Ona jest jedyna
Tylko Iga Świątek z trójki Polek awansowała do drugiej rundy Wimbledonu. Magdalena Fręch dała się zaskoczyć nieoczekiwanej rywalce, a Magda Linette zaczęła dobrze, ale skończyła fatalnie.
Iga Świątek zaciskała zęby, ale rozkręcała się w pierwszym meczu z gemu na gem. Fot. PAP / EPA
Wydarzenia wtorku w najbardziej prestiżowym turnieju na świecie po raz kolejny podkreślają, jak wyjątkowym zjawiskiem w rodzimym tenisie jest Iga Świątek. Tym razem rozstawiona z niską jak na nią „ósemką” jak zwykle na All England Club nie jest w wąskim gronie faworytek. Najdalej zaszła tu do ćwierćfinału dwa lata temu, ale z każdym rokiem nabiera doświadczenia i cały czas tli się nadzieja, że „odpali” – jak choćby w 2017, gdy wygrała rywalizację juniorek.
W ostatnich dniach raszyniankę podbudował na pewno pierwszy finał na trawie i pierwszy w ogóle od ponad roku, w Bad Homburg. We wtorek Świątek pokonała w Wimbledonie pierwszą przeszkodę, choć grała na korcie numer 2, który nie bez powodu uchodzi za cmentarz faworytów. We wtorek najpierw przegrała na nim rozstawiona z „trójką” Jessica Pegula, a potem „siódemka” wśród panów, Włoch Lorenzo Mussetti, w poniedziałek padł zaś nr 9, Rosjanin Daniił Miedwiediew.
Zawisła na siatce
Ośmielona chyba tym faktem 64. w rankingu Polina Kudiermietowa chciała zapewne dopisać do legendy swój rozdział – wyszła na mecz bez respektu i w pierwszej partii sprawiła sporo kłopotów Świątek. Szczególnie zagrywane przez 22-letnią Rosjankę skróty dały się Polce we znaki – dobiegając do nich, raz nawet nie wyhamowała i efektownie zawisła na siatce... – Na trawie każdy mecz może być pułapką, jest na niej sporo niespodzianek. Trawa w pewnym sensie wyrównuje szanse – przyznała Świątek.
W pierwszym secie rywalizacja gem za gem trwała do stanu 5:5. W dodatku to Rosjanka miała w piątym gemie okazję na przełamanie, ale Świątek wyszła z opresji i podkręciła tempo w końcówce. Najpierw wygrała gema przy swoim podaniu, a następnie przełamała rywalkę i zamknęła seta po trzech kwadransach.
24-latka z Raszyna świetnie spisywała się w kluczowych momentach. Gdy tylko miała break pointa, wykorzystywała go. W drugiej partii szanse na przełamanie pojawiły się znacznie szybciej.
Odporna na upał
Od wyniku 1:1 Świątek już dominowała – wygrała pięć gemów z rzędu, w tym dwa przy serwisie rywalki. Po 69 minutach w ponad 30-stopniowym upale Polka zamknęła mecz.
– To był całkiem solidny start. Jestem zadowolona z występu i czułam, że z gema na gem gram coraz lepiej – oceniła Świątek, której nie przeszkadzał upał. – W przerwach miałam czas, aby się zregenerować. Dobrze, że wyszły chmury, ale jak widać na Wyspach trzeba być gotowym na wszystko, i na deszcz, i na słońce – dodała.
W 2. rundzie Świątek zagra w czwartek z dobrą znajomą z czasów juniorskich, Amerykanką Caty McNally (208. WTA).
Magdalena w szoku
Wielki zawód sprawiła Magdalena Fręch, która nie poradziła sobie – trzeba to przyznać – w sytuacji trudnej, choć przecież w tenisie wcale wyjątkowej: na dwie godziny przed meczem zmieniła jej się rywalka. Pierwotnie rozstawiona z nr 25 łodzianka miała zmierzyć się z Rosjanką Anastazją Potapową, która jednak się wycofała i zastąpiła ją „szczęśliwa przegrana” z kwalifikacji Victorią Mboko. 18-letnia Kanadyjka, 97. w rankingu, wykorzystała dar od losu i rozbiła Polkę 6:3, 6:2.
Fręch po meczu tłumaczyła, że bardziej „wybiła ją” zmiana kortu. Mecz został bowiem przyspieszony, a Polce nie pomogła nawet kłótnia z superwizorką. – Jak każdy zawodnik miałam wszystko zaplanowane. Zupełnie inaczej się dobiera jedzenie, kawę i takie rzeczy, które są moją rutyną przed meczem. Byłam zdziwiona, że mój mecz może zostać przerzucony, bo nie był ostatni w planie gier – przyznała Polka.
24. na liście WTA tenisistka straciła podanie już w pierwszym gemie i chociaż później miała break-pointy na wyrównanie, nie wykorzystała żadnego z nich. 27-letnia łodzianka została zdominowana przez rywalkę, która grała silnie, płasko, ale konsekwentnie i spokojnie. Na początku drugiej partii Fręch przełamała Mboko, ale nie dodało jej to wiatru w żagle. Kanadyjka już chwilę później odrobiła stratę i od tego momentu po stronie Polki nie było już widać chęci do walki.
– Byłam kompletnie poza swoją grą. Miałam kłopot z trafieniem piłką w kort. Gdy nie czuje się uderzeń, zaburzony jest timing, czyli najważniejsza rzecz, szczególnie na trawie. Piłki cały czas mnie zaskakiwały, do tego doszedł brak serwisu – oceniła Fręch, którą dopadły też „kobiece problemy fizjologiczne”. – Nie pamiętam, żebym ostatnio zagrała gorzej – dodała.
Słaby sezon
Komentujący w Polsacie Sport mecz Tomasz Wiktorowski nie owijał w bawełnę. – Cały mecz Magdaleny był jak cały sezon – przeciętny, żeby nie powiedzieć słaby. Wyglądało to tak, jakby uczennica wygrała z nauczycielką – podsumował były trener Igi Świątek i Agnieszki Radwańskiej.
Niestety, wieczorem w ślady Fręch poszła rozstawiona z nr 27 Magda Linette. Poznanianka wygrała po tie-breaku pierwszego seta ze smukłą jak sosna Elsą Jacquemot, ale im dalej w las, tym było gorzej. Francuska kwalifikantka, dopiero 113. w rankingu, przejęła inicjatywę. Odrobiła straty, a w decydującej partii przełamała Polkę przy stanie 4:4 i nie zmarnowała szansy przy swoim serwisie. Po dwóch godzinach i 36 minutach Jacquemot pokonała faworytkę 7:6 (9-7), 1:6, 4:6. Polka żegna się z Wielkim Szlemem po pierwszym meczu już po raz siódmyz rzędu…
Honor żeńskiego tenisa pozostał znów tylko na barkach Igi Świątek, której wieczorem ubyła jedna z faworytek – mistrzyni Rolanda Garrosa i druga na świecie Coco Gauff przegrała z Dajaną Jastremską 7:6 (7-3), 6:1! Ukrainka dwa razy w ostatnich tygodniach pokonała też Linette…
(t, PAP)
61 ZWYCIĘSTWO Z RZĘDU odniosła Iga Świątek w meczu otwarcia – to najdłuższa seria wśród tenisistek w tym stuleciu.