Sport

Nie jestem człowiekiem, który narzeka

Rozmowa z Łukaszem Wolsztyńskim, zawodnikiem beniaminka słowackiej ekstraklasy, Tatrana Presov

Tatran Presov w pierwszej kolejce zremisował ze Slovanem Bratysława.

Przyznam, że nie wiedziałem, czego do końca się spodziewać po słowackiej ekstraklasie, ale inauguracja wypadła naprawdę dobrze pod każdym, nie tylko sportowym względem.

- Musiało tak być, bo przyjechał Slovan, od razu na początek trafił nam się naprawdę fajny mecz. Cały stadion kibiców, bilety wyprzedane w niecałe pół godziny, więc to naprawdę super wynik, patrząc na Słowację. Wynik mógł być jeszcze lepszy, ale remis 2:2 z takim rywalem nie jest zły. Ten początek naprawdę dla nas jest bardzo pozytywny.

Szkoda zmarnowanego karnego?

- No wielka szkoda! Bramkarz mnie wyczuł, ale wina zawsze leży po stronie strzelca. Nie ma obronionych rzutów karnych, po prostu zrobiłem to źle. Taka jednak jest piłka, że czasami się nie strzeli. Szkoda, ale najważniejsze, że mamy ten jeden punkt. Dołożyłem asystę, więc można powiedzieć, że w jakimś stopniu się zrehabilitowałem. Z tego punktu kibice też mocno się cieszą.

Skąd wybór Słowacji? Zazwyczaj to piłkarze z tej ligi przyjeżdżali do ekstraklasy. Pan wyruszył w odwrotnym kierunku.

- Tatran był bardzo szybki w negocjacjach i przekonał mnie, że warto dołączyć do tej drużyny. Ja również szybko się zdecydowałem. Chcę zrobić wszystko, aby się tu jak najlepiej zaprezentować.

Oprócz pana w kadrze jest też m.in. Michal Siplak. Coś fajnego powstaje całkiem blisko polskiej granicy?

- To prawa, jest bardzo dużo nowych chłopaków, zostało kilku najlepszych z poprzedniego sezonu. Potrzebujemy jeszcze chwilę czasu, żeby to zażarło jeszcze mocniej i myślę, że będziemy sprawiać niespodzianki. Tatran ma szansę być niezłym zespołem w słowackiej ekstraklasie.

Trochę też dziwna ta liga. Slovan w poprzednim sezonie grał w Lidze Mistrzów, o czym polskie kluby mogą pomarzyć. Z drugiej strony wicemistrz - MSK Żilina nie miała żadnych szans w Częstochowie z Rakowem i przegrała pierwszy mecz 0:3.

- Oglądałem to spotkanie w całości i wydaje mi się, że kluczowym momentem była ta czerwona kartka dla Żiliny. To na pewno rzutowało na wynik. Z drugiej strony Raków jest klasową drużyną, w Żilinie było poza tym trochę ubytków kadrowych. Jestem na Słowacji, ale życzę jak najlepiej polskim zespołom. Jestem taki lekko rozdarty, bo słowackim też życzę dobrze. Serce jednak zostało w Polsce.

Widziałem, że od początku ma tu pan spore grono fanów.

- Tak, młodzi fani Tatrana poprosili o zdjęcie, chcieli żeby im się podpisać, to zawsze są takie miłe momenty.

Słyszę w głosie, że dobrze się pan tu czuje.

- Tak, bo ja w ogóle nie jestem człowiekiem, który narzeka. Wiem, że w życiu trzeba robić swoje. Podpisałem kontrakt na dwa lata i chcę być szczęśliwy, grać najlepiej jak umiem i żeby moja rodzina również była zadowolona z miejsca, w którym jesteśmy. To jest dla mnie najważniejsze.

Tatran może zamieszać w górnej części tabeli?

- Super by było, jakbyśmy znaleźli się w czołowej szóstce, bo na Słowacji tabela jest dzielona na pół i chcielibyśmy się martwić tylko o to, co możemy zrobić więcej, a nie drżeć o utrzymanie. Byłoby super, ale na spokojnie, bo musimy pamiętać, że jesteśmy beniaminkiem. Choć z drugiej strony jesteśmy najstarszym klubem na Słowacji, z ogromną historią, teraz także pięknym stadionem. Apetyty tutaj na pewno są spore, ale to dopiero początek sezonu. Punkt ze Slovanem zawsze trzeba szanować.

Śledzi pan poczynania Stali Mielec, z której pan odszedł? Wygrała 5:4 w Pruszkowie ze Zniczem po szalonym meczu.

- Oczywiście, że śledzę. Wynik faktycznie robi wrażenie. Z perspektywy kibica na pewno piękna sprawa, chyba każdy po takim meczu był usatysfakcjonowany, choć od strony trenera pewnie jest żal aż czterech straconych bramek. Na końcu najważniejsze są jednak trzy punkty. Tu w Preszowie też było kilka okazji po obu stronach, żeby wynik był jeszcze wyższy, ale myślę, ze każdy kibic wyszedł ze stadionu zadowolony.

Rozmawiał Mariusz Rajek