Sport

Mundialowy amerykański sen

W Stanach Zjednoczonych odkryto nowe talenty i wykonano próbę generalną przed mistrzostwami świata. Najlepsza na boiskach okazała się Chelsea. Zaskoczenie?

Tak The Blues cieszyli się z sukcesu. Fot. PAP/EPA

KLUBOWE MISTRZOSTWA ŚWIATA

Po zakończeniu finału Klubowych Mistrzostw Świata doszło do niecodziennych scen na murawie stadionu w East Rutherford. Po zwycięstwie Chelsea z PSG (3:0) zawodnicy zaczęli się przepychać. Atmosfera była gęsta już w trakcie meczu, przypomnijmy choćby zachowanie Joao Nevesa, który pociągnął za włosy Marca Cucurellę, za co zobaczył czerwoną kartkę. Po ostatnim gwizdku konflikt między graczami nie wygasł, a włączył się do niego nawet trener paryżan Luis Enrique. Hiszpan tłumaczył, że chciał uspokoić zawodników, ale przez to, że sam został popchnięty, zaatakował napastnika Chelsea - Joao Pedro. Brazylijczyk upadł na murawę, co jeszcze mocniej zaogniło atmosferę. Szczęśliwie po chwili sytuacja się uspokoiła, okazało się, że nikt znacząco nie ucierpiał. Szkoda jednak, że tak wielka impreza, na którą FIFA przeznaczyła przecież mnóstwo pieniędzy, zakończyła się w taki, a nie inny sposób. Awantura odciągnęła uwagę od sukcesu The Blues, którzy nie byli przecież faworytami rywalizacji. Niektórzy z góry ich skreślili, bo mierzyli się z PSG, które podczas tej imprezy wydawało się nie do pokonania. Wygrało Ligę Mistrzów, a w trakcie klubowego mundialu utrzymywało nieprawdopodobnie wysoką dyspozycję. Szkoleniowiec londyńczyków Enzo Maresca wiedział jednak, w jaki sposób sprawić, żeby jego drużyna osiągnęła sukces.

Pomysł na sukces

Chelsea wygrała dzięki rewelacyjnemu planowi na mecz. Doskonale zostały zdiagnozowane problemy PSG w obronie. Wystarczyło kilka podań na prawe skrzydło, a defensywa ze stolicy Francji całkowicie się rozsypała. Nawet długie podania od bramkarza w tę strefę boiska sprawiały  faworytom trudności. Włoch to zauważył, wiedział jak to wykorzystać i dzięki temu Chelsea wygrała Klubowe Mistrzostwa Świata, które po raz pierwszy w historii zorganizowane zostały w formacie, w którym brały udział 32 zespoły. Chelsea, która zajęła czwarte miejsce w Premier League w poprzednim sezonie grała i wygrała „tylko” Ligę Konferencji, a ostatni naprawdę wielki sukces osiągnęła w sezonie 2020/21, wygrywając Ligę Mistrzów, nagle stała się drużyną, którą można okrzyknąć mianem mistrza świata. Takiego scenariusza raczej niewielu się spodziewało, biorąc pod uwagę fakt, że w turnieju brały udział Real Madryt, Bayern Monachium, Inter Mediolan czy PSG, czyli zespoły, które wydawały się zwyczajnie lepsze. Enzo Maresca nie zwracał na to uwagi. Był pewny siebie, miał pomysł na zwycięstwo i wręcz perfekcyjnie go realizował.

Światowy format

Ojcem sukcesu nie jest jednak tylko i wyłącznie trener Chelsea. Ogromną rolę w zwycięstwie odegrał Cole Palmer. Anglik nie przeżywał tak fantastycznego sezonu, jak rok wcześniej. Ale w finale z PSG jego talent eksplodował. Zagrał niemal idealne spotkanie, strzelając dwie bramki i asystując przy trzecim trafieniu. Zachował spokój w sytuacjach, które tego wymagały. Był precyzyjny, skrupulatny, ale przy okazji szybko podejmował decyzje, nie dając rywalom szans na zatrzymanie jego uderzeń lub podań. – To zawodnik światowego formatu – opisał go Liam Delap, nowy nabytek Chelsea. – Może jeszcze nie jest najlepszym piłkarzem na świecie, ale stanie się nim w ciągu dwóch, może trzech lat – powiedział bramkarz The Blues Robert Sanchez. – Wszyscy wiedzą, kim jest. Wszyscy wiedzieli to przed finałem. Jest świetnym zawodnikiem – dodał prawy obrońca Malo Gusto. W finale był liderem zespołu, choć jego osobowość na to nie wskazuje. – Jest trochę wycofany, ale to bardzo dobry człowiek. Zawsze znajdzie dobry moment , żeby się odezwać. Potrafi też być zabawny, żeby nieco rozładować atmosferę w zespole – przekazał francuski defensor. Palmer swoim występem pokazał, że wraca do najwyższej formy i w najbliższym czasie trzeba go będzie prawdopodobnie traktować jako jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. Żeby móc liczyć się z Viniciusem, Ousmanem Dembele czy Kylianem Mbappe w walce o Złotą Piłką, jego Chelsea musi też zdobywać trofea. Czy mistrzostwo świata zdobyte na amerykańskich boiskach będzie otwarciem nowej drogi dla londyńczyków? Czy Chelsea włączy się w walkę o najwyższe cele Premier League? Czy będzie w stanie powalczyć w Lidze Mistrzów? Czy jednak sukces w klubowym mundialu był jednak raczej tylko jednorazowym wyskokiem? Odpowiedzi na te pytania otrzymamy zapewne na koniec sezonu 2025/26.

Nowe talenty

Palmer nie był jedynym zawodnikiem, który wyróżniał się podczas Klubowych Mistrzostw Świata. Turniej wypromował też wielu młodych zawodników. W barwach triumfatorów z Londynu zadebiutował napastnik Joao Pedro, który opuścił Brighton. Zanim na początku lipca dołączył do drużyny, Enzo Maresca chwalił Nicolasa Jacksona, Marca Guiu czy Liama Delapa, a okazało się, że najlepszym snajperem w jego zespole był 23-letni Brazylijczyk. Pierwszy mecz zagrał przeciwko Palmeiras w ćwierćfinale, a następnie w półfinale przeciwko Fluminense wyszedł w pierwszym składzie. Zaliczył dublet, ale nie cieszył się z niego szczególnie mocno, ukrywając emocje z uwagi na fakt, że przecież wychował się we Fluminense i to stamtąd trafił do Europy. Kilka dni później Joao Pedro zagrał w finale przeciwko PSG i strzelił kolejnego gola, wykorzystując podanie Palmera i sprytną podcinką pokonując Gianluigiego Donnarummę. Jasne, Brazylijczyk w poprzednim sezonie w Brightonie strzelił 10 bramek i nie trafił na Stamford Bridge przez przypadek. Jednak dopiero teraz zaprezentował się na wielkiej, międzynarodowej arenie.

Kolejnym zawodnikiem, który w jeszcze bardziej zaskakujący sposób wyróżnił się podczas zmagań w Stanach Zjednoczonych, był napastnik Realu Madryt Gonzalo Garcia. Hiszpan dostał szansę od trenera Xabiego Alonso tylko dlatego, że z problemami zdrowotnymi borykali się Mbappe oraz Endrick. Z braku laku szkoleniowiec postawił na 21-latka, który w sumie zagrał w zaledwie pięciu spotkaniach w Primera Division, będąc na boisku przez zaledwie 70 minut. Grał głównie w rezerwach Realu i nagle zaczął zachwycać kibiców Królewskich. Przez cały turniej zdobył cztery bramki, dzięki czemu stał się królem strzelców razem z Angelem Di Marią z Benfiki, Marcosem Leonardo z Al-Hilal oraz Serhou Guirassym z Borussii Dortmund.

Mecze w upale

Klubowy mundial był próbą dla Amerykanów przed mistrzostwami świata w 2026 roku, które odbędą się na ich terenie oraz w Meksyku i Kanadzie. Sporo zespołów zgłaszało problemy. Chodziło o przygotowanie murawy, ale – przede wszystkim – o godzinę rozgrywania spotkań. Ostatnie mecze w fazie pucharowej odbywały się w East Rutherford, w stanie New Jersey. Spotkania odbywały się o godzinie 21.00 czasu polskiego, czyli o 15.00 czasu lokalnego... Było nieprawdopodobnie gorąco! – Fakt, że piłkarze wystawiani są na słońce, gdy zwykły śmiertelnik nie powinien w ogóle wychodzić na zewnątrz, jest nie na miejscu. Nie można oczekiwać od piłkarzy, że zagrają najlepiej. Chciałbym, żeby wykazywano się dla nich przynajmniej odrobiną szacunku – powiedział Niko Kovac, trener Borussii Dortmund. Piłkarze grali w skwarze, przez co mecze musiały być przerywane, żeby mogli się nawodnić. Ponadto przy ławkach rezerwowych stworzono specjalne zraszacze, które miały ochładzać uczestników spotkań. Nad tym aspektem organizatorzy powinni się poważnie zastanowić. Podczas Klubowych Mistrzostw Świata chcieli mecze zaplanować na godziny w miarę dogodne dla europejskiego widza. Czy reklamacje drużyn wpłyną na to, że godziny meczów podczas mundialu za rok zostaną zmienione?

Pod względem organizacyjnym Amerykanie dali sobie radę, choć nie da się ukryć, że pustki na trybunach w początkowej fazie turnieju kłuły w oczy. Wynikały one z niedopasowanych godzin rozpoczęcia zmagań, ale także z nikłego zainteresowania futbolem wśród kibiców w USA. Ponadto ceny biletów były wyjątkowodrogie. FIFA próbowała łatać dziury na trybunach, tworząc promocje na wejściówki, niemal rozdając je w kampusach uniwersytetów, ale podczas wielu meczów fazy grupowej nie przyniosło to spektakularnego rezultatu. Trudno oszacować, jak na frekwencję wpłynął prestiż zawodów. Być może Klubowe Mistrzostwa Świata w nowym formacie po prostu nie spodobały się przeciętnemu kibicowi piłki nożnej?

Kacper Janoszka