Sport

Nie obronię rankingu? Ależ nic się nie stanie!

Rozmowa z Magdaleną Fręch, 24. tenisistką na świecie

Magdalena Fręch ma poczucie misji, by zachęcać najmłodszych do podążania drogą tenisowej kariery. Fot. UM Bytom

Odpadła pani już w 1. rundzie Wimbledonu, w tym roku rozgrywa pani w turniejach jeden, góra dwa mecze. Odczuwa pani niedosyt po pierwszej połowie sezonu?

- Absolutnie nie. Wcześniej grałam w eliminacjach, potem w turnieju głównym i 3-4 mecze zawsze wpadały. Teraz już w początkowej fazie gram mecze na zupełnie innym poziomie, zwykle z wyżej notowanymi zawodniczkami lub zaraz za mną w rankingu, co kiedyś zdarzało się rzadko. To zupełnie inna rywalizacja, także pod względem emocjonalnym, bardziej męcząca fizycznie.

Rok jeszcze się nie skończył, ale druga połowa sezonu będzie dla pani wyzwaniem, bo będzie do obrony sporo punktów za udaną jesień 2024 i miejsce w Top 30…

- Ależ nic się nie stanie, jak punktów i rankingu nie obronię! To jest tylko sport, to tylko tenis! Wiem, co osiągnęłam i bardziej skupiam się na sobie, na swojej grze, a nie na tym, co pokazuje ranking, bo nie ma to żadnego znaczenia. Zmienił się kalendarz, więc najlepsze zawodniczki grają praktycznie co tydzień-dwa w turnieju. Drabinki są bardzo mocne, jest dużo trudniej zrobić punkty i ranking, więc bardzo się cieszę, że udaje mi się mimo to utrzymać wysoką pozycję.

Jakie są pani najbliższe cele?

- Myślę, że kariera i cele zmieniają się z roku na rok. Napędzał mnie najpierw awans do drugiej setki rankingu, później to, żeby awansować do Top 100. Jeśli widzę efekty, że udaje mi się swoje cele osiągnąć, to zachęca, żeby się poprawiać. Choćby to, co sobie założyłam na początku zeszłego roku: awans do Top 50, a potem kolejne małe cele, regularnie co jakiś czas. A bardziej niż sam efekt cieszy droga do niego.

Mówi pani o małych celach, realizowanych niemalże z tygodnia na tydzień z turnieju na turniej. Jaki jest ten najbliższy?

- Przede wszystkim ćwierćfinał Wielkiego Szlema, to główny cel, na którym się skupiam.

Już na przełomie sierpnia i września w US Open?

- Nie wiem, krok po kroku. To są może małe cele, ale chcę po prostu się poprawiać i mieć motywację.

W takim razie, czy Magdalena Fręch jest dziś lepszą tenisistką niż w ubiegłym sezonie?

- Przede wszystkim tenis się zmienia z roku na rok, jest coraz bardziej fizyczny, coraz mocniejszy, trudno go porównywać do tenisa nawet 3-4 lata temu. Zresztą widać było, jak niektóre zawodniczki próbowały wracać po kontuzjach i problemach i nie były w stanie przebić się przez nową siłę ognia. Każdy pracuje nad sobą, nad swoim tenisem, żeby być w tym samym miejscu, w którym było się jeszcze kilka lat temu. Trzeba grać zupełnie inaczej i to, że utrzymujemy się non stop w Top 100 świadczy o tym, że cały czas się poprawiamy, zmieniamy, samodoskonalimy.

Iga Świątek niespodziewanie wygrała Wimbledon na kortach trawiastych, a sam skład finału, w którym wystąpiła też Amanda Anisimova, był zaskakujący. Dla pani też?

- Nie ma zaskoczeń w tenisie. Każda zawodniczka przyjeżdża na turniej z myślą, żeby go wygrać. Poziom tak się wyrównał, że patrzenie na rankingi - że zawodniczka z tym rankingiem musi wygrać z tamtą - nie ma sensu, bo liczy się dyspozycja dnia. Decydują niuanse, detale poza kortem, które zna tylko najbliższy team. Kategorię zaskoczenia kreują media, ale to był finał dwóch najlepszych zawodniczek w tamtym tygodniu.

Jaka jest pani metoda na choćby chwilowy reset od tenisa?

- Kiedy mamy dni wolne, przede wszystkim jest zakaz pojawiania się na obiektach tenisowych. Pomiędzy turniejami szukam chwili na odpoczynek. Jak ten reset jest ważny w tak napiętym kalendarzu świadczy wypalenie zawodników, o którym zaczyna się mówić coraz głośniej, bo tego życia na walizkach jest po prostu zbyt dużo.

Niedawno w Bytomiu odbył się Fręch Cup dla 12-letnich dzieciaków. Skąd pomysł na turniej pani imienia?

- Zaczęłam wspominać, jak rozpoczęła się moja kariera, jakie turnieje pamiętam najbardziej z dzieciństwa. Były to wszystkie te ze wspaniałymi nagrodami jak memoriał Marty Kudy do lat 12, w którym do wygrania był rower. To mnie zainspirowało, żeby dzieci już w młodym wieku wiedziały, o co grają, że będą nagrodzone, że warto zajmować jak najwyższe miejsca i że to będzie bodziec do dalszej pracy. Nie było takiego turnieju w ostatnim czasie w Polsce, więc wspólnie z teamem stwierdziliśmy, że to dobry pomysł na to, żeby promować tenis w Polsce i zachęcić dzieci, żeby grały w tenisa, miały motywację i bodziec napędowy.

Ale dzisiaj panuje przekonanie, że dzieci nie powinny rywalizować, dopiero w późniejszych latach. Pani uważa inaczej?

- Tylko rywalizacja napędza i jest głównym czynnikiem, że dziecko chce być lepsze od innych, chce się poprawiać. Ja grałam w takich turniejach co tydzień. Bo jak inaczej niż w meczu sprawdzić, co zrobiłam źle? To są zupełnie inne emocje, zupełnie inne decyzje, a trenerzy zyskują wiedzę, gdzie są słabsze aspekty podopiecznego, nad czym musi pracować. To jest machina samodoskonalenia. A jeżeli nie gramy, nie rywalizujemy, to nie jesteśmy w stanie stwierdzić, gdzie leżą błędy. Na treningach może nam wychodzić wszystko, ale przychodzi mecz, przeciwnik, emocje, stres i następuje weryfikacja, która wyłania najtwardszych zawodników. Rywalizacja kształtuje to i od najmłodszych lat napędza, żeby być wytrwałym i nie zniechęcać się. A sukces napędza sukces i dużo lepiej się wtedy pracuje.

Ma pani poczucie misji, że teraz, gdy jest jedną z najlepszych tenisistek na świecie, należy coś dobrego zrobić dla tych, którzy są na starcie?

- Mam nadzieję, że to dopiero początek, bardzo chciałabym kontynuować Fręch Open i żeby na kolejne edycje zgłaszało się coraz więcej dzieci. I mam nadzieję, że poczują się docenione, wyróżnione i że będą chciały brać udział w tym turnieju, bo będą wiedziały, że warto, że to jest coś, co je zmotywuje do grania.

Notował i pytał Tomasz Mucha