Nasza mała stabilizacja
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Zbliża się zjazd Polskiego Związku Piłki Nożnej, ale ponieważ nie zanosi się w jego trakcie na klasyczną walkę wyborczą - Cezary Kulesza jest jedynym kandydatem - nadzwyczajnych emocji być nie powinno, chyba że... wciąż jeszcze urzędujący prezes nie otrzyma wystarczającej liczby głosów, by swoje władanie w polskiej piłce przedłużyć o kolejną kadencję. No to wtedy zacznie się zabawa, ale w tę oczywiście mało kto wierzy. Frukty zostały rozdane, kolejne frukty zostały obiecane, więc po co komu będzie fikanie, a zwłaszcza z grona beneficjentów tego, a nie innego personalnego układu. W nim zawodowi rewolucjoniści, których w PZPN-nie nie brakuje, nie mają szans, bo dla całej reszty liczy się „nasza mała stabilizacja”. To sformułowanie z czasów władania naszym krajem niejakiego Władysława Gomułki - ale autorstwa pisarza Tadeusza Różewicza - dotyczące jakości i sposobu życia polskiego społeczeństwa po 1956 roku. Było dziadowsko, ale było jakoś, w związku z czym uchodziliśmy za najweselszy barak w obozie socjalistycznym. Mała stabilizacja uległa destrukcji w tragicznych okolicznościach w roku 1970 (patrz: wydarzenia na Wybrzeżu).
Tyle tytułem dygresji, ale w tym miejscu uzasadnionej, ponieważ analogii do dzisiejszej sytuacji polskiej piłki nożnej nie brakuje. Miewa się ona bardzo średnio, nie tylko z powodu poziomu, który reprezentuje, przy czym przegrany mecz eliminacji mistrzostw świata z Finlandią jest tylko jego smutną emanacją. Oczywiście można to tłumaczyć psychicznym rozwaleniem kadry w związku z konfliktem na linii Michał Probierz - Robert Lewandowski, ale ten konflikt nie był (nie jest) przyczyną słabości, tylko pośrednio skutkiem. (Pra)przyczyn słabości jest oczywiście bez liku i nawet nie wypada ich w tym miejscu wymieniać. W niczym tego by nie zmieniła miłość pomiędzy selekcjonerem a kapitanem (byłym) i w niczym tego nie zmieni pojawienie się na ławce trenerskiej cudotwórcy o obojętnie jak wielkim nazwisku.
Jeden z problemów polskiej piłki nożnej - a zresztą nie tylko jej - tkwi m.in. w tym, że jest w niej bardzo... fajnie. Powiem więcej - jest super. Popatrzcie na kluby, niekoniecznie z najwyższej klasy rozgrywkowej. Czy w nich jest bieda? Spytajcie o to piłkarzy, trenerów, działaczy. Może gdzieś ktoś z LZS-u z zapomnianej wsi się poskarży, ale kogo taka skarga by ruszała? No to wracając do klubów - w jakich proporcjach kupują one (i w dużej części przepłacają) zawodników z zagranicy, a w jakiej z Polski? I jak wielkie działki z tych transakcji otrzymują menedżerowie? To dowody na biedę?
A popatrzcie na PZPN. Trener kadry - nie wnikam, czy słusznie, czy nie -może zarobić w ciągu roku kilka milionów euro. Jego otoczenie też pewnie nie jada resztek z pańskiego stołu. No ale to sztab; takie zarobkowe standardy obowiązują gdzieś w świecie i wypada (?) się do nich dostosowywać.
Bo i są jeszcze wszyscy dookoła. Zarząd PZPN, prezydium, wiceprezesi i kto tam jeszcze. Im się oczywiście też należy, bo pełnią „nadzwyczaj odpowiedzialne funkcje”. I w centrali, i w tzw. terenie, bo bardzo duża część zarządu to lokalni baronowie. Jest to sytuacja z gatunku żyć, nie umierać, bo ma się profity, a nie jest się na takim celowniku, na jakim znajduje się chociażby prezes. Jak wspominał niedawno w wywiadzie dla Interii Wojciech Cygan, wiceprezes PZPN do spraw piłki profesjonalnej: „w środowisku są ludzie, którzy - hmm, nie chcę powiedzieć, że za służbowy strój czy bilety, bo to byłoby sprowadzenie takiej dyskusji do bardzo niskiego poziomu - ale za powiedzmy sprawy socjalne wokół PZPN, są w stanie zrobić dużo, w tym także udzielić poparcia w wyborach”.
Koło się zamyka: to oczywiste, że ludzie, którzy są beneficjentami tego lub innego układu, nie będę głosować wbrew niemu, bo głosowaliby wbrew swoim interesom. Jest przecież tak fajnie, na bogato. A że polska piłka wręcz krzyczy o zmiany, o wizje przyszłości, o stosowanie już, natychmiast leczniczej terapii? To już problem piłki, nie działaczy. Cóż, to tylko odmiana „naszej małej stabilizacji”. Kto, co i kiedy ją naruszy?
Rozmawiałem niedawno z młodym człowiekiem, powiązanym z piłką. Z wymiany zdań wyszło, że on o niczym innym nie marzy, jak tylko o tym, by dostać się w ten układ i być leśnym dziadkiem. Nie dopowiedział: „żartuję”.