Moja Cicha
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
To był mój pierwszy widok z okna - zza koron drzew w ogrodzie widziałem niebieskie świece, chorzowskie jupitery, szczególnie efektowne, kiedy rozświetlały wieczory nad Batorym; jeszcze nie rozumiałem, co to, a już chciałem do tego światła pędzić. I do tych wrzasków wielotysięcznego tłumu, które się niosły aż pod dom, szczególnie za czaswów Vicana, kiedy Ruch był najpotężniejszy, a ja dopiero uczyłem się chodzić - gromkie „jeeeeest” było wpisane w audiosferę mojego dzieciństwa, jak nocne zgrzyty huty, rzężenia tramwajów, skrzeczenie srok czy później głos matki wołającej na obiad.
Urodziłem się pół kilometra od stadionu, potem zamieszkałem z kobietą i dziećmi dwieście metrów bliżej; byłem skazany na Ruch i ten wyrok przyjmowałem z radością. Widziałem tam na żywo pewnie z górą pół tysiąca meczów, od połowy lat 80. przez ćwierć wieku nie opuszczałem żadnego spotkania Ruchu, wychowałem się jako kibic na tym stadionie - najpierw na „dziesionie”, potem naprzeciwko krytej, nad młynem, aż w końcu znalazłem swoją ulubioną perspektywę na samej górze trybuny i tam świadkowałem wzlotom i upadkom Niebieskich.
Pierwszy raz byłem na stadionie w 1980, Ruch grał z Arką, miałem osiem lat, ojciec mnie wprowadził na drugą połowę, bo w przerwie otwierano bramy i można już było za darmo - wiedziałem, że nasi to Niebiescy, ale ci z Gdyni mieli żółte koszulki, a to był mój ulubiony kolor, więc nie cieszyłem się ze zwycięstwa Ruchu. Pamiętam, jak w maju 1983 reprezentacja ZSRR trenowała przy Cichej przed meczem z Polską i w tłumie szczeniaków dopchałem się do Antoniego Piechniczka po mój pierwszy w życiu autograf. Drugi dostałem od Trenera po z górą trzydziestu latach na biografii autorstwa Pawła Czado i Beaty Żurek. Jesienią 1985 po raz pierwszy miałem iść sam na mecz, bez biletu, bo każdy dorosły mógł wtedy wprowadzić jednego bajtla za darmo, ale w ostatniej chwili podpadłem ojcu i „doł mi sztuba” w dniu meczu z Górnikiem Wałbrzych. Siedziałem przez cały szpil w oknie na drugim piętrze, gapiłem się w zapalone jupitery i słuchałem reakcji kibiców aż po finałowe „Cztery do zera i Chorzów żegna frajera”.
18.10.1986 na czternaste urodziny dostałem pierwszy w życiu niebiesko-biały szalik, dumnie wszedłem z nim na derby z GKS-em Katowice przegrane 0:2; szalik skasowali mi kilka miesięcy później kibice… Arki napotkani podczas zimowiska w Bukowinie Tatrzańskiej - z powodu przewagi liczebnej i wiekowej nie musieli negocjować. W 1987 po raz pierwszy wyszedłem z Cichej przed końcem meczu, a konkretnie już w przerwie, po tym jak Janusz Jojko wrzucił sobie piłkę do bramki w meczu barażowym o utrzymanie przeciw Lechii Gdańsk, wróciłem zapłakany do domu. W czerwcu 1988 dzięki spontanicznej fecie po zwycięstwie ze Stalą Stocznia Szczecin, w tłumie fanów po raz pierwszy wbiegłem na murawę przy Cichej. Rok później, po pierwszym i ostatnim mistrzostwie Ruchu, które przeżyłem świadomie jako kibic, już nie wbiegłem na boisko, lecz oglądałem bitwę kibiców z milicją z sektora dziesiątego niczym Jagiełło ze wzgórza grunwaldzkiego - rury z systemu nawadniającego służyły kibolom jako dzidy do walki z pałami.
4.03.1995 oglądałem najbardziej pamiętne derby z Katowicami w towarzystwie poety Majzla, zapiekłego fana Gieksy, który do przerwy triumfował i niewybrednie ze mnie szydził, bo GKS prowadził 2:0, aby w drugiej połowie stracić trzy gole i przegrać 2:3. 11.06.1995 oglądałem na własne oczy najwyższe zwycięstwo Ruchu, absurdalne 7:0 ze Stomilem tuż po zaliczeniu drugiego w historii spadku - cały stadion zastanawiał się, czy nie mógł tak grać wcześniej. 25.06.1997 świadkowałem cudownemu ocaleniu Niebieskich w ostatniej kolejce - Ruch dzięki fantastycznej serii w końcówce rozgrywek utrzymał się w Ekstraklasie, ale jego ligowy byt był zależny od tego, czy Lech Poznań, który grał już o nic, poważnie potraktuje GKS Bełchatów. Ruch wygrał, a Bełchatów zremisował, a ja pamiętam zwycięski wrzask na trybunie, kiedy właściciele przenośnych radyjek poznali rezultat z Poznania.
Latem 1998 oglądałem przy Cichej serię zwycięstw w Pucharze Intertoto, zakończoną finałem z Bologną. W końcówce Piotr Lech ku zdumieniu rywali wybiegł w pole karne przeciwników, jakby nie zdawał sobie sprawy, że wynik dwumeczu brzmi 0:3, a kiedy wracał do bramki, rozbawiony Giuseppe Signori przybił mu piątkę. 24.08.2000 widziałem najwyższe zwycięstwo Ruchu europejskich pucharach, 6:0 z Żalgirisem Wilno w debiucie trenerskim Jana Rudnowa, który miotał się za linią niczym latynoski narwaniec i wściekał, jakby wynik był odwrotny. Ozdobą meczu był gol Mamii Dżikii głową z bodaj trzydziestu metrów. 9.12.2006 jedyny raz oficjalnie kibicowałem przeciw reprezentacji Polski, kiedy grała z reprezentacją Śląska, wyszło na remis 1:1 po golach Kompały do nos i Garguły do goroli.
Pamiętam z Cichej najpiękniejsze gole świata, a w moim top 3 mieszczą się te z 24.02.2012 (Ruch - Lech 3:0), kiedy Zieńczuk trafił bezpośrednio z wolnego z 35 metrów, a prezes Smagorowicz szepnął mi wtedy, że nic dziwnego, bo Zieńczuk tak trafia na każdym treningu. 7.12.2013 Starzyński powtórzył wyczyn Zieńczuka po drugiej stronie boiska, puszczając bombę z wolnego w „okno” w Wielkich Derbach Śląska. 6.05.2015 Babiarz przelobował z magicznego półwoleja bramkarza gości, a potem uniósł ręce w geście podziwu dla własnego talentu.
Pamiętam baby ze słoniolem i sam słoniol, którego góry łupin zalegały po meczach na trybunach. Pamiętam stary „nowy” zegar elektroniczny, na którym zawsze wyświetlano wynik odwrotnie - najpierw goście, potem gospodarze. Pamiętam, jak w czasach studenckich przechlałem kasę na bilet i przelazłem na stadion przez dziurę w płocie, a potem nie mogłem w spokoju oglądać meczu, bo się bałem, że ktoś mnie widział i zaraz zostanę wygarnięty z tłumu. Pamiętam jak kiedyś z wrażenia po bramce Bizackiego zahaczyłem ręką o okulary i spadły mi, zsuwając się pod ławkami na sam dół trybuny - kiedy zacząłem gmerać zaniepokojonym kibicom z dolnych rzędów między nogami, tłumaczyłem, że „jo ino szukom bryli”.
Pamiętam tupanie na trybunie zamiast klaskania, aby zagrzać do boju Niebieskich, zwłaszcza przed stałymi fragmentami gry. Pamiętam też mecze tak nudne, że aby nie zasnąć, wodziłem wzrokiem po stalowych konstrukcjach zadaszenia i prowadziłem nimi w wyobraźnie drogę wspinaczkową. Pamiętam ciasnotę ostatniego rzędu krzesełek, budynku klubowego, gdzie trzeba było skłonu, żeby nie piznąć się w dekiel, gabinetu prezesów i mikrosalki bankietowej - Cicha radykalnie definiowała przytulność. Pamiętam starą chłodnię kominową tuż za stadionem, na której czasem widywałem tajemnicze sylwetki śmiałków, którzy znaleźli tam sobie darmową lożę VIP. Pamiętam też sny o nowym stadionie Ruchu, które wracają do mnie regularnie od kilkudziesięciu lat, a w których spełnienie nie bardzo już wierzę, bo Chorzów a.d. 2025 jest miastem rozbiórek. Żegnaj, mój stadionie ukochany. Kapią mi łzy na klawiaturę...