Sport

Mogli już nie istnieć, a świętują jubileusz

80 lat Czarnych Pyskowice. Ile działo się w tym klubie!

Czarni Pyskowice na zgrupowaniu w Wiśle, lata 80.

Jeszcze kilka tygodni temu drużyna piłkarska Czarnych Pyskowice miała nie istnieć. Nastąpiło jednak pospolite ruszenie – ręce na pokład wyciągnęli dawni piłkarze, społecznicy, samorząd. Dzięki temu Czarni wystartują w zbliżających się rozgrywkach B klasy. Tę wiadomość z ulgą przyjął Marian Brych, człowiek związany z klubem od zawsze i to w różnych rolach: piłkarza, trenera, działacza. - Kiedy rok temu dowiedziałem się, że piłkarze nie wystartują w żadnych rozgrywkach, to aż mnie serce zabolało. Bałem się, że to koniec klubu. Klubu, w którym grało aż siedmiu Brychów - mówi. - Mój najstarszy brat Roman wraz z kolegami zakładał Czarnych.

Kresowiacki rodowód

Koniec II wojny światowej. Peiskretscham zamienia się w Pyskowice. Wielu mieszkańców opuszcza ojcowiznę, w ich miejsce przybywają nowi. W tym spora grupa kresowiaków, którzy powołują do życia nowy klub. - Nazwaliśmy go Czarni, bo w gronie założycieli najwięcej było lwowiaków, właśnie sympatyków Czarnych Lwów. Na boisku już wtedy było wszystko „przemieszane” - obok takich jak ja grali prawdziwi autochtoni. I nikomu to nie przeszkadzało – wspominał Roman Brych. Równocześnie barw klubu bronili piłkarze Kolejarza Pyskowice, tradycjami sięgający do czasów niemieckich. Przez kilka lat kibice miasteczka emocjonowali się derbami, kiedy w 1950 roku doszło do fuzji, zostawiono szyld rodem z Kresów.

Połączenie pozytywnie wpłynęło na futbol w Pyskowicach - nastały tłuste lata w dziejach klubu. Był to przełom lat 50. i 60. - Graliśmy w A klasie i to w jej czubie. Dziś może nie brzmi to jakoś specjalnie dumnie, bo A klasa to żaden wyczyn. Ale wtedy funkcjonowała zupełnie inna organizacja rozgrywek, występowaliśmy tak jakby w piątej lidze – opowiada Marian Brych.

Z piłkarzami z Pyskowic pracowało wiele znanych w regionie nazwisk. Chociażby Mieczysław Gołębiowski, zapomniana już postać związana z Wisłą Kraków, Lechem Poznań czy Piastem Gliwice. - Trener Gołębiowski kierował gospodarstwem rolniczym w Dzierżnie. Na mecze i treningi jeździł bryczką. Miał bzika na punkcie kondycji. Podczas okresu przygotowawczego biegaliśmy jak szaleni, ale dzięki temu mieliśmy kondycję jak konie. Decydujące gole zdobywaliśmy w końcówkach meczów – opowiada Marian Brych, który za boiskowego kolegę miał m.in. Gotharda Kokotta, nieżyjącego już uznanego śląskiego trenera. - Grał w Czarnych jako bramkarz, Zaprzyjaźniliśmy się, byłem na jego ślubie. Potem wyprowadził się do Częstochowy, gdzie z powodzeniem prowadził Raków. Czarni przez lata byli klubem kolejowym. Niektórzy piłkarze łączyli grę z pracą w PKP. Chociażby Krystian Henne, bramkarz lat 70. minionego stulecia. - Moim trenerem był Piotr Horn, niegdyś bardzo dobry bramkarz, który grał w Łódzkim Klubie Sportowym i ROW-ie Rybnik – wspomina.

Siedzimy na podwórku jednego z pyskowickich familoków. Za plecami Krystiana gołębnik. Mój rozmówca to wzięty hodowca gołębi pocztowych. Uśmiecha się, kiedy pamięcią wraca do zabawnych sytuacji. - W sobotni wieczór na miasto wychodziły patrole działaczy Czarnych. Prezesi zaglądali do knajp, upewniając się, czy czasem żaden z piłkarzy nie siedzi nad kuflem piwa. Bo przecież w niedzielę mecz, trzeba być wypoczętym. Kolejny raz się śmieje, kiedy wspomina wyjazdy na mecze. - Woził nas na swojej pace Star. Zdarzało się, że samochód się zepsuł. Wtedy wzywało się taksówki – tłumaczy Henne. W drużynie z jego czasów grał m.in. Andrzej Płatek, później asystent Antoniego Piechniczka i uznany trener.

Raz rower, raz kajak

Czarni nie tylko piłką stały. Dużą popularnością wśród pyskowickich kibiców cieszyły się mecze siatkarskie. Na parkiecie brylowała nieżyjąca już Lidia Żmuda, późniejsza medalistka igrzysk olimpijskich i mistrzostw Europy. - Lidka chodziła do pyskowickiego liceum. Mieszkała w internacie. Popołudniami trenowała siatkówkę w Czarnych - opowiada Marian Brych. Inne dawne sekcje to kolarska, koszykarska, tenisa stołowego i piłki ręcznej.

Ciekawą postacią jest Manfred Folwaczny. Kopał trochę w piłkę, ale w Czarnych głównie ścigał się na rowerze. Osiągał na tyle dobre wyniki, że przeszedł do Carbo Gliwice, czołowego klubu kolarskiego na Śląsku. Jednocześnie uprawiał... kajakarstwo w gliwickim Piaście! W obu dyscyplinach odnosił sukcesy.

Dziś mieszka w Niemczech. Telefonuję do niego. Wciąż mocny głos i dobra pamięć. Pytam, jak to się stało, że stał się interdyscyplinarny. - Trenując jazdę na rowerze, często robiłem kółka wokół jeziora Dzierżno. Mijałem kajakarzy, którzy mieli tam swoje zajęcia. Któregoś dnia zaproponowali, abym sam wsiadł do kajaka. Mówili, że nie wytrzymam nawet 10 sekund na powierzchni wody, bo nie zdołam utrzymać równowagi. I rzeczywiście, po chwili byłem w wodzie - śmieje się Folwaczny. Ale się zawziął i szybko czynił postępy. Wkrótce dobrano mu partnera. Duet Folwaczny-Witold Lechowski osiągnął kilka cennych wyników. Na tyle cennych, że powoływano ich na zgrupowania kadry narodowej. 

„Pszczółka” w bramce

Wróćmy do futbolu. Pytam Mariana Brycha, która ekipa piłkarska Czarnych była najsilniejsza w historii. Po namyśle wskazuje na tę z połowy lat 90. Piłkarzami dowodził wtedy Józef Kopicera, kadrowicz Kazimierza Górskiego i świetny pomocnik Ruchu Chorzów. Pod jego wodzą Czarni pierwszy raz w historii awansowali do ligi okręgowej. Najskuteczniejszym strzelcem zespołu był Sylwester Teraźniewski. - Najlepszy mecz zagrałem przeciwko rezerwom Polonii Bytom. Wygraliśmy na wyjeździe 3:1. Gospodarze byli w szoku. Strzeliłem dwa gole, a Polonia zaprosiła mnie na testy. Wypadłem w nich bardzo dobrze, ale do transferu nie doszło. Strzeliło mi kolano i musiałem zapomnieć o wyczynowej grze w piłkę nożną... - zawiesza głos.

Teraźniewskiemu na przeszkodzie w rozwoju również stanęła kontuzja, ale kilku wychowanków klubu zaszło daleko. Frydek strzelał gole dla Szombierek Bytom, bramkarz Marcin Grymel ocierał się o I ligę w barwach Piasta Gliwice, a na miano solidnego golkipera ekstraklasy zapracował Dariusz Klytta. W sumie w najwyższej klasie rozgrywkowej wystąpił 176 razy. Najdłużej grał w Górniku Zabrze, którego skautom wpadł w oko już jako 14-latek. - Bardzo dużo zawdzięczam ojcu, to on pracował ze mną indywidualnie nad techniką - podkreśla Klytta i dodaje, że tata zaraził go nie tylko miłością do futbolu, ale także do pszczelarstwa. Nie dziwi zatem, że w Zabrzu nazywali go „Pszczółka”.

Tutaj mała dygresja - Dariusz Klytta bronił także barw m.in. Ruchu Radzionków. Wystąpił w premierowym meczu „Cidrów” w ekstraklasie. Było to 24 lipca 1998 roku. Ruch sensacyjnie rozgromił Widzew Łódź 5:0. Ekipą gospodarzy dowodził wówczas... Andrzej Płatek. Jak widać, wkład dawnych piłkarzy Czarnych w legendarne zwycięstwo klubu z Radzionkowa był znaczny.

Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej?

W XXI wieku Czarni radzili sobie różnie. W myśl przysłowia – raz na wozie, raz pod wozem. Cały czas jednak piłkarze reprezentowali barwy miasta znad Dramy – czy to w A klasie, czy to w lidze okręgowej. Aż nadszedł sierpień 2024. Kibiców z Pyskowic zmroziła wiadomość – Czarni nie zostali zgłoszeni do rozgrywek! Zarząd musiał podjąć tak dramatyczną decyzję ze względu na brak kadry.

Ale to już przeszłość. Przyszłość zapowiada się dużo lepiej. Wiosną 2025 roku nowym sternikiem klubu został Marcin Kurylak, były zawodnik Czarnych. Pomocną dłoń wyciągnęła gmina. Podpisano umowy sponsorskie z miejskimi spółkami, MZBM TBS oraz Ciepło Pyskowice. – Trenujemy od kilku tygodni, rozegraliśmy też sparing. Zespół prowadzi Damian Cziba, były zawodnik m.in. Ruchu Radzionków i Dramy Zbrosławice – informuje Kurylak.

Błażej Kupski

Warto przyjść

Główną atrakcją obchodów 80-lecia Czarnych Pyskowice będzie mecz oldbojów, w którym gospodarze zmierzą się z Górnikiem Zabrze. Data to 27 lipca,godzina 17.00. Zespół gości poprowadzi Józef Dankowski. 

Plakat imprezy