Sport

Najwyższe standardy

Wymyśliłem ranking sędziowski „Kryształowy gwizdek” za namową najlepszego polskiego arbitra wszech czasów Alojzego Jarguza. Nigdy tego rankingu nie wygrałem.

Jak większość spraw w życiu, moja przygoda ze „Sportem” zaczęła się zupełnie przypadkowo. Na meczu koszykówki zagadnął mnie redaktor Jacek Gucwa z propozycją zmiany barw z „Tempa” (byłem warszawskim korespondentem tej szacownej krakowskiej gazety) na „Sport”. To było jak awans do Ekstraklasy. Pierwsze relacje z meczów koszykówki oceniono pozytywnie i po kilku miesiącach dostałem pierwszy w życiu etat. Student-żółtodziób od razu rzucony na głęboką wodę dostał się pod skrzydła tuzów zawodu, a lokal w zabytkowej kamienicy obok Sejmu przy Wiejskiej stał się moim drugim domem na wiele lat.

Każdy z dużo bardziej doświadczonych kolegów specjalizował się w 2-3 dyscyplinach sportu, to byli fachowcy pełną gębą. Mnie przypadła koszykówka z racji działania i sędziowania tej dyscypliny. Tłukąc teksty na wysłużonej maszynie „Łucznik” uczyłem się fachu od najlepszych: Grzegorza Stańskiego, Andrzeja Kostyry, Krzysztofa Nowińskiego, Kazimierza Marcinka, Witolda Woydy, Jerzego Mrzygłoda, Wacława Koryckiego. Po pewnym czasie zlecono mi relację piłkarską, ale tylko z drugiej ligi; ekstraklasowa Legia była zarezerwowana dla Stańskiego. Kiedyś wysłał mnie na lotnisko Okęcie, bym opisał odlot reprezentacji Polski za ocean. Przeprowadziłem wywiady z trenerami i piłkarzami, wróciłem do redakcji i zabrałem się do pisania. „Widziałeś odlatujący z kadrą samolot” - pyta Stański. „No nie”- odparłem. „To zapier...aj z powrotem, może lot odwołany albo coś innego się wydarzyło” - usłyszałem. Zaczerwieniłem się ze wstydu i popędziłem na lotnisko, samolot na szczęście już dawno odleciał.

Koledzy z Katowic często nocowali w redakcji na Wiejskiej, gdy mieli poranne loty za granicę ze stolicy. Przywozili śląskie krupnioki i inne specjały, my zapewnialiśmy popitkę i toczyły się nocne Polaków rozmowy, bardzo twórcze. Wtedy to wpadł mi w ręce tomik poezji Stanisława Penara, wybitnego specjalisty piłkarskiego ze „Sportu”, także dobrego poety.

Raz w miesiącu jeździłem na redakcyjne zebrania do Katowic. W centrali przy Młyńskiej poznałem wspaniałych dziennikarzy, zarazem życzliwych starszych kolegów: Lecha Drapińskiego, Janusza Jelenia, Jana Fiszera, Lidię Nowakową, Jacka Zegadło, zaprzyjaźniłem się bardzo z rówieśnikiem Adamem Barteczko. Do Katowic jeździłem dla przyjemności obcowania z kapitalnymi ludźmi, nie z obowiązku .

Wymyśliłem ranking sędziowski „Kryształowy gwizdek” za namową najlepszego polskiego arbitra wszech czasów Alojzego Jarguza. Nigdy tego rankingu nie wygrałem na szczęście, co świadczy o obiektywizmie oceniających mnie kolegów.

Nestor redakcji, redaktor Witold Dobrowolny, polecił mnie swym węgierskim kolegom w bardzo dobrej gazecie „Nepsport”, zostałem jej polskim korespondentem, co przysporzyło mi wielu przyjaciół nad Dunajem i niemało forintów. Często relacjonowałem dla „Sportu” międzynarodowe imprezy koszykarskie. Po meczach czekało się godzinami na połączenie telefoniczne z Katowicami, by podyktować tekst wspaniałym paniom maszynistkom, dopiero póżniej wynaleziono telex, diabelskie urządzenie wypluwające taśmę perforowaną, którą niosło się na lokalną pocztę, by trafiła do Polski. Warszawa miała pierwszeństwo w połączeniach, kolega i przyjaciel Krzysio Bazylow z „Przeglądu Sportowego” już spał, gdy ja dopiero wracałem do hotelu.

Wielkim przeżyciem było organizowane jak kraj długi i szeroki „Spotkania ze „Sportem”, imprezy organizowane przez naszą redakcję z wielkim rozmachem. To na nich poznałem największe gwiazdy: Irenę Szewińską, Jerzego Kuleja, Waldemara Marszałka, Kazimierza Górskiego, Ryszarda Szurkowskiego.

Kilkanaście lat pracy w „Sporcie” nauczyło mnie, czym jest prawdziwe koleżeństwo i solidarność, wspominam te lata z wielkim sentymentem, a piękna legitymacja w borowych skórzanych okładkach ze słotym napisem „Sport Katowice” jest ozdobą mojej kolekcji pamiątek. Przeprowadziłem wiele wywiadów z gwiazdami światowego sportu: Pele, Eusebio, Beckenbauerem, Platinim, Havelangem. Warunkiem publikacji była osobista dedykacja dla Czytelników „Sportu”, to był dowód autentyczności. Takich właśnie najwyższych standardów pracy nauczono mnie w gazecie, która na zawsze będzie dla mnie najlepszą.

Michał Listkiewicz