie lubią zmian w hierarchii, a Novi Pazar tym meczem debiutował przecież w europejskich pucharach. Przy okazji: Partizan akurat grał na Nowej Bukowej w Katowicach, gdzie pokonał Ukraińców z Ołeksandrii.

Co mnie ujęło:

a) uroczy, różowiutki kostium bramkarza Kacpra Trelowskiego z Rakowa. Szał! Giorgio Armani lubi to!

Co mnie zachwyciło:

a) moment, kiedy piłkarz Żyliny Jan Minarik zobaczył po faulu drugą żółtą kartką – sprawozdawca telewizyjny ogłosił wtedy, że Słowak „opuścił boisko w sposób trwały”.  Tego rodzaju karkołomne zbitki wprawiają mnie w autentyczny zachwyt i sprawiają, że kocham piłkę nożną jeszcze mocniej!

Paweł Czado