Sport

Odrealniony świat driftingu

Na lotnisku Katowice-Muchowiec w miniony weekend można było poczuć moc adrenaliny.

Jakub Przygoński jest jednym z najpopularniejszych drifterów w Polsce. Fot. Adam Kwiatkowski

DRIFTINGOWE MISTRZOSTWA POLSKI

Z bliska oglądam, jak Nissan 200SX z Maciejem Kiwakiem na pokładzie w błyskawicznym tempie rusza, po czym nagle wpada w kontrolowany poślizg, przemieszczając się z jednej strony pasa startowego na lotnisku Katowice-Muchowiec na drugi. Wiem, że za chwilę sam wsiądę do tej maszyny i jako pasażer poczuję, czym tak naprawdę jest drifting. W takich chwilach można poczuć zwątpienie, chęć rezygnacji z udziału w takim testowym przejeździe, ale myśl o tym, że za kierownicą zasiada doświadczony kierowca, nieco uspokaja nerwy. Chwilę później wsiadam do samochodu, który wewnątrz nie przypomina Nissana 200SX w formie, w jakiej wyjechał z salonu. W środku obudowany jest klatką bezpieczeństwa. Wybebeszony został ze wszystkich niepotrzebnych w driftingu udogodnień. Auto ma być jak najlżejsze. Wsadzono do środka fotele kubełkowe, które mają utrzymywać ciało kierowcy w jednym miejscu przy sporych przeciążeniach. Zakładam kask i słyszę pytanie: „Jesteś gotowy?”. Odpowiadam twierdząco, choć sam w to nie wierzę. Wiem, że pod maską tego samochodu znajduje się bestia, silnik 2JZ. Montowany był fabrycznie m.in. w Toyocie Suprze, fantastycznym samochodzie, który jest dziełem sztuki japońskiej myśli motoryzacyjnej. W driftingu ten motor jest niezwykle popularny dzięki trwałości, potencjałowi do generowania ogromnej mocy oraz łatwości w tuningu. W Nissanie, w którym siedzę, 2JZ generuje 800 koni mechanicznych. Tylko mrugnąłem okiem, a Maciej Kiwak ruszył i wprowadził samochód w poślizg. Siedząc na fotelu pasażera widzę, jak zbliżamy się do krańca pasa startowego. Wydaje mi się, że zaraz zjedziemy na trawę, ale kierowca ze spokojem w oczach odkręca kierownicę w drugą stronę i bezpiecznie skręca, pozostawiając za sobą chmurę dymu wydobywającą się spod opon. Po kilkudziesięciu sekundach takiej przejażdżki emocje targają mną do końca dnia. Teraz rozumiem, co przyciąga ludzi do uprawiania tej dyscypliny sportu. To ogromna satysfakcja, ale też spora dawka adrenaliny – w końcu prowadzi się samochód, który w ciągu kilku sekund jest w stanie rozpędzić się do prędkości 100 km/h. Następnie taką bestię trzeba opanować, gdy wykonuje się poślizg na torze. To może być uzależniające. Z taką dawką krótkiego (ale na razie wystarczającego) doświadczenia, następnego dnia udaję się na drugą rundę Driftingowych Mistrzostw Polski, żeby z bliska oglądać rywalizację najlepszych kierowców w Polsce, którzy drugi rok z rzędu zawitali na katowickie lotnisko.

Zasady

Tego typu zmagania nie polegają na tym, żeby jak najszybciej pokonać okrążenie. Czas nie ma żadnego znaczenia. W driftingu chodzi o to, żeby pokonywać zakręty w kontrolowanym poślizgu. Jest to dyscyplina oceniana przez sędziów, którzy patrzą na styl, kąt wejścia w zakręt, ale przede wszystkim na linię przejazdu. Na trasie namalowane są zony, przez które zawodnicy muszą przejechać tylnymi bądź przednimi oponami. W pierwszym etapie zawodnicy mierzą się w kwalifikacjach, gdzie jeżdżą solo. Na podstawie oceny ich przejazdu kwalifikują się do rundy pucharowej, gdzie rozpoczynają zmagania w parach. Jeden z kierowców jest prowadzącym i wyznacza linię przejazdu, a drugi musi go gonić i być jak najbliżej niego. Chwilę później uczestnicy mistrzostw zamieniają się rolami. Zawodnik z lepszym wynikiem awansuje do kolejnej rundy, aż do finału.

Liczą się detale

W teorii wydawało mi się, że drifting jest prostą dyscypliną. Jest samochód, jest kierowca, jest tor, są wyznaczone zony i od umiejętności zawodnika oraz osiągów auta zależeć będzie to, jak dużo punktów się zdobędzie. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Ważne jest ciśnienie opon, które musi być dostosowane do warunków na torze. Ważny jest odpowiedni trening i przygotowanie silnika do panującej temperatury. Trzeba zwracać uwagę na mnóstwo innych detali - takich, których zwykły „niedzielny” entuzjasta driftingu nie rozumie - żeby później cieszyć się z dobrego wyniku. Wstęp do wiedzy o tej dyscyplinie zaserwował mi Łukasz Wilczek, uczestnik Driftingowych Mistrzostw Polski w klasie PRO, który jeździ BMW M3 E46 (pod maską zamontowany jest turbodoładowany silnik S54B32 o mocy 800 koni mechanicznych). To właśnie on opowiedział mi o tym, jak ważny jest każdy szczegół. Na przykład – tor powstały na płycie lotniska Katowice-Muchowiec był mocno „nagumowany”, czyli na jego powierzchni zebrała się warstwa gumy pozostawiona ze zdzierających się opon uczestników. W połączeniu z wysoką temperaturą powietrza nawierzchnia była bardzo przyczepna, przez co trudno było wprowadzić samochód w poślizg, a następnie, przez zmniejszającą się prędkość (zjawisko wynikające z mocnego „nagumowania”) trudno było go kontrolować w taki sposób, żeby zaliczać zony i zdobywać dużą liczbę punktów. Dowiedziałem się też, że w takich sytuacjach można użyć dopalacza samochodowego, znanego jako „nitro”, który nosi ładną, naukową nazwę podtlenek azotu. Jego użycie dodaje maszynie ponad 100 koni mechanicznych.

Jak w grze…

Samochody zawodników wyglądają, jak by były żywcem wyjęte z opakowań zabawek Hot Wheels. Mają ogromne spojlery, są pomalowane w niespotykane na drogach kolory, a przede wszystkim są nieprawdopodobnie szybkie. Przechodząc się po paddocku, widzę auta, które są... oderwane od rzeczywistości. Świadomość tego, że wiele z nich zamontowaną ma butlę z podtlenkiem azotu, którego używa się w grach wideo, sprawia wrażenie bycia w odrealnionym świecie. To jednak nie gra – to ogromna pasja do motoryzacji, które drzemie we wszystkich uczestnikach i która zostaje zakorzeniona w tych, którzy po raz pierwszy w życiu przyszli oglądać zmagania driftingowe, nie mając o nich wcześniej bladego pojęcia.

Tak naprawdę dwa dni wystarczyły mi do tego, żeby zrozumieć fenomen driftingu. Szalona moc samochodów budzi ogromne zainteresowanie. Z kolei umiejętności kierowców, którzy potrafią opanować te maszyny, sprawiają, że dyscyplina jest efektowna. Nie dziwiło mnie więc to, że na trybunach oraz wokół toru zgromadziły się tysiące zainteresowanych ludzi. Jest w driftingu coś magicznego. To motoryzacja w najczystszej postaci.

Kacper Janoszka

Każdy z samochodów driftingowych ma swój specyficzny charakter. Fot. Kacper Janoszka

Efektowność to cecha charakterystyczna driftingu. Fot. Adam Kwiatkowski